Aleksandra Kosuda - "Pierwszy raz w Szczecinie?"



Najpierw, wcale niekrótko, zastanawiałam się, czy w ogóle warto o tym pisać? Gdy już zdecydowałam, że to zrobię, pojawiła się druga wątpliwość. Typowa, nie ja pierwsza się z nią zmagam. Jak nie wpaść w banał, o banale pisząc? Skoro jednak motywem przewodnim pierwszego numeru „Nowego Przemytnika” jest „debiut”, w takim właśnie kontekście chciałabym powiedzieć kilka słów o „pierwszej prawdziwie szczecińskiej współczesnej powieści obyczajowej”. Właśnie tak brzmi notka wydawnicza na temat nowej książki Marka Frengera - Tym razem naprawdę…

Po pierwsze muszę wyjaśnić, że debiut ten jest jedynie debiutem kogoś, kto wydaje swoją pierwszą książkę, natomiast o żadnej „primum” dla Szczecina nie ma tu mowy. W naszym mieście i o naszym mieście współczesne powieści ukazują się bowiem już od 1945 roku. Na liście szczecińskich pisarzy zainteresowanych miejską przestrzenią, rzeczywistością i mitologią z całą pewnością umieścić należy takie nazwiska, jak: Zbigniew Kosiorowski, Marian Kowalski, Katarzyna Suchodolska, Edward Balcerzan, Stanisław Wit-Wiliński, Dariusz Bitner, Ryszard Liskowacki, Jerzy Pachlowski, Inga Iwasiów, Artur Daniel Liskowacki, a ostatnio także Alan Sasinowski czy Paulina Grych. Moim celem nie jest ani skatalogowanie motywów miejskich, ani głębszy opis twórczości wymienionych osób. Przytoczę jednak kilka tytułów powieści, które niech nie pozostawią cienia wątpliwości, że Tym razem naprawdę… nie może przypisywać sobie żadnej pierwszyzny.

Niewątpliwie jedną z ambitniejszych lektur jest zbiór opowiadań Ingi Iwasiów – Miasto-ja-miasto. Odnajdziemy tam nie tylko opis konkretnych szczecińskich miejsc (takich jak na przykład budynek Instytutu Filologii na US), ale i próbę odnalezienia się w przestrzeni miasta. A przestrzeń tę budują mit, historia i autobiografia, które składają się na to, co nazywamy naszą własną tożsamością. Tożsamość to także temat przewodni powieści A. D. Liskowackiego Eine kleine, która - mimo że pochodzi z 2000 r. - opowiada o przeszłości, kiedy to Stettin stawał się polskim miastem tuż po II wojnie światowej. Chyba nie mogło być inaczej - powieści tej towarzyszy pełna refleksji i emocji narracja, w której mitologizowanie miasta jest bardzo wyraźne. Zupełnie niedawno, bo we wrześniu 2007 r. Liskowacki wydał nową powieść - Mariasz. W tej rozgrywce między historią a współczesnością, między sensacją a dramatem można także doszukać się czegoś związanego z naszym miastem.

Dobrymi czy słabymi, ale z pewnością szczecińskimi powieściami obyczajowymi są także współczesne książki Moniki Szwai. Wszystkie rozterki i przygody jej bohaterek krążą po szczecińskich zaułkach, gdzieś między centrum Szczecina a prawobrzeżem, Dąbiem, Podjuchami… Tuż przed ukazaniem się książki Frengera, w lipcu 2007 r. wydany został inny debiut Numer zerowy Pauliny Grych, który opowiada o perypetiach pewnego szczecińskiego posła, a właściwie jego żony.

Kończąc to wyliczenie szczecińskich motywów i pozwalając sobie na jeszcze więcej subiektywizmu, wspomnę o Dariuszu Bitnerze, którego proza jest mi chyba najbliższa. Urodzony w Trójmieście, ale od dawna związany ze Szczecinem wydał tu niejedną swą powieść czy zbiór opowiadań, by przypomnieć tylko niektóre: Mała pornografia, Bulgulula, Psie dni, Pst. W tej ostatniej powieści spotykamy się (znów i nie po raz ostatni) z Pandarkiem, który przemierzając Szczecin, „dociera” gdzieś znacznie dalej. Wały Chrobrego, ulica Jarowita czy Most Długi w Szczecinie posłużyły bowiem w tym przypadku do stworzenia atmosfery przestrzeni tajemniczej, przestrzeni metafizycznej. Konkretny fragment miasta zbliża się do nieskończoności…

A po drodze ponownie Marek Frenger i jego Tym razem naprawdę… - pierwsza część tryptyku szczecińskiego. Prześledźmy zatem pokrótce, jak wygląda w tym utworze nasze miasto? Przedstawione jest typowo, niczym wyjątkowym się nie wyróżnia. W każdym większym polskim mieście jest przecież jakaś ulica Mickiewicza, jest jakiś urząd miasta czy ogródki z piwem. To, co odróżnia Szczecin od innych miast, to na pewno fakt, że mamy Wały Chrobrego, Park Kasprowicza czy atrakcyjne położenie (ze względu na bliskość morza i zachodniej granicy). Frenger o tym wszystkim wspomina, ale nie wydobywa tych atutów wystarczająco. I w ogóle przyznać trzeba, że cała perspektywa Szczecina jest tu co najmniej nieciekawa. Natomiast ilość przypadkowych spotkań wszystkich bohaterów sprawia, że można by pomyśleć, iż mieszkamy w miasteczku, a nie w ponad czterystutysięcznym mieście. Wrażenie prowincjonalności pogłębiają także same dialogi bohaterów na temat braku atrakcji w mieście czy tego, że „dziś w Szczecinie buduje się tylko hipermarkety i stacje benzynowe” (s. 204). Dodajmy jeszcze, że żaden z najważniejszych bohaterów nie jest rdzennym szczecinianinem. Nie musi, oczywiście. I tak samo Szczecin nie musi być przedstawiony jako nowoczesne i przyciągające tłumy miasto. Ale skoro tak, to dlaczego tak bardzo podkreśla się, że jest to pierwsza prawdziwie szczecińska powieść? Dlaczego właśnie takie zdanie służy reklamie, skoro okazuje się, że ten Szczecin nie ma czym przyciągać, że czytelnikowi poznawanie jego miasta w tym utworze przynieść może tylko zawód?

To jednak jestem w stanie wybaczyć. Po pierwsze dlatego, że nie mamy do czynienia z turystycznym przewodnikiem po mieście, po drugie dlatego, że wszystko, co ważne w tej rzekomo wartkiej powieściowej akcji rozgrywa się nie w mieście, a w czterech ścianach sypialni (c
hoć nie sposób zapomnieć opisu namiętności na ławce w Parku Kasprowicza czy striptizu przy fontannie na Wałach Chrobrego). Oto główny bohater - zbliżający się do trzydziestki Łukasz, który pragnie zmienić coś w swoim pustym, miernym życiu. Miernym i pustym, bo pozbawionym prawdziwych uczuć, bo nastawionym na cyniczne oczekiwanie i hedonistyczne branie. Jeśli coś może przynieść mu satysfakcję, to praca w banku, gdzie nieźle zarabia i powoli zdobywa szczeble kariery. Chociaż i w tę karierę można by wątpić wobec faktu, że Łukasz wplątany jest w romans ze swoją szefową.

Na pierwszych 130 stronach powieści robi się z tego romansu sprawę tak, jakby temat był oryginalny, albo chociaż wart obszernej narracji, czyli ciekawie opowiedziany. Nic z tego! Od pierwszych stron ten i każdy inny wątek poprowadzony jest banalnie i schematycznie. To samo zresztą można powiedzieć o bohaterach, wśród których każdy stanowi raczej typ, a nie charakter. Co więcej, poza imionami nic tych ludzi właściwie nie odróżnia - wszyscy są apologetami tych samych idei, wszyscy w ten sam sposób spędzają wolny czas, każdego z nich cechuje identyczny światopogląd (lub jego brak). Jednym słowem - triumf rozkoszy, zabawy i luzu utopionych w tłumie, w masie. Na płytko…

A wszystko to stworzone zostało niezwykle prostym, ocierającym się o prymitywizm językiem, który niestety nie jest stylizacją. W tej nieoczyszczonej z błędów językowych narracji pierwszoosobowej, blisko połowę zajmują dialogi, których czasem po prostu nie sposób doczytać. Bohaterowie Frengera bez względu na kontekst, bez względu na to, czy rozmawiają w klubie, w domu, czy w pracy, zawsze posługują się tymi samymi naiwnymi, wycierającymi wszystkie brudy frazami.

Dotąd mogliśmy pozazdrościć Gdańskowi, że ma swoją trylogię, której autorem jest Günter Grass. Wszyscy pamiętamy jedną z części jego tryptyku - Kota i mysz  - powieść rozwojową o dorastaniu i młodości Joachima Mahlkego. Oto sytuacja analogiczna - i my, szczecinianie, doczekaliśmy się tryptyku, który otwiera Tym razem naprawdę…, bądź co bądź także powieść rozwojowa! Czytelnik Frengera ma uwierzyć bowiem, że oto pod wpływem nowego związku nasz infantylny dandys, Łukasz, dokona rozrachunku z przeszłością, dorośnie i przewartościuje swój kodeks postępowania.

Tylko jak uwierzyć w taką przemianę bohatera, kiedy poznaje się jego nową dziewczynę i odkrywa, że i ona mądrością nie grzeszy? Jowita jest typową „cosmodziewczyną”, lubi Marylkę ze Złotopolskich i futrzane ramki na zdjęcia, chętnie spowiada się ze swoich barwnych przygód seksualnych, by następnie rozwodzić się nad tematem miłości. Wprawdzie narrator chce oszukać czytelników i wmówić im, że Jowita jest szczególna, bo ma naprawdę niespotykaną pasję… fotografowanie. Tak naprawdę priorytety Jowity nie odbiegają jednak od tych, które wyznaje i praktykuje Łukasz. A może nawet ona ze swoja nimfomanią jest jeszcze bardziej zepsuta od niego? W każdym razie taki właśnie wniosek płynie z samego zakończenia powieści. Jeśli coś w tej książce może rzeczywiście zaskoczyć, to jest to niewątpliwie właśnie zakończenie, choć i ono przyprawia o ironiczny uśmiech. Szkoda, że Łukaszowi i Jowicie się nie udało; pasowaliby do siebie.

Osobnym kontekstem, w jakim można by oceniać nasz debiut są relacje damsko - męskie. Szowinizm i seksizm wylewają się niemalże z każdej kartki, bo kobiety są tu ewidentnie marionetkami w rękach mężczyzn. To one pierwsze rozbierają się, to one są czynne w scenach łóżkowych, to one za wszystko przepraszają. Bierność mężczyzn jest w tym światku wprost proporcjonalna do uległości kobiet. Oto mój ulubiony fragment: „Po śniadaniu chciałem zmyć naczynia, ale Jowita bez słowa odsunęła mnie ręką i wskazała fotel.” I dalej: „Niezbyt długo oponowałem. Usiadłem i włączyłem jakiś kanał muzyczny” (s.343). Rzecz mówi sama za siebie…

Nie wiem, jak wierzyć w miłość i bezinteresowność bohaterów, dla których wszystko zaczyna się i kończy w sferze seksu. I tu mam na myśli nie tylko związek Łukasza i Jowity, ale też wszystkich ich znajomych. Ilekroć w tej narracji pojawia się nowy bohater, możemy mieć pewność, że prędzej czy później, poznamy historię jego seksualności – dowiemy się o jego pierwszym razie, o ilości partnerów, a nawet bardziej bezpruderyjnych szczególików. Wszystkie te „kroniki wypadków miłosnych” szybko zaczynają męczyć - nie dość, że jest ich za dużo, to jeszcze bije z nich ogromne nierozeznanie w świecie, które w zamyśle chyba miało być błyskotliwe. Jak jednak lubić ludzi, którzy ze zdrady robią cnotę, którzy tłumaczą się sami przed sobą, ilekroć zrobią coś dobrego, pożytecznego? Sama przynależę do pokolenia opisanego przez Frengera, ale wiem, że z tej generacji da się wydobyć coś poza opisami hulania po dyskotekach, leczenia kaca i jedzenia frytek. Powieść tę można by pociąć na kawałki i zrobić z nich fotoopowieść do „Bravo girl”. To ten sam naiwny, ubogi sposób percypowania świata, z którego – jak dotąd myślałam - prędzej czy później się wyrasta.

Muszę podkreślić jeszcze, że jestem rozczarowana tą książką wcale nie dlatego, że spodziewałam się znaleźć w niej wzniosłe idee, lukrowaną miłość czy wzór etycznego zachowania młodych ludzi. Absolutnie nie. Nie oczekiwałam też czegoś zupełnie serio, bo bywają powieści rozrywkowe. Ale nawet to, co w założeniu ma być lekkie i zabawne, w praktyce nie może okazać się śmieszne, bo efekt jest żenujący.

Być może rację mają ci, którzy bronią literatury, jaką proponuje nam Frenger. Być może Tym razem naprawdę… to rzeczywiście beletrystyka dobra na weekend bądź plażę. Albo jeszcze inaczej - może rzeczywiście warto wspierać wszystkie lokalne debiuty i dać im szansę w myśl zasady, że jakakolwiek obecność jest lepsza niż marginalizacja? Ja tego jednak nie kupuję. I z góry dziękuję za tego - debiuty i dla Szczecina, i poza naszym miastem.

(Marek Frenger
Tym razem naprawdę…
Szczecin: Wydawnictwo Forma. Stowarzyszenie Literackie Forma, 2007. - s. 416)