„Feminizm wobec PRL-u” (fragment)
W przeświadczeniu o braku bodźca do działań emancypacyjnych ze względu na obowiązującą ustawę o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, pomijane są doświadczenia kobiet, które w latach 1956–1993 poddawały się zabiegowi aborcji. Ich ślady można jednak odnaleźć w nielicznych tekstach literackich. W opublikowanej w 1958 roku powieści Wandy Melcer Aleja Niepodległości (Warszawa, Czytelnik) w rozdziale zatytułowanym, a jest to tytuł znaczący w kontekście sztucznych poronień, „Łapówka" odnajdujemy ślad ówczesnego, obowiązującego od dwóch lat, prawa. Protagonistka Antonina musi pójść do blokowej, by ta poręczyła, że w obecnej sytuacji życiowej nie może urodzić dziecka. Blokowa, która jest tutaj narratorką, wypisuje zaświadczenie, ale myśli z żalem o tym, że Antoninie nie udało się po raz kolejny wyjść za mąż, a decyzję o wystawieniu dokumentu uzasadnia tym, że nie chce, by na świecie pojawiło się kolejne „nieszczęśliwe dziecko"1. Antonina wybiera szpital z dala od miejsca zamieszkania, by nikt się nie dowiedział o jej zabiegu. Interesująca we współczesnym kontekście jest jej rozmowa z lekarzem:
Ledwo wydobyła głos z zaschniętego gardła:
– Ale ja prosiłabym... żeby się pozbyć...
– I z jakiego to powodu?
Podała kartkę z komitetu blokowego, przeczytał i uśmiechnął się.
– Zawsze to samo! Ale przecież nie masz nikogo, moje dziecko, a pracujesz i zarabiasz. [...] Czy nie będzie dla ciebie osłodą i pociechą – znaleźć w domu rozkoszne maleństwo, które będzie się czepiać twoich kolan...
– Jest taka ustawa – powiedziała Antonina zbierając siły.
Podniósł się, wydawał się teraz o wiele wyższy i bardziej imponujący.
– [...] Ja takiej operacji wykonać nie mogę, nie pozwala mi na to moje sumienie, a żadna ustawa nie może mnie zmusić, żebym postąpił wbrew sumieniu.
[...]
– A gdybym przyniosła dwa tysiące złotych, to sumienia by nie było, co? Od biednej robotnicy dwa tysiące brać, na to nie było katolickiego sumienia?
[...] Splunęła soczyście i wyszła (s. 304–305).
Blokowa wystawia Antoninie kolejne zaświadczenie, ponieważ – jak relacjonuje w monologu wewnętrznym – „przed oczami mam ciągle starego majstra z Nowej Huty, który podobno za parę groszy „pomagał" kobietom zardzewiałym gwoździem" (s. 308). Jednak stawia jej też warunek: od tego momentu Antonina ma się przyzwoicie prowadzić, ponieważ kolejnego zaświadczenia już nie dostanie.
Przytoczone fragmenty wskazują, że prawo do aborcji w godnych warunkach a prawo do aborcji przyznane kobietom w Polsce w 1956 roku to dwie różne sprawy. Mówiła o tym Bożena Umińska, gdy wskazywała na protesty organizacji feministycznych w latach dziewięćdziesiątych: „Było dla mnie w ogóle oburzające, nie do pomyślenia, że można takie prawo kobietom zabrać, niezależnie od tego, co uważałam na temat jego stosowania w PRL-u" (Feministki własnym głosem o sobie, s. 138). Niestety Umińska nie rozwija tego wątku, ale zaznacza, że nie chodziło o utrzymanie PRL-owskiego prawa do aborcji bez poprawek. Po transformacji ustrojowej zmienił się bowiem sposób mówienia o zabiegach, feministki adaptowały zachodnie standardy i retorykę. W związku z tym opowieść kobiet, które dokonały aborcji w czasach, gdy nie było to przestępstwem, nie mieściła się wówczas w ramach feministycznej debaty, mogła być przy tym łatwo przejęta przez ruchy występujące przeciwko prawu do sztucznych poronień. Widać to chociażby w powieści „Piaskowa góra" Joanny Bator: wizyty w gabinecie ginekologicznym, podczas których bohaterka dokonuje zabiegu usunięcia ciąży, przychodzą jej równie łatwo, jak odebranie dziecka z przedszkola.
Tęsknota feministek za gestami Francuzek i Niemek widoczna jest chociażby na okładce powieści Marty Dzido „Ślad po mamie". We wstępie autorka nawołuje znane kobiety, by ujawniły, że miały zabieg aborcyjny. Chęć podążenia utartym szlakiem wydaje się problematyczna właśnie dlatego, że nie uwzględnia lokalnej specyfiki: od sarkazmu władz, poprzez stan służby zdrowia (wszak z jakiś powodów wiele kobiet w PRL-u dokonywało zabiegu usunięcia ciąży w prywatnych gabinetach), na romansie lewicy demokratycznej z Kościołem kończąc. W tle pozostają opisane przez Agatę Chałupnik (Obyczaje polskie, s. 235–244, 260–270) prezerwatywy Eros, braki zaopatrzeniowe, które uniemożliwiały regularny zakup pigułek hormonalnych, dostępnych w Polsce od lat siedemdziesiątych, czy wkładki domaciczne kupowane w Peweksie za dewizy.


