Joanna Haniewska - Tomaszewicz - "Jak ogarnąć morze zjawisk i zagadnień jakim jest dzieło Janion?

 

Aby uwierzyć w istnienie Marii Janion, trzeba czytać jej książki? Bardzo niefortunnie powiedziane. (...) Toteż powiedzenie: Aby uwierzyć w istnienie Marii Janion, trzeba ją czytać - ma sens rachityczny; tu trzeba powiedzieć i trzeba powiedzieć dobitnie: Jak się czyta Marię Janion, trudno uwierzyć w jej istnienie. Trudno uwierzyć w taką wszechstronność z tak radykalną subiektywnością połączoną; w taką donośność - tak osobistym i tak prywatnym głosem wypowiadaną.
Jerzy Pilch, Wiara w istnienie ośmiornicy, w: Księga Janion


Uznaliśmy, że myśl nauczyciela żyje wtedy, kiedy jest przedmiotem jakiegoś afirmującego albo krytycznego, żywego odniesienia uczniów i tak też się stało.
Stanisław Rosiek, jeden z redaktorów Księgi Janion


Maria Janion zawsze byłą istotą dwoistą: z jednej strony badaczką, z drugiej - kobietą skłonną do ryzyka. Kiedy na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych rozmawiała w Gdańsku ze swoimi studentami, tak naprawdę prowadziła nie szkołę literaturoznawców, ale szkołę życia. (...) Pytaniem nieodgadnionym zostaje: jak wiele Maria Janion wiedziała (wie) o swojej niesłychanej mocy
Anna Czekanowicz, Doświadczenie Marii Janion, w: Księga Janion


Właściwie trudno wymienić jakiś znaczący kierunek w dwudziestowiecznej humanistyce, który nie przyciągnąłby uwagi Marii Janion.
Bogusław Żyłko, Czy strukturalizm jest/był naprawdę taki straszny?, w: Księga Janion



Maria Janion - pierwsza „informacja", jaką zdobyłam o niej kilka lat temu, pochodziła z fotografii jakiegoś dziennika. Takie też jest (i już pozostanie) moje pierwsze skojarzenie: gdy słyszę jej nazwisko, widzę tę fotografię. Co tam zobaczyłam? Każdy, kto zna jej fizys i erudycję może z łatwością się tego domyślić. Groźna, surowa, z włosami obciętymi „na Piasta", nobliwa Pani na tle książek. Ale ilu książek! Trzeba chyba drabiny, żeby wydostać woluminy z najwyższej półki. Pamiętam też, jak pomyślałam, mało zresztą oryginalnie: jak można mieć tyle książek w domu? Na to trzeba być szalonym. I okazuje się, że Maria Janion otwarcie przyznaje się do tej swojej aberracji. Do tego zaskoczenia dołączyło drugie, znacznie świeższe, a związane z lekturą księgi jubileuszowej poświęconej mistrzyni, „Pani Profesor Marii Janion na osiemdziesiąte urodziny", jak deklarują jej pomysłodawcy. Księga Janion jest dowodem na to, że do wychowanków jej wciąż należą najmłodsi badacze, osoby niemal w moim wieku, starsze zaledwie o 3 lata! Czy jest mistrzynią dla ludzi należących do mojego pokolenia, lub po prostu: kimś ważnym w świecie bez Stentorów?

Czy istnieje w ogóle esencja mistrzostwa? Chyba nie. Każdy rozumie to „po swojemu". Jedyne co mogę zrobić, to zasygnalizować poniżej tylko kilka właściwości, które - moim zdaniem - są żywotne dla mówienia o intelektualnym przewodniku. Mistrz to przecież tak ulotne zjawiska, jak: specyficzny sposób przerzucania kartek mądrych ksiąg, to bystre spojrzenie, rzeczowy głos (jak ważny dla uczniów jest jego ton!), akcent, gust, zapamiętane szczegóły ubioru (koniecznie ekscentrycznego). To temperament, skromna i/lub niezwykła osobowość: zakopany wśród woluminów akademicki „dzikus" czy ze swadą opowiadający o każdej nowince z interesującej go dziedziny nieco szalony naukowiec - ekstrawertyk.

Z powyższych wyliczeń wynika, że trudno pisać o fenomenie postaci, której nie zna się osobiście. A nie da się nie pisać o fenomenie, rozważając problem mistrzostwa, bycia wzorcem i nauczycielem dla kilku (!) pokoleń. Mistrz to pojęcie nieodwołalnie relacyjne. Mistrzem jest się zawsze dla kogoś lub jest się czyimś mistrzem. Ta relacyjność hasła wzbudziła we mnie dwie refleksje. Oto po pierwsze, jeśli magister to pojęcie relacyjne - to z oczywistych względów nie jest to temat dla mnie, ponieważ nie znam Marii Janion (nie widziałam jej nigdy osobiście). Po drugie, skoro jednak już piszę artykuł o tej znawczyni romantyzmu w kontekście mistrzostwa, dobrą analogią do bycia mentorem będzie tu rodzina. Wszak często o mistrzach mówimy, że są dla kogoś jak matka, ojciec, starszy brat etc.

Istotą mistrzostwa jest chyba zwrotność, przez którą rozumiem pozbawione kompleksów korzystanie, zaznajamianie się z dorobkiem badaczy najmłodszych, którzy okazują się często - by użyć obrazu biblijnego - latoroślami samej mistrzyni. Latoroślami, bo należałoby chyba uznać Marię Janion za symboliczną matkę rodzimych badaczy romantyzmu. A może jest raczej kimś na wzór sokratejskiego akuszera, zatem kimś, kto „tylko" pozwala narodzić się nowym myślom początkujących naukowców (badaczy), kimś uznającym, że wiedza w gruncie rzeczy pochodzi od nich samych, a nie ma źródła w „zewnętrzu", czyli np. niej samej. Może jednak należałoby spytać - bez złośliwości - czy nie jest ona jak wiedząca o życiu/literaturze (zbyt) wiele teściowa, która staje się dla swych „przyszywanych" dzieci źródłem nowych, nieznanych im przecież - bo obcym ich rodowi prawdziwie macierzystemu - zakazów i nakazów? Nie rozstrzygnę chyba powyższej kwestii. "Nie wiem" - to też zdanie Janionowskie.

Można tylko pytać dalej: Kim jest magister? „Szukam nauczyciela i mistrza" - pisze Tadeusz Różewicz w swym najbardziej chyba znanym wierszu i trudno zaprzeczyć temu, że jest to wyznanie osobiste. „Niech przywróci mi wzrok słuch i mowę/ niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia/ niech oddzieli światło od ciemności" - błaga ocalony. Jednak nie prywatność tego wiersza jest tu - w kontekście mówienia o mistrzu - najważniejsza; ciekawe wydaje się to, że poeta zwraca uwagę na ważną powinność mistrza: nazywanie (które od zawsze symbolizuje władzę, a nawet pierwiastek boski). Różewicz wręcz wiąże mistrzostwo z kwestią słowa. Wydaje się więc, że istotną czynnością mistrza jest nazywanie, powtarzające boski, ale i ludzki (Adam!), gest przejęcia władzy nad rzeczami tego świata. Mistrz to ten, kto nazywa. I za taki ideał naukowca nadającego imiona na gruncie humanistyki, a szczególnie historii literatury (wraz z przyległościami) uchodzi Maria Janion.

Co jednak dziś oznacza bycie mistrzem, przewodnikiem duchowym, intelektualnym, naukowym, jakim niewątpliwie dla wielu polonistów była i jest Maria Janion? Czy jest w naszych, bądź co bądź postheroicznych, czasach miejsce na bohatera, choćby w tak miękkiej dziedzinie jaką jest literatura? Cóż znaczy być naukowcem w epoce hipermarketu, w której - w zgodzie z zasadą demokracji i równości - w katalogu książek „Niesamowita Słowiańszczyzna" widnieje obok pozycji typu „Niesamowite włosy. Jak przywrócić im blask w pięć dni"? Czy to w ogóle coś znaczy: pisać? Ufność w mit inteligencji jako duchowego przywódcy narodu straciliśmy już dawno. Czy jest ktoś, kto ośmieli się zawołać jak Norwid w tytule tomu wierszy Vade-mecum (Pójdź za mną), mając pewność, że to, co ma do zaoferowania to wiedza pewna (przecież my nawet w to pojęcie nie wierzymy), wiedza godna przekazywania i poznania. Myślę, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, choć widocznym jest, że relacja mistrz - uczeń przeżyła się w naszych zdemokratyzowanych czasach równowartości wszystkiego (a więc także wiedzy). Zjawisko to pokazuje, w sposób - rzecz jasna - wycinkowy, że „demokracja", jak mawiał, Winston Churchill „jest bardzo złym ustrojem. Ma tylko jedną zaletę: nie wymyślono lepszego".

A jednak, uczniowie Marii Janion nazywają ją Mistrzynią. Bo - jako że Marii Janion nie znam - uczynię teraz to, co powinnam uczynić na początku, to jest, oddam głos jej uczniom, studentom, doktorantom, którzy mieli okazję wypowiedzieć się w Programie Drugim Polskiego Radia (audycja z 19 grudnia 2007 r.). Dorota Siwicka tak wyznaje w tym radiowym „kwestionariuszu" na temat pokrewieństw z Panią Profesor Janion: „Była moją mistrzynią od samego początku. Kiedy zaczynałam pracę nad doktoratem szłam śladami jej rozmaitych pomysłów. Ale to, czego się od niej nauczyłam to nie jest tylko pewna wiedza, taka fachowa, którą normalnie uczeń zawdzięcza starszemu historykowi literatury, tylko przede wszystkim sposób pracy, to znaczy taki sposób pracy, który wymaga niesłychanego uruchomienia takich idei, które są najważniejsze dla mnie, w moim życiu. Połączenie takiego pisania o romantyzmie, które bezpośrednio łączy się z egzystencją piszącego. Jest to postawa niewątpliwie romantyczna, ale jest też tak, że to jest taka postawa - wydaje mi się - zasadniczo odnawia czytanie literatury, odnawia taki model bycia naukowcem (...)".

Czy Pani Profesor wiedziała, jak trudne i osobiste przeżycia stają się tematem jej seminariów (może to w ogóle jest specyfika seminariów poświęconych romantyzmowi)? Czy miała świadomość, że te frenetyczne zagadnienia miały często genezę w osobistych traumach i tragediach jej uczniów. Zdawała sobie sprawę z tego jak niedbale i z nonszalancją (pozorną zapewne) przekraczają cienką granicę miedzy życiem a literaturą, sprawiając niemal, że ta druga pełniła funkcję terapeutyczną, kompensacyjną wobec tego pierwszego? Przecież to ona właśnie jest autorką zdania, że podstawą humanistyki jest opowieść i to opowieść rozumiana jako następstwo życia i konsekwencja doświadczenia: „Nie wystarczy coś zobaczyć, przeżyć lub nawet pojąć. Trzeba jeszcze umieć to opowiedzieć. Opowieść, artystyczna w zamiarze lub nieartysytyczna [i to jest w myśli Janion oryginalne na gruncie polskim], dąży do formy - czy tego chce czy nie. Jeśli nie dąży do formy, staje się niezrozumiała" - wyrokuje jednoznacznie Maria Janion. „Opowieść, również opowieść humanistyki, jest sposobem orientacji w świecie" (M. Janion, Niesamowita Słowiańszczyzna, Kraków 2006, s. 9-10). I tę orientację w świecie starała się przekazać swoim słuchaczom. To Bogusław Żyłko charakteryzując jubilatkę, zwrócił uwagę na jej optymizm poznawczy: „Wszystko, co jest na świecie, może stać się przedmiotem refleksji. Nie ma tematów trudnych. Potrafiła być takim prawdziwym gejzerem rozmaitych pomysłów." Profesor wspomina też szczodrość intelektualną, którą obdarowywała Pani Profesor wszystkich, którzy pisali pod jej opieką prace.

Tytan pracy to na pewno charakteryzujące ją określenie. Może aby w pełni opisać tę niesamowitą literaturoznawczynię, należałoby ukuć powiedzenie na wzór enfant terrible (jak nazywano młodego gniewnego Michała Anioła) - vieillard terrible to jest okropny [w swym geniuszu] starzec.

Jednak prawdziwie imponującym liczbą spisem uczniów duchowo spokrewnionych z literaturoznawczynią jest nie ten wywiad, a jubileuszowa laurka, jaką jest Księga Janion. Jest to swoiste silva rerum: w środku znajdziemy zdjęcie autorki z początku lat trzydziestych, bibliografię prac jubilatki, ogólne opracowania o niej, wreszcie spis prac magisterskich oraz doktorskich napisanych pod jej kierunkiem, spis Janionowskich tematów na „tak" i na „nie" oraz część zasadniczą zatytułowaną Teksty dialogu, następnie Słowo jubileuszowe autorstwa J. Pilcha i - jeszcze autobiogramy, aby wiadomo było, jak po rozstaniu z Alma Mater potoczyły się losy duchowych dzieci Janion. Co istotne, na podstawie tej lektury można zauważyć różne stopnie emocjonalnej i intelektualnej więzi autorów z ich mistrzynią literaturoznawstwa. Wśród Janiończyków (jak pisze o „dzieciach Janion" Andrzej Skrendo) są zarówno najmłodsi badacze (najmłodszy z nich należy do rocznika '82!), jak i magistranci i doktoranci, którzy mogą pochwalić się wieloletnią znajomością i utrzymywaniem żywych kontaktów potwierdzonych wymianą zdań i licznymi polemikami. Mamy tu również do czynienia z całym wachlarzem postaw zarówno z takimi, którzy związani są Panią Profesor Marią Janion „od zawsze" (tak przedstawia się np. Bolesław Oleksowicz, historyk literatury) po tych bardziej wolnomyślicielskich: jak wspomniany już Bogusław Żyłko, który „choć generalnie uważa się za samouka, to jednak sądzi, że uczestnictwo w zajęciach i kontakt z wielką osobowością Profesor Marii Janion znacząco wpłynęły na jego formację intelektualną". Istnieje jeszcze trzecia możliwość: związek z Marią Janion nie bezpośredni, lecz właśnie zapośredniczony, i tak widzi siebie w Janionowskiej genealogii Marian Całbecki, który otwarcie i z prostotą wyznaje: „Związków z profesor Janion nie mam właściwie żadnych; jestem jedynie jej >>wnukiem<< jako seminarzysta profesor Czerminskiej".

Skoro tak, to warto by poczynić krok następny i zwizualizować te więzi tak, aby ukazać nie tylko tych, którzy wyrośli z Marii Janion, ale także i tych, którzy wyrastali i wyrastają z uczniów Marii Janion. Te - skomplikowane często - afiliacje i związki różnego stopnia czterech już pokoleń uczniów Marii Janion zdecydowano się zatem przedstawić plastycznie za pomocą (dołączonego do Księgi) plakatu przedstawiającego drzewo genealogiczne. „Drzewo genealogiczne wynika z pomysłu, że relacje między nauczycielem a uczniem mają trochę charakter więzi rodzinnych. Tyle tylko, że w odróżnieniu od prawdziwego drzewa genealogicznego relacje te nie są relacjami krwi wynikającymi z natury a są aktami dobrowolnymi, afirmacja związku z nauczycielem jest przecież intelektualnym, światopoglądowym czy aksjologicznym aktem, którego każdy z uczniów dokonuje na własny rachunek." - zauważyli redaktorzy książki: Zbigniew Majchrowski i Stanisław Rosiek. Mamy tu do czynienia z przedstawieniem trzech, a może nawet czterech, pokoleń, których matką, ale i ojcem, duchowym jest Maria Janion.

Tak jak różni są, siłą rzeczy, jej tak liczni uczniowie (legenda towarzysząca drzewu odnotowuje ich 418), tak niejednolita jest recepcja tego, czego ich nauczyła. Swoistym centrum tego woluminu wydają się być wspomniane Teksty dialogu. Wszystkie te artykuły jubileuszowe zawarte w Księdze Janion (a nie muszę chyba wyznawać, że to ta właśnie pozycja prowadzi mnie w tych rozważaniach) są ułożone według pomysłu, który zakłada niejednolitość gatunkową. Można podzielić je na teksty o charakterze aprobującym - zgadzające się z jakąś myślą, zdaniem czy uwagami jubilatki lub wobec nich polemiczne (pozwalam sobie nazwać ją jubilatką, gdyż książka powstała z okazji 80. urodzin badaczki, a została jej wręczona rok później - cóż, i książki mają swój los). Takie, czysto naukowe dywagacje przetkane są tymi, last but not least, a wręcz przeciwnie, bardziej smakowitymi - zwłaszcza dla kogoś, kto nie miał do czynienia osobiście z mistrzynią literatury - tekstami o charakterze bardziej osobistym, anegdotycznym, wręcz wspominkowym. Daje to ułudę oświecającego obcowania z mistrzynią literatury twarzą w twarz. Redaktorzy Księgi, Zbigniew Majchrowski i Stanisław Rosiek, tak napisali w Słowie wstępnym o założeniach przyświecających napisaniu tej niecodziennej książki:

„Zabiegaliśmy więc, żeby przeznaczone do Księgi teksty rozpoczynały się od cytatu z pisanych bądź ustnych wypowiedzi Jubilatki. Zacytowane fragmenty utworzyłyby - przy okazji - interesującą antologię myśli pamiętanych i ważnych dla uczniów. Zaznaczaliśmy, że powinny to być jednak wypisy komentowane. Prosiliśmy, by wszyscy autorzy rozpoczynali swoje wypowiedzi od wyraźnego ustosunkowania się do wybranego i przywołanego fragmentu (na przykład: >>Najważniejsza dla mnie myśl Marii Janion to...<< albo >>Nigdy nie zgodzę się z tezą Marii Janion, że...<<). Następujący dalej tekst - o charakterze polemiki, krytyki, rewizji, komentarza, głosy, inspiracji... - powinien uzasadniać wyrażoną na wstępie afirmację lub negację".

Poruszającym wspomnieniem są słowa Anny Czekanowicz, do której to tomiku wierszy Janion napisała wstęp: „Kiedyś bardzo chciałam móc z nią rozmawiać. Nigdy nie starczyło mi wyobraźni na przekroczenie dzielącej nas magicznej bariery. Na pokonanie lęku przed jej badawczym spojrzeniem. Teraz już wiem, że to spojrzenie kryło prawdziwą uwagę." Inna poetka Anna Janko wyznaje: „Szczęśliwi są Mistrzowie, Mentorzy, Nauczyciele, którzy potrafią skupić wokół siebie chłonne młode umysły. Janion była z nami szczęśliwa. (...) Była zarzewiem, inspiracją, inicjacją. (...) Jej ślad jest do dziś wyraźny i łatwo rozpoznawalny w sposobie myślenia i pisania tych, którzy niegdyś byli jej studentami, bez względu na to, czy się do tego przyznają czy mnie. Mamy ją we krwi".

Maria Janion zaś dokonuje ciekawej autocharakterystyki siebie jako filologa, a więc, miłośnika słowa (złośliwi tłumaczą tę etymologię jako lubiący wiele mówić, gadatliwy). Czyni to z pomocą znaczącej figury obracania:

„Ja lubię słowa unurzane w rynsztoku, przez wszystkich znienawidzone, jak na przykład rewolucja albo marksizm, albo feminizm. Lubię wziąć takie słowo, obracać na wszystkie strony. Czasem ludzie się tylko złoszczą, a czasem myślą: >>może coś w tym jest?<< i to już mi wystarcza" (podkreślenia J.H.T.).

Tak wypowiedziała się Maria Janion podczas promocji swej książki wydanej w 1996 r., Kobiety i duch inności. Kiedy to słyszę, wyobrażam sobie małą dziewczynkę, obracającą w palcach jakąś nic nieznaczącą dla innych zabawkę, np. kolorowe szkiełko, które w oczach dziecka - właśnie w wyniku tego obracania (a więc ciągłej zmiany punktów widzenia, odległości i stopnia zaangażowania wobec tematu, pojęcia) - zyskuje nagle potencjał, staje się oknem do oryginalnego świata. Wszak przez szkiełko widać inaczej.

Sama czynność obracania ma w sobie coś hipnotycznego, magicznego - symbolizuje skończoność i zarazem nieskończoność, stałość i zarazem zmienność, jak obroty ziemi, które zapewniają stałość (dzień i noc), a same w sobie są już zmiennością.

Symbolizuje też otwartość i mówienie jakby wbrew innym, o innym i przez pryzmat (bryła z materiału przezroczystego, zupełnie jak przytoczone szkiełko!) innego, samodzielnie i nieco na przekór, z nadzieją jednak, że ci odmieńcy zainteresują się tym. Dla prawdziwego mistrza istotna jest także kwestia zaznajamiania się i korzystania z dorobku swych uczniów, otwartości, komunikacyjności (która zakłada zawsze zwrotność!). Jak zauważa jeden z uczniów, Bogusław Żyłko, dziś sam już profesor zwyczajny, istotnym rysem mistrzostwa Janion jest „twardość" poglądów przy jednoczesnej charakterystycznej, dla badaczki fluktuacji: zaczęła od marksizmu, aby po latach dojść do postmodernistycznego feminizmu. I znamienne jest to zainteresowanie Janion literaturą najnowszą, ta swoista otwartość: gdy w jednym z wywiadów Janion uskarża się nad tym, iż „ma poczucie, że za mało czasu poświęca romantyzmowi" dziennikarz mówi krzepiąco: „Za to czyta Pani Masłowską... - Tak. Można powiedzieć: od Masława do Masłowskiej" - przyznaje pojednawczo literaturoznawczyni.

Jeśli już tak swobodnie żonglujemy faktami z historii literatury, to chciałbym na koniec podzielić się moim prywatnym odkryciem. Zastanawiająca jest pewna zbieżność dat: otóż Maria Janion jest urodzona, podobnie jak Mickiewicz, 24 grudnia! Daty ich przyjścia na świat dzieli równo 128 lat! Któż lepiej zrozumiałby romantyków, którzy na pewno przywiązaliby wagę do takiej kosmicznej zbieżności?!

Idąc dalej traktem mickiewiczowskim: "My z Niego Wszyscy..." powiedział Zygmunt Krasiński, poruszony wiadomością o śmierci autora Pana Tadeusza w Turcji. „My z Niej wszyscy" - mówią symbolicznie autorzy Księgi Janion, jak i pozostali liczni jej uczniowie, co ważne, za jej życia. To chyba jest najlepszą nagrodą dla współczesnego Sokratesa, który nic nie zrobił Atenom. Ale zdaje się, że sam adresatka nie przejmuje się tym zanadto, myśląc raczej dumnie po mickiewiczowsku:

„(...) Skałom trzeba stać i grozić,
Obłokom deszcze przewozić,
Błyskawicom grzmieć i ginąć,
Mnie płynąć, płynąć i płynąć".

Bo pamięta, że głos stentorowy ma dwa znaczenia: to potężny głos wychowawcy, ale także bardzo często donośny śmiech. Wracając do etymologii słowa mistrz, jeśli obejdziemy się z tym niefilologicznie, okaże się, że mistrz to mag-i-ster. Zatem: Mag i Ster. Bycie mistrzem to nie tylko kierowanie, wskazywanie kierunku, ale i szamaństwo (czasem na granicy kabotyństwa), umiejętność bycia czarownikiem tworzącym na oczach uczniów nowe światy.