Alina Matuszczyk "C'est la vie"

− Wypełnić! − powiedziała, nie podnosząc na niego swojego wzroku. − I oddać do końca miesiąca.

− Ale czy... − zaczął.

− Nie ma żadnego „ale" − w końcu na niego spojrzała. − Nie mam czasu. Co pan myśli? Że ja tu tylko pana jednego mam?

Bąknął pod nosem „do widzenia" i spojrzał na dokument, który dostał − KARTA OBIEGOWA. To był namacalny dowód na to, że oto nadchodzi nieuchronny moment pożegnania studiów swojego życia. Wychodząc z dziekanatu, skrzywił się na samą myśl załatwiania arcyważnych pieczątek, podpisów i tego wszystkiego, co niesie ze sobą przywilej bycia prawie absolwentem uniwersytetu. Zbliżający się egzamin magisterski nie wyzwalał w nim takich oporów jak formalności, które na niego teraz czekały. Choć te ostatnie 5 lat powinno go do tego dobrze przygotować.

Ciepłe lipcowe słońce przebijało się przez zbyt małe okna. Upał dawał się we znaki wszystkim zgromadzonym w wąskim korytarzu uniwersyteckich murów. Było gorąco i głośno. Na drzwiach wejściowych powiewała krzywo przypięta kartka EGZAMIN WSTĘPNY. Budynek wypełniały donośne głosy, które wydobywała z siebie niekończąca się pielgrzymka potencjalnych kandydatów pretendujących do miana ludzi wyżej mądrych. Stając się jednym z ogniw tego łańcucha, musiał czekać na swoją kolej. Po godzinie dobił wreszcie przed oblicze komisji.

− Poproszę o dowód wpłaty za egzamin − powiedziała kobieta siedząca po prawej stronie długiej ławy.

Lekko zdezorientowany zaczął nerwowo przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu czerwonego blankietu, który miał być przepustką do rozpoczęcia egzaminu. Gdy znalazł to, o co chodziło, padło w końcu wyczekiwane pytanie: − Proszę wyeksplikować implikaturę sensu paralelnych układów...

W głowie błysnęły mu dwie myśli: pierwsza, że chyba zaraz zemdleje i druga, że chyba znalazł się na wydziale fizyki a nie filologii polskiej. Wziął głęboki oddech, by opanować emocje. Zaczął mówić. Eksplikować, konotować i ewokować na tyle dobrze, że wkrótce szybko nastąpił dalszy ciąg wypadków studenckich.

W październiku stał się dumnym posiadaczem legitymacji studenckiej − jego własnej, z jego zdjęciem i z jego własnym numerem albumu, której wartość wzrosła wraz z uiszczeniem za nią stosownej opłaty. To były jednak dopiero początki jego studenckiego pożycia.

− Przepraszam, kto ostatni? − zapytał, wchodząc do gmachu zwanego dumnie biblioteką główną. Przed nim gąszcz studentów próbował zdobyć kolejny dokument potwierdzający ich akademickie jestestwo − kartę międzybiblioteczną.

− Ja − odpowiedział ktoś z odległego końca kolejki.

„Dwie godziny będę tu stał" − pomyślał, ustawiając się za „ktosiem". „Dwie godziny jak nic". Musiał zrobić dziwną minę, bo „ktoś" uśmiechnął się krzywo i stwierdził odkrywczo: − C'est la vie.

Po upływie godziny mógł już stanąć przed panią bibliotekarką, która wydając mu nowy obiekt pożądania wszystkich studentów (ową kartę), nie omieszkała przypomnieć o należytej opłacie na ten cel.

− Przepraszam, ale za to też się płaci? − spytał.

− A co pan myśli? − spojrzała na niego zdziwiona. − Wszyscy płacą, to i pan musi. C'est la vie, mój drogi, c'est la vie.

Wchodząc do akademika, musiał zmierzyć się jeszcze ze wścibską portierką, której potok słów tamowało jedynie wetknięcie jej przed oczy karty mieszkańca. Na drodze do zbyt miękkiego łóżka pozostał mu już ostatni tor przeszkód ciągnący się po całym korytarzu − rząd butelek po napoju zamiejscowych bogów − tanim piwie z pobliskiego Carrefoura. Wyczerpany, położył się na łóżku, chcąc na chwilę zapomnieć o mijającym dniu.

− Cześć stary! − usłyszał głos współlokatora. − A ty co? Wstawaj! − zaśmiał się. − Spotkałem Jarka. Mówił coś o podaniach na stypę, że niby jutro termin mija − uśmiechnął się beztrosko. − Ja już złożyłem − dodał zadowolony. − Ale stary szykuj się na to, że swoje odstoisz.

"O nie − jeszcze to" − skrzywił się.

− Co poradzisz − powiedział współlokator, jakby czytał w jego myślach. − C la vi, jak mówią Indianie − zaśmiał się głupio i wyszedł tak szybko, jak się pojawił.

− Świetnie − mruknął i podniósł się z łóżka, by wypełnić niezbędny formularz.

Następnego dnia dołączył do kolejnej wojującej grupy studentów. Długość kolejki nie robiła już na nim wrażenia. Jednak szybko dał o sobie znać żołądek, który domagał się śniadania. Odnośnie jedzenia w akademiku panowała bowiem złota życiowa zasada: nie zrobisz, nie zjesz. Z obiadami nie miał większych problemów odkąd został mistrzem w zalewaniu zupek chińskich, a na czarną godzinę miał przecież zawsze słoik domowego bigosu.

− Przesada − westchnęła dziewczyna przed nim. − Mogliby już zacząć przyjmować.

Spojrzał na zegarek. Za godzinę miały rozpoczną się jego pierwsze studenckie zajęcia. Wszedł do dziekanatu. Wielka kobieta siedziała za wielkim biurkiem, nurzając leniwie w kawie kawałek nadgryzionego ciastka.

− Przepraszam − zapytał. − Czy mógłbym... − zaczął.

− Jeszcze nieczynne − usłyszał. − Proszę wyjść. Za 5 min zawołam. − Spojrzała na zegarek. − Za 5 minut i 27 sekund.

− Ale to bez sensu... − próbował coś powiedzieć.

− Proszę pana, tu się pracuje. Jak za 5 minut to za 5 minut − powiedziała. − Teraz to już nawet 29 sekund − spojrzała na niego wymownie.

"Tak − pomyślał. − Po tej stronie mocy to ona jest Królową Czasu". Rozejrzał się po pomieszczeniu. Znajdowały się tam jeszcze trzy biurka, za którymi siedziały trzy kobiety z wymierzonymi w niego trzema parami oczu mówiącymi wyraźnie: "wyjść!".

Otworzyły się drzwi i do pokoju próbował wejść inny student. A właściwie to weszła tylko jego głowa, próbująca zadać pytanie, czy już można wejść. Reszta ciała musiała poczekać za drzwiami, bo od razu dało się słyszeć stanowcze:

− Pojedynczo proszę. Tu nie ma tyle miejsca!

To była Królowa Miejsca.

Świeżo upieczeni studenci polonistyki poznawali dopiero istotę tej życiowej trójjedności: czasu, miejsca i akcji, jaką realizowały panie z dziekanatu. Za kilka miesięcy przekonają się, że niezwykła sztuka asertywności też nie jest im obca. Zamknął za sobą drzwi.

− A mówią, że studenci są inteligentni − usłyszał jeszcze.

W pamięci miał jeszcze zapisy na listę do egzaminu poprawkowego na drugim roku. Wiedział, że to wiąże się z jednym: spotkaniem z panią Helenką − sekretarką, na widok której wszyscy studenci uśmiechali się z widocznym pobłażaniem.

− Dzień dobry − powiedział. − Przyszedłem wpisać się na listę...

− Jaką listę? − przerwała zdziwiona, patrząc na niego spod niepasujących do jej twarzy okularów.

− Z terminami... − zamierzał wyjaśnić.

− Jaka lista? To jest jakaś lista? Jakimi terminami? Nie, nie przeszkadzać − machnęła ręką, jakby chciała odgonić muchę. − Ja o niczym nie wiem − odpowiedziała.

W tym momencie był pewien dwóch rzeczy: że lista na pewno istnieje i że pani Helenka też o tym wie, tylko trzeba jej to uzmysłowić. Wziął głęboki oddech, który miał mu pomóc w pokonaniu gadulstwa i roztargnienia pani Helenki. Jeszcze raz wyjaśnił, o co mu chodzi.

− Aaa tak, trzeba było tak od razu − powiedziała, odgrzebując właściwy dokument. − Ale co się pan tak denerwuje? − powiedziała, widząc jego minę. − Przecież to pana egzamin, bez pana nie zaczną − zarechotała dumnie, jakby opowiedziała najlepszy żart w swoim życiu.

Dzień, w którym odebrał dyplom był najszczęśliwszym dniem w jego już po-studenckim życiu. Wychodząc z dziekanatu, spojrzał na wprost. Przed nim ryczało miasto. „C'est la vie" − pomyślał, uśmiechnął się i ruszył przed siebie.