"Nowe życie" (anonimowo)


On
Pan wszego świata! Mercedes - szybka jazda bez trzymanki...

Mój związek z nim wszystkim wydawał się dosyć ekscentrycznym połączeniem dwojga ludzi, którzy zupełnie do siebie nie pasowali. W tym wypadku nikt nawet nie spróbował podsumować owej ludzkiej konfiguracji stwierdzeniem, że oto „przeciwieństwa się przyciągają". Byliśmy... jesteśmy z innych światów, z odmiennych epok, choć dzieli nas jedynie kilka lat.

On wyjechał ze Szczecina w czerwcu ubiegłego roku. Byliśmy razem już dobrych parę miesięcy. Dziwnie to przeżyłam. W sumie - cieszyłam się. Poznałam go jako konsekwentnie zadeklarowanego kawalera w średnim wieku, z własnym, niemałym dobytkiem. I nie ów dobytek stanowił o jego atrakcyjności a właśnie ta kawalerska niedostępność oraz dystans, który starał się zachować. Byłam dla niego „małą dziewczynką z zapałkami, gotową oddać się" za każdy gest ustępstwa z jego strony. Odtrącał mnie - mówiąc, że nie chce zranić. Odmawiał spotkań, bo przecież nie dla niego zaangażowanie. Ale uległ, zmiękł. Zniknął On, a w jego miejsce pojawił się człowiek. To zniszczyło wszystko. Nie potrzebowałam człowieka - mężczyzny, który dba, pyta: gdzie jestem, dokąd idę, kiedy wrócę. Był już mój, powoli tracił urok, czar. Męski blask tlił się ostatnim płomieniem. Wyjechał budować dom, rozwijać interesy. Ale weekendy spędzał w Szczecinie. Przyjeżdżał w piątki - bywało wówczas miło, zabawnie, erotycznie. Ten niepowtarzalny metafizyczny skok w kogoś, w czyjeś ciało, w czyjąś intymność. Każdego tygodnia sprawiał mi przyjemność, utwierdzał w przekonaniu, że nadal jest mój, ale cóż z tego, skoro wcale nie pragnęłam go na własność.


Ja - Ona
Zadeklarowana samodzielna nie-samotna

Są ludzie, którzy - jak powiadają, - znają mnie z bardzo spontanicznej strony, większość jednak widzi oficjalne ja. Owo zaś jest bardzo stonowane i ekstremalnie poprawne. Nie pije, nie pali, stara się być grzecznie ubraną subtelną dziewczynką. Kobietą bywa z rzadka, kiedy musi o coś powalczyć. Sięga wówczas do rezerwuaru cech płci, ale tylko tych, które są powszechnie zaakceptowane. Ja bywa wówczas miłe, czułe, emocjonalne i wydekoltowane.

Jest parę miejsc i osób, które pozwalają mi być kimś innym. Wtedy to już nie jestem ja, to ona... Ona spotyka się z różnymi ludźmi, nigdy nie angażuje się emocjonalnie, nienawidzi róż i czułostkowości. Ona nie kocha się, tylko uprawia satysfakcjonujący, dobry i ryzykowny seks. Partnerów miewa różnych. Bywają to mężczyźni z pięknym ciałem, przeznaczeni do wszelkich eksperymentów - tacy, których żal zamykać w społecznym nakazie monogamii. Są to również panowie niekoniecznie najprzystojniejsi. Wszyscy oni mają w sobie coś, co dezawuuje nadmiar, bądź brak zalet ich ciała - każdy z nich jest wyjątkowy intelektualnie. Świetni studenci, pracownicy odnoszący sukcesy, hobbyści - tylko ci mogą liczyć na jej przychylność. Są wystarczająco inteligentni, by dostrzec, że ja i ona to jedno nierozerwalne, choć antynomiczne istnienie.


My
Dwie czerwone kreski, katastrofa!!

Fizjologiczne piętno kobiecości, które przypomina o tym, że upłynął kolejny miesiąc życia, tym razem nie chciało dać o sobie znać. Jednak któż przejmowałby się tym w styczniu, miesiącu zmagań naukowych. Sesja to magiczne studenckie przekleństwo - czas, kiedy wszystko, co o sobie myślimy, jest weryfikowane. Moje człowieczeństwo wówczas znika: nie jem, nie piję, nie sypiam. Wszystko dzieje się na ostatnią chwilę. Jednak co jeśli ostatnia chwila minęła tydzień temu? Zrobić test! Tak, to jedyna słuszna decyzja. Jednak nie. Boję się. Dzwonię do niego. Mówi, że przyjedzie.

Przyjeżdża. Jakie to szczęście, że jest. Kupił magiczny papierek nasączony odczynnikiem reagującym na związki wydzielane przez łożysko. Wiem, że to raczej niemożliwe, by w moim ciele było jakieś łożysko. Z pewnością fałszywy alarm. Wszystko przez sesję i stres. Wychodzę przed dom. Biorę od niego test. Nie chcę, by wchodził - to mnie ogranicza. Dam sobie radę. Pobieżnie czytam instrukcję - nie może być to przecież nic skomplikowanego. Takie testy przeznaczone są dla prostych kobiet i dziewcząt z zawodówek - tylko one zachodzą w niechciane ciąże! Pozytywny - dwie kreski, negatywny - jedna. Cóż, jestem przekonana, że zwycięży druga opcja. Wylewam kilka kropel moczu do oznaczonego pola. Cała płytka robi się momentalnie czerwona, a po kilku sekundach widać dwie kreski, porażające mnie swą intensywną barwą.

Wychodzę do niego. Podaję kawałek białego plastiku, który komunikuje mi, że moje życie się skończyło. On bardzo chce mieć to dziecko. Ja wiem, że nie che mieć z nim nic wspólnego. Z którym nim? Z nimi obydwojgiem!

Kupuję jakieś gazety. Czytam masę ogłoszeń: „przywracanie cyklu", „ginekolog bezpiecznie", „ginekolog profesjonalnie", „ginekolog tanio". Cóż mi to mówi? Sama nie wiem, czy wolę tanio, czy może profesjonalnie. Chcę anonimowo.

Znajduję rozwiązanie idealne - pojadę do Niemiec. Tam kobieta ma prawo do 12. tygodnia ciąży zdecydować o losie jaja płodowego z zarodkiem, które zagnieździło się w jej ciele. W Polsce, zachodząc w ciążę, staję się ciałem społecznym - publicznym niemal. Nie idę zatem do lekarza w kraju. Jadę do Schwedt.

By poddać się zabiegowi konieczna jest opinia psychologa stwierdzająca, że ciąża stanowić może zagrożenie psychicznej równowagi kobiety. Dogaduję się jakoś z niemiecką psycholożką. Tłumaczy mi prostymi słowami, że to, co w głowie, musi być skorelowane z tym, co w brzuchu. Pytam ją o syndrom proaborcyjny i o inne kobiety, które poddały się tej procedurze. Nie potrafi rozwiać moich wątpliwości, ugasić palącego strachu. Wiem tylko tyle: zrobię wszystko, by pozbyć się tego ze mnie. Gabinet ośrodka Profamilia znajduje się w zabytkowej części miasta, vis a vis kościoła katolickiego. Wychodząc zatrzymuję się na moment przed budynkiem. Wiem, że to zrobię, ale co potem ze mną będzie? Czy jeśli urodziłabym dziecko i skazała je na wieczną szarpaninę między mną a jego ojcem, postąpiłabym lepiej? Jadę z pozytywnym orzeczeniem do kliniki.

Przyjmuje mnie przemiła, młoda lekarka - jest Polką. Mówię, że się boję. Ona wie, że chcę mieć to jak najszybciej za sobą. Robi mi USG. Sama proszę, by obróciła monitor. Widzę jajo płodowe - puste jajo płodowe zagnieżdżone w mojej macicy. Cud poczęcia. Szkoda, że zarodek jest zbyt mały, by można było go zobaczyć. Lekarka robi wydruk. Proszę ją o kopię dla mnie. Dziwi się. Mówi, że kobiety nie chcą nawet patrzeć na monitor. To bardzo mała ciąża - wedle oficjalnych obliczeń minęło już pięć tygodni i sześć dni. By można było dokonać zabiegu, muszę przemyśleć decyzję. Prawo nakazuje pozostawić mnie z jajem płodowym w macicy jeszcze na trzy pełne dni. Jest piątek - umawiamy się zatem na poniedziałek. Nie chcę zabiegu. Wystawię swoją cierpliwość na próbę i zrobimy to z pomocą medykamentów. Lekarka mówi, że może „nie pójść". Pytam, jakie są statystyki. Odpowiada, że bywa różnie i w jej praktyce, „nie poszło" dwa razy - raz przy ciąży mnogiej w szóstym tygodniu, i raz kiedy dziewczyna uparła się na tabletki, choć minęło już siedem tygodni. Jest miła. Rozumie, co przeżywam. Nie rozczula się. Opowiada trochę o sobie - o tym, jak pracowała w Holandii. Parę makabrycznych opowieści o ekstremalnych przypadkach usuwania zaawansowanych ciąż daje nadzieję, że moja wpadka to błahostka, że musi być dobrze. Wracam do Polski.

Jadąc autem, zaczynam przemawiać w myślach do pustego jaja płodowego. To nasze ostatnie trzy dni. Nie spędzimy ich wspólnie więcej. Chciałabym być dla ciebie dobrą matką - tak jak staram się rzetelnie pracować, pilnie uczyć i nie zawodzić mojej własnej mamy. Chciałabym dać ci wszystko, czego zapragniesz. Chciałabym, byś było dziewczynką - małą czarnulką z ciemnymi oczkami, którą będę mogła wziąć za maleńką rączkę, by razem pomaszerować dzielnie do przedszkola po raz pierwszy i obiecać, że wrócę po ciebie za parę godzin. Wiem, że byłabyś najmądrzejszym dzieckiem w tym przedszkolu - umiałabyś już czytać i pisać, poprawiałabyś błędy innych dzieci, ale one i tak by cię lubiły. Codziennie rano zaglądałybyśmy do szafy i ubierały się w podobne stroje. Z wewnątrz słyszę, że dałybyśmy może radę. Nie chcę jednak ryzykować. Ciebie nie mogę zawieźć. Nie wiem przecież nawet kim jestem, czy ja to ja, czy ja to ona. Gdybym była jednak ja, wszystko mogłoby być dobrze. chociaż z drugiej strony nikt, by nas nie mógł pojąć. Ja nie uprawiam przecież seksu, jak więc mogę być w ciąży? Jak mogę prowadzić małą istotkę za rączkę, skoro zawsze byłam taka grzeczna? Ona wychodzi z domu w środku nocy, by przeżyć coś - jakieś emocje z kimś, doświadczyć czegoś nowego. Kto wówczas zaopiekowałby się tobą? Ona nie potrafi kochać nikogo poza sobą. Jakże mogłaby zatem zaakceptować ciebie? Czy ja będzie potrafiło okiełznać to, co wymyśli ona? Czy to, że tak myślę, świadczy o tym, że jestem bardziej nią, czy sobą? Nic nie wiem. Ja i ona boimy się bólu i upokorzenia związanego z porodem, obawiamy się o łączące nas ciało, którego tak żal. Nie chcemy, by ześlizgiwały się po nim pogardliwe spojrzenia rodziny, sąsiadów i znajomych. Kiedyś będzie tylko ja, i wbrew pozorom nie oznacza to totalnego egoizmu. Ja zaoferuje ci, jeśli pozwolisz, drugą szansę. Znajdzie cię w dziecku przyjaciółki, w pięciolatce swawolnie biegającej po placu zabaw w domu dziecka. Ja odszuka najpierw najlepszy sposób na życie. Może będzie to jakiś mężczyzna, który stanie w roli ojca, może odwaga wystarczająca, by być tylko z tobą. Ja pozbiera się w sobie, by na ciebie zasłużyć. A tymczasem, jedziemy sobie autem, po prostej niemieckiej drodze. Mijamy wypielęgnowane niemieckie domy, przekraczamy wirtualną granicę, o której przypominają nam tylko opuszczone baraki urzędu celnego. Pojedziemy na uczelnię, oddamy indeks do dziekanatu. Musisz kiedyś trafić w te mury. Zawsze jest tu chłodno, nawet w upalne dni lipca ma się gęsią skórkę. Później pojedziemy do domku, położymy się pod kocem, delikatnie ignorując zaproszenia mamy na kawkę, ciasteczko, małą pogawędkę w kuchni. Czujemy się kiepsko. Ciągle nas mdli. Nie możemy z nią siedzieć. Poza tym jesteśmy takie śpiące... Mama jest taka dobra. Potrzebuję jej teraz bardziej niż kiedykolwiek. Nie mogę jednak nic powiedzieć. Nie zasłużyła na to, by ranić ją takimi informacjami. Nie wiedziałaby, co zrobić. Nalegałaby, byś przyszła na świat. Zabieram pościel i kładę się koło niej na pustym miejscu wielkiego łoża małżeńskiego. Nie pyta, dlaczego przyszłam. Nie przytulam się do niej, wystarcza mi, że jest. Kochana mama, którą pragnę chronić przed nami. Nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo się boimy.

Sobota to dzień wspólnych zakupów - jedziemy do Kauflandu. Staram się wyręczyć ją w dźwiganiu. Trzymaj się tam w środku mała mocno. Mam nadzieję, że to ci nie przeszkadza. W zatłoczonym sklepie umykają mi siły - jest tu tak duszno i wciąż mnie mdli. Kończymy szybciej niż zwykle. Jedziemy do domu. Dzisiaj powinnyśmy coś poczytać. Zabieram się za nieco mniej ambitną lekturę, żebyś aż tak bardzo się nie nudziła. Przerywam jednak. Nie nadaje się to dla takich kruszynek jak ty. Zasypiamy jak zawsze ostatnio. Niedzielę spędzamy w doborowym towarzystwie mojego znajomego. Jest to jedyny człowiek, z którym czuję się bezpiecznie w całej tej sytuacji. Nic mu oczywiście nie mówię. Czas upływa szybko. Jutro już poniedziałek - wezmę pierwszą z dwóch tabletek. Zatrzyma ona wydzielanie progesteronu, który trzyma cię przy życiu. Rozpadniesz się na maleńkie cząstki, wymieszasz z całą resztą tego, co jest wokół ciebie i wylecisz. Przepraszam, że mówię ci to wszystko. Nie chcę, żeby coś cię zaskoczyło. Wiem, że to, co jest w środku, to tylko puste (a może już pełne) jajo płodowe. Ty jesteś gdzieś poza i patrzysz na mnie z politowaniem. Wiem, jestem tchórzem. Cała ta historia o przyszłości, w której cię odnajdę to bzdura. Jak bardzo mną gardzisz kulturowo ożywiona w mym umyśle zygoto?

Wchodzę po raz drugi w życiu do niemieckiego gabinetu ginekologicznego w prywatnej klinice. Inna lekarka, też Polka, młodziutka i ładna, nie mówi mi niczego wprost, ale przed podaniem tabletek rzuca dziwne spojrzenie w moją stronę. Kiedy połykam drugą z trzech tabletek mefyginy słyszę: „jeszcze kiedyś będzie pani miała zdrowe dzieci, jest pani jeszcze tak młoda". Co?! Dlaczego?! Ona nie ma praw!. Wychodzi. Prosi, bym posiedziała jeszcze sekundkę, przyjdzie pielęgniarka i poda mi środek niwelujący mdłości.

O Boże! Wyjmijcie to ze mnie! Nie chcę zatrzymać wydzielania cholernego progesteronu! Chcę mieć to dziecko. Będę przecież dobrą mamą, dam radę. Skończę studia, wszystko będzie dobrze! Niech ktoś cofnie czas o parę minut!

Nie krzyczę, to tylko moje myśli. Kiedy wchodzi pielęgniarka - Niemka, czuje słony smak łez w ustach. Podchodzi, bierze mnie za rękę i przytula. Jest jedyną osobą, która przytula mnie w tym trudnym czasie. Pozwala mi wypłakać się w swój nieskazitelnie czysty fartuch, który kalam czernią rozpuszczonego tuszu do rzęs. Daje mi tabletkę, popijam ją wodą gazowaną. Sama wyciera mi twarz, miękką chusteczką, delikatnie usuwa cienie spod oczu. Dziękuję jej za zrozumienie. Wychodzę zawstydzona. Wsiadam do auta. Wracam do domu. Wciąż tam jesteś, mała? Może nie zaczęłaś się jeszcze rozpuszczać. Opowiem ci, jak wygląda droga...

We wtorek, kiedy idę do pracy, czuję się jakoś dziwnie. Wchodzę do budynku i kieruję się prosto do toalety. Krwawię - coś dużego wypada ze mnie do muszli klozetowej. To nie mogłaś być ty!

W czwartek jadę z walizką do Niemiec, by przyjąć cytotec, który spotęguje krwawienie, rozszerzy szyjkę macicy i spowoduje usunięcie „produktów ciąży". Ta sama młoda pielęgniarka wskazuje mi salę. Przyjmuję lek. Proszę, by pozwoliła mi jechać do domu. Nie przebieram się nawet. Przychodzi lekarka, która miała dyżur w dniu mojej pierwszej wizyty. Mówi, że kończy pracę i jedzie do Szczecina do domu. Pojedzie za mną. Jeśli zauważę cokolwiek niepokojącego mam się zatrzymać. Ostrzega mnie, że ryzykuję. Mogę dostać krwotoku i wówczas nikt nie zdoła mi pomóc. Podpisuję konieczne dokumenty. Natalia - ginekolożka - eskortuje mnie do samego domu, jadąc za mną swym Jeepem Wranglerem. W domu nikogo nie ma. Krwawię mocno, ale myślę, że mieści się to w normie. Skurcze macicy dały mi się we znaki w czasie podróży. Teraz jest już znacznie lepiej.

Maleńka, wróciłaś do praprzestrzeni, z której przyszłaś do mnie. Przepraszam cię za moje tchórzostwo, egoizm i okrucieństwo. Tak bardzo chciałabym, byś wróciła tu kiedyś, bym mogła ci kiedyś pomóc. Tak bardzo chciałam być z tobą szczera w czasie, który spędziłyśmy razem. Nie wiem, czy potrafiłam.

Otwieram kopertę z wypisem z kliniki: Sehr geehrte Kollege, wir berichten über o.g. Patientin, die sich in unser stationären Behandlung befand. Diagnose: Ärtzlich eingeleiteter abort: Komplett oder nicht naher bezeichnet, ohne Komplikation mit Schwangerschaftsdauer 5 Wochen. Therapie: Medikamentoser Abbruch.

Składam równo kartkę, wyjmuję spod materaca test. Wszystko włożę teraz do koperty, zamknę i pozostawię jeszcze na troszkę pod materacem. Chcę wiedzieć, że to miało miejsce. Do twojego ojca zadzwonię jutro. Powiem, że poroniłam. On chciał mieć dziecko. Ja nie chciałam, by ktoś cię „miał." Chciałam byśmy mogli być, najlepiej razem, ale jeszcze nie teraz. Czuję ulgę. Moje życie wraca do normy. Wiem, że dałam sobie szansę, by żyć i ułożyć wszystko tak, byś i ty mogła kiedyś być tu ze mną. Radosna, mądra, rezolutna - moja maleńka kruszynka, której dam nowy, lepszy początek.