„To miasto będzie należało kiedyś do Pograniczy” − nr 5/2011 omawia Piotr Sobolczyk
Szczeciński dwumiesięcznik kulturalny „Pogranicza” wydaje się miejscem niejako „powołanym” do realizacji tematu „poezji w mieście” i „poezji miejskiej”, nie tylko ze względu na liczne wcześniejsze publikacje poruszające temat „miejskości”, w tym tej lokalnej, szczecińskiej (np. interesujące teksty o paprykarzu szczecińskim), lecz także ze względu na osobowości twórcze Ingi Iwasiów i Artura Daniela Liskowackiego − można powiedzieć, że „z naszej pozaszczecińskiej perspektywy” są to osoby, które „napisały nam Szczecin”.
Piotr Michałowski w swoim tekście wprowadzającym, Poezja ulicy – ulice poezji, stawia trafną tezę: „miejskość” przewędrowała z ulicy poezji na ulicę eseju, gdzie obecnie czuje się lepiej. Potwierdzeniem powyższego ma być poetycka część numeru, zdaniem Michałowskiego, w zamieszczonych wierszach polskich i hiszpańskich: „akcenty miejskie wydają się […] słabe i drugorzędne”. Zgodzę się z tym tylko częściowo. Wydaje się, że Michałowski postuluje określoną wizję miejskości, wywiedzioną z projektu awangardy Peipera i Przybosia, oczywiście później przetworzoną. Własny poemat Michałowskiego, Detal i panorama, dowodzi, że poezja postulowana we wprowadzeniu jest możliwa, przy czym autor interesująco połączył „awangardowe (Przybosiowskie) spojrzenie” z poetyką à la późny Barańczak, dokonując próby wywiedzenia Szczecina „z rytmu” i „z rymu” (mianowicie: „Szczecin – labirynty sieci”). Muszę również, także jako tłumacz hiszpańskich wierszy, zaprotestować, że miejskość ich jest akcydentalna. Tom Lorki Poeta w Nowym Jorku czytany w całości należy do najciekawszych w światowej poezji realizacji przewodniego tematu numeru (musiałem wybrać jakiś jeden wiersz, starałem się niedługi, gdy w rzeczonym tomie dominują poemaciska, Jutrzenka zaś trafiła na podatny grunt we mnie w związku z moimi smutnymi myślami o „biedzie”). Z kolei Barcelona Ja No És Bona Jaimego Gila de Biedmy, jako subgatunek „wiersz-spacer”, nie tylko nie traktuje topograficznych realiów akcydentalnie, lecz także czyni aluzje do ich historii, łącząc ją ze swoją własną biografią. Wydaje mi się, że ta Barcelona odpowiada ciekawie przedstawionej przez Michałowskiego koncepcji miasto jako palimpsest, gdzie dokonuje się: „permanentna reorganizacja przestrzeni, którą projektuje się zawsze «na stałe» i która na zawsze okazuje się tymczasowa”. Oba wiersze, Lorki i Biedmy, są przy tym awangardowe (nie jest to jednak model Peiperowsko-Przybosiowski).
Przywoływany wyżej Artur Daniel Liskowacki powierzył „Pograniczom” nowy tekst o swojej rodzinnej ulicy pt. Ulica Montwiłła, nawiązujący do jego książki Ulice Szczecina, a zapowiadający nowy cykl – Ulice (ciąg bliższy). Niezależnie od tego, czy uznać go za prozę, czy za esej, czy udatne połączenie jednego z drugim, przyjęta metoda „tropicielska” zapewnia czytelnikowi przyjemność, szczególnie poszukiwania Hellwiga (niemiecka nazwa ulicy brzmiała Hellwigstrasse), a później Montwiłła, którego tradycja pozbawiła imienia na mapach i tabliczkach ulicznych.
Podobny tekst, poprzez autobiograficzne wyznanie miłosne do miasta i jego ulic, daje Adam Dziadek, piszący jednak nie o swoim mieście urodzenia – dowiadujemy się, że jest nim Sosnowiec – ale o „mieście z wyboru”. Zresztą kategorię „miasta rodzinnego” wobec „miasta wybranego” warto przemyśleć i dokładniej opisać, co sam wiem najlepiej jako osoba mieszkająca w innym mieście (Krakowie) niż rodzinne (Lublin), choć za swoje „miasto z wyboru” uznająca raczej Barcelonę (czemu poświęciłem jakieś ustępy w dzienniku Españadiós). Adam Dziadek w tekście o tytule nawiązującym do piosenki Malcolma McLarena Paris, Paris – anamnezy. Na marginesach wierszy Aleksandra Wata „flaneruje” po ulicach tzw. miasta miłości (za takie w każdym razie uważają je Amerykanie w hollywoodzkich filmach – Dr. Richard Walker z Franctica, dziennikarze z Altmanowskiego genialnego Prêt-à-porter, a także Carrie Bradshaw w ostatnim sezonie Seksu w wielkim mieście) za śladami wyczytanymi u Aleksandra Wata, ale na drugiego bohatera wyrasta tu także Roman Polański, przywoływany jako reżyser paryskich filmów Frantic, Gorzkie gody oraz Lokator.
Z przeświadczeniem Dziadka, że Paryża nie można czy nie da się zwiedzać z przewodnikiem – w każdym razie z konwencjonalnym bedekerem – korespondują interesujące polemiki Andrzeja Niewiadomskiego, rozbrajającego mit „Czechowicza – poety Lublina”, który okazuje się podsycany przez samo miasto, lokalne środowiska twórcze, a także, zapewne, ośrodki pedagogiczne. Sam uczestniczyłem w 1995 bodajże roku w konkursie recytatorskim im. Józefa Czechowicza, należało wówczas wybierać wiersze poetów lubelskich ściśle związane z tematem miejskim. Niestety, w owym czasie bardzo mało rozumiałem z wierszy, podobnie jak większość uczestników, a chyba także i jurorów. To jednak przy okazji takich przedsięwzięć żyje mit „lubelskiego Czechowicza” – i niech, myślę, sobie żyje, nie musi jednak być bezkrytycznie powtarzany jako topos czy frazes w pracach badawczych. Zresztą „Lublina Czechowicza” już nie ma. Nie tylko Wieniawa, lecz także Stare Miasto wygląda inaczej. Niewiadomski zwraca uwagę również na pewną oczywistość, a przecież jakby dotychczas przez mitotwórców pomijaną – Lublin Czechowicza jest swoiście bezludny. A przecież „miasto to także ludzie”. Gdyby tekst mógł być dłuższy (a przypuszczam, że nie było mu wolno), znalazłoby się pewnie miejsce także na porównanie miejskości „Lublina Czechowicza” z „Lublinem Arnsztajnowej”.
Paweł Wolski daje ciekawy tekst, realizujący nowy w polskim piśmiennictwie podróżnym podgatunek „narracja stypendialna”, konkretnie „erazmusowa” (do którego nurtu, bezwstydnie powtórzę, należy także moje Españadiós). Hamburger alla genovese, czyli odzyskiwanie obcości włoskiego miasta podejmuje zbieżne wątki z poruszonymi w eseju Tomáša Kulki Turysta, suwenir i kicz, wydrukowanym po polsku w przekładzie Joanny Derdowskiej w „Redzie” 2007 nr 3−4 (numer tematyczny o obciachu). Obaj autorzy piszą o podróży do miejsc już znanych − z symulakrów na przykład − i oglądaniu tego, o czym wiadomo, że zobaczyć trzeba. Jeżdżeniu po to, by zrobić sobie zdjęcie z widokiem pocztówkowym. Zasadniczą metaforą jest tu macdonaldyzacja (używano jej w odniesieniu do polityki, religii, estetyki, pasuje także do turystyki, czasem zupełnie nieprzenośnie) oraz swoiste trompe l’oeil, co bardzo dobrze podkreśla także zamieszczone zdjęcie, przedstawiające Krzywą Wieżę w Wenecji i Koloseum w Pizie. Wolski jako były „erazmus”, a więc inny rodzaj „turysty” – raczej już „gościa”, czasowego „tambylca”, bo tym się po paru miesiącach „erazmus” staje, miał czas, by odkryć, że w większości tych pocztówkowych, „ikonicznych” miejsc, pokazywane są kopie. Oryginały znajdują się w miejscach nieuczęszczanych. Krakowianinowi – także temu napływowemu – może nasunąć się analogia: wiadomo, jak zadeptany jest krakowski Rynek. Jednocześnie wystarczy zejść odrobinę w bok, na św. Marka czy Reformacką, by znaleźć się na pustej ulicy.
Adrian Sroka zapuścił się z kolei w rejon Londynu raczej „alternatywny” niż „turystyczny”, choć mogący określony typ ekskluzywnych turystów – fanów muzyki przyciągać. Camden Town to dzielnica, z której wyszła muzyka The Clash, The Ramones czy Sex Pistols. Ciekawa wydaje się obserwacja autora o braku antagonizmu pomiędzy różnymi subkulturami, np. skinów i punków, rzecz w Polsce trudna do pomyślenia; także dostrzeżenie zbuntowanych „czterdziestoletnich chłopców”.
Od dwóch numerów „Pogranicza” zamieszczają nowy cykl – Notatki do słownika. Prezentuje on twórców związanych ze Szczecinem. Nie wiem, czy w zamierzeniu wyłącznie młodych, ale po młodym Alanie Sasinowskim przyszła kolej na młodszą Wiktorię Klerę. Być może część czytelników uzna, że jej dorobek jest zbyt skromny, by już podkreślać jego ważność hasłem biograficznym, ale sylwetka Klery pasuje również do tematu przewodniego numeru, jako że jej wiersze z tomu Szczecin unplugged są przejawem „poezji miejskiej”.
To nie jedyny stały element pisma podciągnięty niejako pod główny temat. Także bowiem stali felietoniści, Edward Balcerzan i Karapet, piszą o mieście. Balcerzan, rozważając napis na poznańskim murze jako komunikat poetycki, podąża niejako śladem swojego dawnego ucznia, Stanisława Barańczaka, który w latach siedemdziesiątych pisał o semiotyce neonów (na materiale poznańskim właśnie). Karapet ironizuje z politycznego hasła „Polska w budowie”, którego Szczecin w obecnym kształcie miałby być idealną ilustracją.
Pozostaje mi na zakończenie odwołać się do potocznego idiomu – wyrazić nadzieję, że najnowsze „Pogranicza”, jak z wieloma wcześniejszymi numerami bywało, „pójdą w miasto”. I „na mieście” będzie się mówiło.
