Dariusz Muszer "Wszyscy moi nieznajomi"

O twórczości Dariusza Muszera (ur. 1959), poety i prozaika od kilkunastu lat mieszkającego w Niemczech, powiedzieć można, iż mimo krytycznoliterackiego rezonansu, jaki zyskała po obu (!) stronach Odry, wciąż czeka na swojego polskiego czytelnika. Książką, a właściwie książkami, które bez wątpienia mają szansę zmienić ten stan, są dwa, wydane równocześnie w Bibliotece "Pograniczy" tomy wierszy: Jestem chłop i Wszyscy moi nieznajomi. Dzięki książkom tym wyraźniej widać odrębność, oryginalność poetyckiej mowy autora Księgi zielonej kamizelki na tle panujących nam (niemiłościwie) mód literackich: Muszer jako poeta dysponuje bowiem takim rodzajem słuchu, jakiego na ogół wymaga się od prozaika czy dramatopisarza. W jednym z wywiadów, stwierdził, iż "pisze po to, aby wyrazić tych, którym nie dana została zdolność pisania" i w tej deklaracji mieści się clou poetyckiej (i moralnej) strategii Muszera: sięga on w rejony (języka) na ogół pomijane przez poetów, dzięki czemu wsłuchując się w tę, par excellence polifoniczną, poezję, usłyszymy głosy taksówkarzy, rybaków, gospodyń domowych i "wszystkich innych nieznajomych". Muszerowi udało się odnaleźć poezję za granicą tego, co "poetyckie".


Kurt. Słowiańscy chłopcy

Bez wątpienia, byłem promiskuitą,
jak mawiał Gruby Steenky.
On zawsze musiał się wymądrzać
i ciągle szukał w książkach nowych słów.
Ja szukałem chłopców w barach i na ulicy,
podzieliliśmy się więc dobrze -
nikt nie właził drugiemu w paradę.
Zaliczyłem wszystkie szalety w mieście,
zaliczyłem wielu chłopców.
Sprawiało mi to przyjemność.
Nie mogłem żadnego zabrać ze sobą do domu,
bo najpierw była matka, potem Gruby Steenky.
Któregoś dnia powiedział, że to wszystko źle się skończy
i kazał mi wynieść się raz na zawsze.
Wtedy zrozumiałem, że z tym jego kochaniem,
to była jedna wielka bujda.
W mieście pojawił się świeży towar,
nie myślałem więc, co będzie dalej.
Zawsze lubiłem słowiańskich chłopców,
zostało mi to chyba po tym, który mnie zrobił.
Matka mówiła, że był Polakiem
i że uciekł do Australii, gdy chodziła z bębnem.

Bijcie, zabijcie - nie wiem, gdzie to załapałem.
Gdyby mnie przypadkiem nie zbadano,
do dziś pewnie myślałbym, że to przeziębienie
albo wiosenne osłabienie.
Zbliża się koniec.
Gruby Steenky przychodzi codziennie na oddział.
Jak sobie to załatwił, nie wiem;
on zawsze był cwany, jak moja matka.
Nie mówi, że to wszystko przez promiskuityzm,
nie używa już tych swoich mądrych słów
i niczego mi nie wyrzuca. Boi się.
Kładzie swoją rękę na mojej
i bezustannie patrzy we mnie jak w obraz.

Słyszałem, jak mówili,
że tak głęboka miłość
jest możliwa tylko między pedałami.
Ale to kłamstwo.
Gdyby żyła moja matka,
pokazałaby wam, co oznacza miłość.

Chciałbym jeszcze raz podnieść się
i nie mieć przy tym zawrotów głowy.
Poszedłbym w miasto, wypił kilka drinków,
zapalił marychę, obciągnął komuś druta,
pozwolił, aby ktoś mi obciągnął,
i objął ramionami całą tę cudowną noc.