Anna Kuchcik "Podróż" - NOWY PRZEMYTNIK Studencki Kwartalnik Krytycznoliteracki

Anna Kuchcik "Podróż"

Nad miastem wzeszło radosne jak zwykle słońce, ciekawsko zaglądając do każdego ciemnego i szarego zakamarka i zakątka. Każdy promień, padając z coraz to wyższego poziomu, bezlitośnie obnażał popękane mury, zużyte ulice i wyślizgane chodniki, coraz natarczywiej dokuczając nowo wyrosłym listkom starych drzew. W takie dni jak ten nawet smutna szarość nabiera radośniejszego odcienia. Przechodnie uzbrojeni w okulary przeciwsłoneczne i butelki wody mineralnej rozpoczynali swoje codzienne przymusowe wędrówki ludów dokądś i w jakimś celu albo spontanicznie i po prostu do przodu.

Torba obciążona coraz cięższymi kilogramami książek bezlitośnie wpija się w plecy. Ale w taki dzień jak ten można to wytrzymać z uśmiechem. Najprzyjemniejszy jest zawsze moment uporządkowania biurka zwykle zawalonego stosem bardzo ważnych papierów i papierzysk, artykułów i opasłych tomisk. Najprzyjemniejsza jest chwila szczelnego zamknięcia w ciemnej szafie morza papieru zadrukowanego bardzo ważnymi słowami, teoriami i nieuczesanymi jeszcze myślami. Jeszcze tylko kilka ulic, kilka skrzyżowań i schodów dzieli mnie od przyjemnego momentu pozbycia się tego ciężaru wiedzy, który pedantycznie posegregowany i energicznie ostemplowany przez zmęczone bibliotekarki, prężąc załamane i wytarte grzbiety, będzie czekał na swą kolejną ofiarę. Ostatnia z bardzo ważnych książek spoczęła w zakurzonym miejscu swego lipcowego przeznaczenia, do którego statystycznemu rodakowi w wieku produkcyjnym jakoś nie po drodze w czasie dorocznych, letnich wędrówek.

Leniwy czas nie gonił morderczo smukłych wskazówek, które korzystając z chwili wytchnienia, leniwie dążyły odwiecznym prawostronnym ruchem. Zegary i zegarki niedyskutowalnie wyznaczały jeszcze godzinę przymusowych wędrówek zużytymi szlakami dżungli miejskiej, skracającymi czas oczekiwania na odgórnie wyznaczoną porę powrotu do domu. A z oddali magnetyzująco wabiły swą szlachetną ceglastą czerwienią stare mury kompleksu budynków uniwersyteckich, pamiętające dawne, dumne, męskie czasy dyscypliny wojskowej. W budynku oznakowanym białą farbką mianem czwartego, wraz z wymyśleniem nowej jego funkcji, dziś imponować może chyba jedynie niewątpliwa, wyczuwalna już od podwórza atmosfera intelektualna... Wahając się, nieśpiesznym krokiem ruszyłam w stronę szczecińskiej Alma Mater. W oddali, opędzając się od natrętnych owadów, zamajaczył staruszek kształtujący ostrym sekatorem niepokorny krzak róży. Oporne, ciężkie drzwi nie były zamknięte. Wspinając się po wydrążonych tysiącami pośpiesznych kroków schodach, mijając puste jeszcze korytarze, wracałam do żywych wciąż wspomnień. Przed oczyma przemknęła taśma oddzielająca od siebie każdy z minionych momentów świeżo zakończonej pięciolatki.

Kojącą ciszę przerwały głośne kroki idącego w moją stronę skośnookiego chłopaka, kaleczoną polszczyzną pokrzykującego już z końca korytarza chyba słowo „wyjść". Nerwowe ruchy i dzikość spojrzenia wrzaskliwego Chińczyka przekonująco uzmysłowiły mi zbytnie wzruszenie na widok przecież nierzadko nienawidzonych ścian, a spojrzenie na zegarek − nagle śpiesznie uciekający czas. Schodzący w zdecydowanie zbyt bliskiej mnie odległości obcy, w okolicach widoczności drzwi wyjściowych, łapiąc za ramię zaprowadził mnie do czytelni i śpiesznie zamknął za sobą od zewnątrz jej drzwi na klucz.

Dziwna do tej chwili sytuacja przestała mnie bawić, gdy w dusznym pomieszczeniu czytelnianym ujrzałam skupioną, kilkunastoosobową grupę skonsternowanych profesorów i studentów, gwarnie dyskutujących o zaistniałej sprawie. Wyjątkowo nienaukowa atmosfera w jakiej się znaleźliśmy i powiązany z tym ciągiem przyczynowo-skutkowym coraz bardziej obfity w decybele gwar wywabił z przepastnych czeluści regałów książkowych panią starszą. Owa pani, obdarzona przez naturę niemiłosiernie skrzeczącym głosem, gromiącymi spojrzeniami ciskanymi znad grubych szkieł twardo objaśniła nam niedyskutowalną powinność czytelnika owej biblioteki, mianowicie obowiązek pozbycia się przepastnych toreb i natychmiastowego zamilknięcia pod groźbą opuszczenia tegoż przybytku. Bezowocne próby uzmysłowienia pani starszej niecodzienności sytuacji sprawiły tylko, że wzniosła się na jeszcze wyższy poziom zaangażowania w swą pracę, dosadniej wykładając swe stanowisko.

Opuszczając nabierającą rumieńców konwersację ciała bibliotecznego z gronem profesorskim, udałam się w kierunku zastanawiająco wyalienowanego tria szeleszczących dresami studentów, by po imponującym skoku z okna jednego z nich uzyskać pewność, iż bez wątpienia są to obcy, to znaczy nie-studenci filologii. Wtedy też zbawcze, jak się okazało, intencje uciekiniera oraz istota całej sytuacji zostały mi objaśnione.

Porywczy Chińczyk krążący po uczelnianym korytarzu okazał się heroicznym przedstawicielem skośnookiej organizacji terrorystycznej o nazwie „Młodzież Wszechchińska". Celem tajemnej operacji, wzorcowo rozegranej przez przyszłych studentów uniwersytetu, było zlokalizowanie i unieszkodliwienie planujących rzekomy bojkot letnich igrzysk olimpijskich (a być może i zamach na wodza!) trzech studentów uniwersytetu, stanowiących procent rodzimej reprezentacji. Zdeterminowani szpiedzy, wierni towarzysze zaślepieni i podnieceni wizją doświadczenia łaskawego spojrzenia duce, jednakże wybitnie nieorientujący się w szczecińskiej metropolii, zdekonspirowali się, nie osiągając zamierzonego celu. Wierni swej zawodnej chińsko-męskiej intuicji nie trafili do punktu przeznaczenia oznaczonego przez białą farbkę numerem sześć. Ufnych w swe umiejętności psychologiczno-socjologiczne patriotów nie zastanowiła niewątpliwa różnica gabarytowo-intelektualno-wszelka miedzy studentami obu zaiste tak odmiennych instytutów, dostrzegalna najprostszą drogą percepcją wzrokową.

W obliczu wiszącej w ciężkim powietrzu czytelni wojny pracowników naukowych i bibliotecznych instytutu, niemożności wydostania się stamtąd drogą okienną ani drzwiową, z uwagi na dbałość o swe kończyny, w obliczu uzbrojonych skośnookich napastników przemieszczających się po terenie wydziału oraz minięcia kolejnej możliwości powrotu do domu, stosownym byłoby postanowić coś mądrego. Natchnienia do jakiejkolwiek właściwej decyzji trudno by jednak szukać w toksycznej atmosferze czytelnianej. Beznadziejność, bezsilność i nieokreśloność zdarzenia stawały się coraz bardziej żenujące oraz drażniące... Do tego doszło dość nieoczekiwane jak na polskie warunki minitrzęsienie, ruszające w posadach cały budynek z cyferką numer cztery...

„Bilecik do kontroli proszę!" zdanie wypowiedziane ze znajomością zasad prawidłowej emisji głosu, połączone z naruszeniem mojej strefy intymnej poprzez delikatne poszarpywanie za rękaw uświadomiło mi, że należy się zasłużony odpoczynek od trudów uczelnianej dydaktyki. Sapiący z wysiłku pociąg wtaczał się wolno po rozgrzanych szynach na peron. Nad miastem świeciło piękne lipcowe słońce.