"O odzyskanej radości czytania"

(Z profesor Ewą Kraskowską rozmawiała Agnieszka Gruszczyńska)


Jako redakcja Studenckiego Kwartalnika Krytycznoliterackiego „Nowy Przemytnik" chcielibyśmy zadać Pani pytanie związane z tematem przewodnim drugiego numeru, który brzmi „Mistrz i uczeń". Czy w kontekście przywołanych w części wstępnej Pani najnowszej książki osobistości wyznaczających pewne historycznodziejowe granice krytyki feministycznej [„...drugą ( teorię charakteryzującą kobiecy odbiór lektury) od lat kilkudziesięciu rozwija krytyka feministyczna od, powiedzmy, de Beauvoir do, dajmy na to, Iwasiów..." (Kraskowska E., Czytelnik jako kobieta, Poznań 2007, s. 7.)] może Pani wskazać swoje mistrzynie i swoich mistrzów? Stwierdza Pani bowiem, że czytała po męsku, co więc skłoniło Panią do zmiany perspektywy odbioru literatury?

Najpierw wyjaśnię, co mam na myśli mówiąc, że czytałam „po męsku". Chodzi tu o niektóre dyrektywy związane z profesjonalnym, akademickim odbiorem dzieła literackiego, projektowanym przez literaturoznawstwo nastawione antygenetycznie i strukturalistycznie: utopię „obiektywnej" interpretacji i takiegoż sensu dzieła, odpodmiotowienie aktu lektury, ogniskowanie uwagi na problematyce wewnątrzliterackiej itp.

Tak się złożyło, że miewałam w swojej edukacji literaturoznawczej głównie mistrzów. Najważniejszym był niewątpliwie Jerzy Ziomek. Jeśli zaś chodzi o moją „kobiecą" perspektywę czytania, to swoistym aktem inicjacyjnym było doświadczenie czytelnicze z czasu, kiedy nie miałam bezpośredniego kontaktu z książką polską. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych pracowałam na uniwersytetach w Sztokholmie i w Uppsali i w pewnym momencie zabrakło mi lektur polskojęzycznych, krótko mówiąc - nie miałam co czytać. Wtedy odkryłam w Uppsali bibliotekę anglojęzyczną i stwierdziłam, że jest tam mnóstwo współczesnych powieści autorstwa kobiecego. Sięgnęłam po pierwszą z brzegu i tak się szczęśliwie złożyło, że była to niezła książka Gail Godwin The Odd Woman. Po raz pierwszy przeżyłam wówczas niesamowite uczucie, że oto czytam książkę jakby o sobie.

Od dzieciństwa byłam pożeraczką książek. Zawsze napotykałam teksty o czymś innym, o czymś, czego ja sama nie doświadczyłam. Poszerzały one moją wiedzę o świecie, ale w zasadzie nie pomagały w samopoznaniu. A tu pojawiła się książka, której bohaterką jest literaturoznawczyni, bywająca na rozmaitych konferencjach, romansująca z innym literaturoznawcą - specjalistą od prerafaelitów. Książka mieści się w kategorii literatury środka, jest po prostu dobrze napisaną fabułą z wątkiem psychologicznym, a przy tym typową powieścią uniwersytecką. Wówczas pomyślałam sobie: „jak to możliwe, że ja, studiując literaturę polską, nigdy nie przeżyłam niczego podobnego". To zdarzenie uświadomiło mi, że istnieją takie książki, które pozwalają uzmysłowić sobie, że jestem odbiorcą posiadającym płeć i ów czynnik płci ma duży wpływ na to, jak reaguję na tekst. Potem okazało się, że takich książek jest całe mnóstwo w obrębie współczesnej prozy anglojęzycznej (do innej, ze względu na bariery językowe, nie miałam dostępu). Po powrocie do Polski zaczęłam się rozglądać za podobnymi powieściami w literaturze polskiej. Okazało się, że były to dobrze mi znane lektury, które trzeba było tylko na nowo przeczytać. Wynikiem tych badań była moja poprzednia książka - o prozie kobiecej dwudziestolecia międzywojennego, a raz obudzona czytelnicza „wrażliwość genderowa" nie dała się już nigdy wyłączyć. A gdy w ślad za powieściami natrafiłam na anglojęzyczne prace z zakresu krytyki feministycznej, upewniłam się, że z takiego „upłciowionego" czytania można uczynić metodę badawczą Teraz pewnie i książkę telefoniczną mogłabym tak przeczytać.

Nikt konkretny nie uczył mnie więc „czytania jako kobieta" - uczyły mnie tego same książki. Okazało się, że jest to istotny problem teoretyczny rozpracowywany przez krytykę feministyczną. Siłą rzeczy zaczęłam zatem przenosić zainteresowanie tą strategią czytelniczą na obszar czytania profesjonalnego. Okazało się to bardzo owocne, a co najważniejsze, kiedy uzmysłowiłam sobie, że wolno mi czytać jako kobieta, odzyskałam radość czytania.

Anna Łebkowska w artykule syntetycznie ujmującym kategorię gender we współczesnej refleksji teoretycznoliterackiej sugeruje, że pewne rozłamy w obrębie krytyki feministycznej (tu spór konstrukcjonistek i konstrukcjonistów z esencjalistkami i esencjalistami) pozytywnie oddziałują na badania literatury, m.in. przyczyniając się do powstania kilku kręgów badawczych, niekoniecznie wykluczających się nawzajem. Autorka wymienia tu jako główne obszary: gynokrytykę i szeroko rozumiane badania skupiające się nad genderową reprezentacją oraz badania koncentrujące swe zainteresowanie na podmiocie piszącym. (Łebkowska A., Gender, (w:) Kulturowa teoria literatury. Główne pojęcia i problemy, pod red. M. Markowskiego i R. Nycza, Kraków 2006, s. 390-391.) Wymienione tu trzy kręgi niejako współistniejące, czy jednak może Pani wskazać na jeden z nich jako najbliższy swojej obecnej metodologii?

Najbliższa jest mi gynokrytyka, najmniej interesują mnie zagadnienia kobiecej podmiotowości, choć pozostają ona niewątpliwie gdzieś w horyzoncie moich badań gynokrytycznych. Ważne jest dla mnie przede wszystkim rewaloryzowanie tradycji pisarstwa kobiecego, przywracanie czytelnikom, zwłaszcza młodym, autorek, które znalazły się poza obrębem lub na marginesach kanonów, a które zasługują na to, by te kanony je uwzględniały. Natomiast nieco mniej zajmują mnie problemy podmiotowości, tożsamości kobiecej i ewentualnych spekulacji na temat tego, czym różni się piszący podmiot kobiecy od piszącego podmiotu męskiego. Jeśli jednak miałabym badać kwestie oscylujące wokół pojęcia podmiotowości, to z pewnością chętniej zajęłabym się kobietą czytającą niż piszącą.

W pierwszym rozdziale Pani książki Czytelnik jako kobieta dokonuje Pani swoistej syntezy historii rynku wydawniczego, którego postulowanym klientem-czytelnikiem jest kobieta. Dostrzega Pani daleko idące analogie i proste kontynuacje w zakresie praw rządzących rynkiem od wieku XVIII, w obrębie którego wyznacza Pani punkt konsolidujący kobiecość i beletrystykę, do wieku XXI, z tą małą różnicą, że obecnie kobiety coraz częściej działają w branży wydawniczej, mając na nią większy wpływ. Czy może Pani wobec tego wskazać pewne sfery, w obrębie których dostrzega Pani kontynuację tych wzorców i te aspekty rynku wydawniczego, w ramach których unaocznia się przełom związany z wkroczeniem kobiecego podmiotu decyzyjnego?

Kobieta jako czytelnik pojawiła się w określonym momencie historycznym - wtedy, kiedy okazało się, że dysponuje czasem wolnym, który może sama zagospodarować. Czytanie było jedną z tych czynności, które doskonale się do tego nadają. Siłą rzeczy popyt rynkowy, jaki pojawił się wraz z nastaniem ery czytelnika-kobiety, wymusił pewne przemiany samej literatury. Na przykład powieść jako gatunek realistyczny, bliski codzienności, eksplorujący skomplikowane relacje międzyludzkie, zwłaszcza w kręgu rodziny, szczególnie dobrze odpowiadała na zapotrzebowanie tej kategorii odbiorców. Wydaje się, że zwłaszcza powieść psychologiczna wiele zawdzięcza temu, iż czytelnik-kobieta pojawił się w orbicie zainteresowań zarówno piszących, jak i wydawców. Później pojawił się oczywiście dojrzały psychologizm modernistyczny i choć udział kobiet w jego tworzeniu jest niewątpliwy, to pisarze płci męskiej mają tu równie duże zasługi - Henry James, Fiodor Dostojewski, Lew Tołstoj, Joseph Conrad, Marcel Proust, James Joyce itd. Masowa obecność kobiecego czytelnika w komunikacji literackiej, zwłaszcza w XIX wieku, znajduje kontynuację w wieku XX. Tę kontynuację widać w dwóch biegnących obok siebie liniach, które. niestety zbyt rzadko mają okazję się zetknąć. Z jednej strony jest to nurt awangardowy, którego źródłem będzie wspomniany już przeze mnie, często zasilany piórem kobiecym, modernistyczny psychologizm. Określiłabym go mianem woolfiańsko-joyce'owsko-proustowskiego. Ma on swój bieg i współcześnie. Jest to pisarstwo mocno eksperymentalne, przez współczesną krytykę feministyczną postrzegane jako blisko spokrewnione z subwersywną kobiecością. U podstaw tego poglądu leży teoria Virginii Woolf, w myśl której kobieta, która nie podlegała rygorom formalnego kształcenia, mogła jako pisarka dowolnie eksperymentować. Druga linia - zarysowująca się na gruncie literatury polskiej dość słabo, co więcej, niedoceniana przez krytykę - to nurt realistyczny. To porządna, mięsista proza realistyczna, która oczywiście znajduje odbiorców w znacznie szerszych kręgach niż proza eksperymentalna.

Inga Iwasiów już w połowie lat 90. zauważyła, że pisarki polskie takie jak Filipiak, Gretkowska, Goerke pisują konceptualnie. Z jednej strony była to siła tej prozy. W Polsce w ogóle dostrzec można pewien kult eksperymentu literackiego. Wszystko, co uznać można za bliższe tradycyjnej konwencji powieściowej, jest afirmowane przez czytelników, ale już niekoniecznie przez krytykę. Z jednej strony owo pisanie konceptualne było siłą prozy, która przedstawiała pewne akty transgresji, konstruowała nowe formuły kobiecości, z drugiej zaś strony odseparowało te teksty od kobiecego czytelnika masowego, który jest dla autentycznego życia literackiego najważniejszy. Czytelnik ten został skazany albo na harlequiny, albo - w najlepszym przypadku - na Bridget Jones i Grocholę. Do niedawna nie dostrzegałam na gruncie polskim nurtu pośredniego, kobiecej prozy „dobrze zrobionej", który jest wyraźnie zarysowany na przykład w obrębie literatury anglojęzycznej, choć może sytuacja pod tym względem ostatnio zmienia się na lepsze.

W tym samym rozdziale pisze Pani również o powodach, które skłaniają kobietę do lektury. Wymienia Pani wśród nich kompulsywny charakter owej czynności, utożsamiając ją z kobiecym nałogiem. Pisze Pani o pociesze, jaką czytelniczka odnajduje w lekturze, ale także wspomina o podejrzliwości, którą wykształca w sobie profesjonalna czytelnik-kobieta. Czym przede wszystkim jest według Pani współczesna książka dla kobiety: niebezpiecznym nałogiem, pocieszeniem czy ostrzeżeniem?

Jest to oczywiście zależne od tego, z jaką literaturą mamy do czynienia. Swoją książkę zadedykowałam koleżankom, zarówno tym z kręgów akademickich, jak i tym, które nie należą do grona naukowców. Mam sporo koleżanek nieakademickich, które namiętnie czytają prozę wydawaną w popularnych seriach adresowanych do kobiet. Książki te niosą ze sobą pewne przesłanie feministyczne, ale w moim odczuciu sprzyjają głównie kształtowaniu postaw roszczeniowych. Takie nastawienie przedstawić można schematycznie w formule „teraz ja", „teraz my". Sprzyja to utrwalaniu w świadomości społecznej wizerunku feministek jako agresywnych, mizoandrycznych istot, w młodych kobietach zaś umacnia poczucie, iż trzeba stawiać życiu wymagania, bo czasy są takie, że osiągnąć można wiele z tego, co wcześniej było niedostępne. Efekt, jaki wywołuje taka literatura - roszczeniowy właśnie - dla mnie jest nie do przyjęcia. Najistotniejsza jest bowiem literatura skłaniająca do pracy nad sobą, książki sprzyjające samopoznaniu. Naprawdę stosunkowo mało ludzi posiada jakąkolwiek elementarną wiedzę o sobie, nieprzesłoniętą rozmaitymi złudzeniami na własny temat.

W najnowszej literatury polskiej nie znalazłam, póki co, książek, które mogłabym wpisać do kategorii tekstów istotnie wpływających na moje życie. Mam tu na myśli nie treści, które powodują, że oto zaczynam wymagać więcej od życia, ale te, które sprawiają, że wymagam coraz więcej od siebie. Istotne dla mnie teksty uczą nie tyle postawy kobiety zwycięskiej, ile pewnej pokory wobec innych. Jeśli miałabym wskazywać jednak konkretne nazwiska, pochodziłyby one z pewnością z kręgu prozy kobiecej dwudziestolecia międzywojennego. Wśród moich ulubionych autorów związanych z problematyką kobiecą, jakkolwiek dziwne może się to wydawać, jest też parę piór męskich. Bardzo istotne okazały się dla mnie książki Henry'ego Jamesa. Zastanawia mnie zawsze fenomen mężczyzny, który nawet nigdy nie był żonaty, ponadto prowadził dosyć ekscentryczny tryb życia, a wiedział tak wiele o kobietach. Nie mam pojęcia, skąd pochodziła owa wiedza, jakim cudem James był w stanie przeniknąć tak dogłębnie psychikę kobiety, zwłaszcza młodej kobiety? Często czytam eseje, biografie, autobiografie. Jedną z ważnych dla mnie autorek jest Carolyn Heilbrun, nieżyjąca już krytyczka feministyczna, która między innymi pisywała kryminały pod pseudonimem Amanda Cross. Istotną dla mnie książką jej autorstwa jest The Last Gift Of Time: Life Beyond Sixty - pomogła mi zrozumieć i zaakceptować starzenie się. Znaczące są dla mnie teksty, które nie tyle zwiększają moje wymagania wobec życia, ile pozwalają mi się pogodzić z tym, czym ono jest.

Literatura winna być zatem drogą prowadzącą ku odnalezieniu samej siebie i ku pogodzeniu się z tym, że nie wszystkie nasze marzenia i pragnienia mogą się ziścić.

Dokonując analizy relacji doświadczenia i płci w literacko-filozoficznym dyskursie oświecenia i romantyzmu, wyznacza Pani dwie silnie nacechowane genderowo dychotomie: „doświadczenie - rozum" i „doświadczenie - niewinność". (E. Kraskowska, op. cit., s. 46.) Jaką dychotomię wskazałaby Pani jako współcześnie dominującą w kształtowaniu kulturowych wizerunków płci? Czy wobec trzeciej fali feminizmu można w ogóle mówić o jakiejkolwiek dychotomii?

Już po napisaniu tego tekstu - a jest to referat konferencyjny, więc niejako na zamówienie - doszłam do wniosku, że powinnam była w nim wyraźniej oddzielić dwie kwestie: podział na dwie płcie: kobiety i mężczyzn oraz kobiecość i męskość jako składniki czy kategorie obecne w dyskursach. Wtedy, kiedy pisałam o rozumie i doświadczeniu oraz o doświadczeniu i niewinności, poruszałam się w obrębie drugiego rozróżnienia, ponieważ np. niewinność może równie dobrze stać się udziałem biologicznej płci kobiecej, jak i męskiej, natomiast kulturowo będzie identyfikowana z kobiecością. Przełom oświecenia i romantyzmu to taki okres, kiedy kulturowe kategorie płciowe zaczynają wyraźnie uniezależniać się od biologicznych.

Czy dzisiaj widziałabym taką dychotomię? Raczej nie. Żyjemy w dobie kolejnego przesilenia, w czasach anarchii płciowej, jak to powiedziała Elaine Showalter w odniesieniu do przełomu XIX i XX wieku. Jednak pewne aspekty naszego bytowania nadal są nacechowane w taki sposób, że niektóre z nich postrzega się jako bardziej męskie, inne zaś jako jednoznacznie kobiece. Na przykład przedsiębiorczość, decyzyjność czy nawet, powiedziałabym, większy stopień egocentryzmu kojarzony jest z męskością. Z kolei nastawienie na komunikację, kontakty międzyludzkie, negocjacyjny stosunek do życia to przymioty bliższe kobiecości, ale właśnie kobiecości, nie kobietom.

Konstatacją rozdziału zatytułowanego „Z dziejów honoru (w powieści XIX i XX wieku)" jest następujące zdanie: „Nie jestem pewna czy potrafię odpowiedzieć na pytanie, co w moim kobiecym świecie odpowiada temu >>przestarzałemu<< pojęciu - honor." (E. Kraskowska, op. cit., s. 165.) Jaką pozytywną wartość zaproponuje Pani zatem współczesnej kobiecie i bohaterce? Czy może niepewność Pani co do funkcjonowania tego pojęcia wynika z obawy, że zamiast honoru wciąż pozostaje nam kobietom cześć?

Chodziło mi o coś innego. Miałam na myśli obecność w naszym dyskursie, zwłaszcza w tym, w którym jesteśmy zatopieni dzisiaj - nie literackim, a publicznym - pojęć fetyszyzujących pewne wartości, a raczej pseudowartości. Są to zazwyczaj wielkie słowa, takie jak: wierność, ojczyzna, patriotyzm czy honor właśnie, za pomocą których wywiera się perswazyjny wpływ na świadomość zbiorową. Oczywiście ich interpretacje i użycia zależą od kontekstu, są one jednak nader często wykorzystywane jako narządzie manipulacji. Mówiąc o psychopatologii honoru, chciałam właśnie pokazać, jak słowo z najwyższego rejestru etycznego może wpływać destrukcyjnie nie tylko na jednostkę, ale także na całe narody.

Naprawdę z dużym dystansem odnoszę się do wielkich słów. Właśnie to stało się genezą tekstu o honorze. Myślę, że najważniejsze różnice między mówieniem „męskim" i „kobiecym" tkwią właśnie w semantyce, a nie na przykład w składni czy leksyce.

W ostatnim rozdziale swojej najnowszej książki dokonuje Pani analizy funkcjonowania toposu kobiety mówiącej „wielkie Tak". Czy w obrębie literatury polskiej mogłaby Pani wskazać ów finalny motyw kobiecości jako energii scalającej?

Mam wrażenie, że współczesna literatura polska jest wciąż na etapie mówienia „nie", które jest bardziej kojarzone z postawami feministycznymi.

Należy jednak zwrócić uwagę, że w mówieniu „tak", jak w każdym toposie, dostrzec można pewną ambiwalencję - może ono być afirmatywne, ale może też być konformistyczne. Dla mnie najważniejsze jest to, o czym mówiłam, odpowiadając na drugie pytanie. Owo „tak" winno być zgodą na rozmaite, również bolesne, aspekty życia.

Kobieta mówiąca „wielkie Tak" to w moim przekonaniu niekoniecznie kobieta tryumfująca. Bywa, i owszem, że kobiecość afirmatywna tryumfuje, jest to jednak zwykle tryumf na gruzach czegoś, co upadło. Owo „tak" jest heroiczne, jednak nie heroizmem spektakularnym.

Ważną dla mnie książką jest Całe życie Sabiny Heleny Boguszewskiej. To powieść zdecydowanie niedoceniana, pozostająca w cieniu Nałkowskiej czy Kuncewiczowej. Krytyka międzywojenna oceniła ją jako przygnębiającą, destrukcyjną, bowiem bohaterka na skraju życia, umierająca, rozpamiętuje koleje swego losu w oparciu o drobiazgi, sukienki, które nosiła, służące, książki. Poszczególne fragmenty noszą właśnie takie tytuły: „Po sukienkach", „Po służących". Tyle jej z życia zostało. Dziwiły mnie takie właśnie reakcje krytyki. Dla mnie jest to książka niesłychanie krzepiąca, bowiem jest przeniknięta duchem zgody na zwyczajność życia. Zgody, a nie pogodzenia się, rezygnacji. I o to właśnie chodzi w „wielkim Tak".

Pani Profesor, dziękuję za to, że zechciała Pani poświęcić swój czas na naszą rozmowę.

Również dziękuję bardzo i życzę powodzenia i wytrwałości.

Ewa Kraskowska - wykładowca polskiej literatury współczesnej, teorii literatury i literatury europejskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest autorką takich książek jak: Twórczość Stefana Themersona. Dwujęzyczność a literatura (1989), Zofia Nałkowska (1999), Piórem niewieścim. Z problemów prozy kobiecej dwudziestolecia międzywojennego (1999, 2003), Siostry Brontë (2006), Czytelnik jako kobieta. Wokół literatury i teorii (2007).