Bardzo krótki komentarz do sympozjum... - POGRANICZA Szczeciński Dwumiesięcznik Kulturalny

Bardzo krótki komentarz do sympozjum...

 

Niebawem numer 3/2009 wyjdzie z drukarni, sympozjum za nami, „Pogranicza” zaprosiły tym razem do Książnicy Pomorskiej, gdzie bywaliśmy już niejednokrotnie, a ja nie mogę przestać myśleć o tym, kim jest dziś badacz literatury, a zwłaszcza badaczka. Jerzy Madejski w swoim wystąpieniu/tekście odtworzył także te referaty, których nie było, w tej grupie mój, hipotetycznie feministyczny, a więc rewindykacyjny, tymczasem wcale nie myślę o kobiecych tematach i zaniechaniach w projekcie Henryka Markiewicza, ale o niemożności podtrzymywania modelu biografii, której przedstawicieli nazywamy Mistrzami. 

Nie ma dziś takiej przestrzeni, w której zmieściłyby się takie labiryntowe biblioteki i nie ma takich książek, których dokładanie do półek wiązałoby się z poświęceniem. Książki można kupić, półki zamówić, książki można wypożyczyć lub przeczytać w wersji elektronicznej. Oczywiście, mamy przeładowane księgozbiory, więc nie na tym polega ta zasadnicza różnica pomiędzy profesorami starszego pokolenia a nami, czterdziestoparolatkami uprawiającymi zawody akademickie. Idzie przede wszystkim o to, że skupienie się na swoim zawodzie, etosie, powołaniu nie jest dziś możliwe. Najbardziej oddani spośród nas podlegają prawom rynku, muszą sprawnie obsługiwać komputer, nie mogą nawet marzyć o wizytach maszynistki. Nikt nam nie pomoże w życiu codziennym (bo często jesteśmy kobietami pomagającymi innym), nikt nie zorganizuje niczego, nie zadba o logistykę i dostęp do herbaty. Odnieść można wrażenie, że nikt już nie wierzy w naszą niewymienialność i niezbędność, bo gdyby było inaczej – nie kazano by nam pisać wniosków grantowych, rozliczać delegacji, robić korekt własnych i studenckich referatów, mnożyć sprawozdań, starać się o pieniądze na książkę zbierającą teksty młodszych kolegów. Nie pozwolono by studentom wypełniać ankiet, w których oceniają nasze kompetencje, utrzymując raczej zasadę odwrotną – przymus aspirowania do zadowalających obie strony ocen wpisywanych w indeks. 
Krótko mówiąc, dziś nie istnieje zakon profesorski. Może i dobrze, musimy przebywać bliżej życia, zmagać się z codziennością. To wygnanie nas z hierarchicznie zorganizowanej gildii wybranych ma skutek dezorganizujący życie intelektualne: skoro wszyscy przebywamy w tej przestrzeni profanum, w zurzędniczonym i urynkowionym środowisku, w którym mawia się o studentach „klienci”, a o nauce „usługi”, trudno nam zbudować relacje. Kogo wybrać na duchowego, intelektualnego przywódcę, skoro wszyscy podają e-maila do publicznej wiadomości? Komu ufać, jeśli nikt nie ma okazałego gabinetu, a ci, którzy takie budują, wydają się uzurpatorami? Kto przejdzie do historii, w sytuacji, gdy wszyscy piszą tak dużo? 
Doprawdy, feminizacja zawodu jest tylko jednym z wyzwań stojących przed nami. Poza tym wszyscy potrzebujemy odpowiedzi na pytanie, dokąd zmierzamy. 
 

Inga Iwasiów