Julia Towpyha - "Z inSPIRACJI"


Zdarza nam się czasem - tu w Szczecinie - zetknąć z tzw. „wielkim światem". Rzadko, bo rzadko, przeważnie nie „na żywo", ale jednak. Biegniemy wtedy wszyscy zachwyceni szansą zaznajomienia się z czymś niespotykanym. Ma to różne skutki: wywołuje w nas autentyczny zachwyt, czasem tylko poczucie zadowolenia z tego, że „przyszliśmy i zobaczyliśmy". Innym razem jest to uczucie estetycznego oszustwa - „to wcale nie było fajne (sic!), a to taki znany artysta!". Ale to i tak dobrze, bo zdarza się, że idziemy, oglądamy lub słuchamy... i nic... Pozostajemy nieczuli na wywody szanownego gościa - bez względu na to czy dotyczą one literatury, muzyki, filmu czy innych sztuk. Wracamy do swoich spraw jakby nigdy nic, wymazując epizod z pamięci.

Tym razem okazja do uaktywnienia szarych komórek była przednia. Szczeciński festiwal „inSPIRACJE" nawoływał ze wszystkich stron - ulotki, plakaty, bannery w mieście. Tak więc dlaczego nie spróbować? Dlaczego by nie pooddychać świeżym powietrzem nowej polskiej sztuki wizualnej (co do świeżości niektórych projektów można jednak mieć pewne zastrzeżenia). Może dlatego „nie", że takie spotkania z „wielką sztuką uznanych artystów" mają dla mnie ambiwalentny wydźwięk. Z jednej strony - tak, świetnie, że nadarza się taka okazja. Ale z drugiej strony, właśnie w takich sytuacjach ujawnia się zaściankowość Szczecina i mocniej kłuje w serce świadomość tego, że tylko dzięki takim „wyjątkowym" okazjom mam szansę zobaczyć coś nowego, aktualnego, mądrego i fascynującego. Właśnie w takich chwilach do ogromnych rozmiarów urasta mój kompleks mieszkania „tutaj", z dala od szeroko rozumianego centrum, wzrasta mój żal za tym, czego nie zobaczę.

A co tam! Poszłam. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności znalazłam się na oprowadzeniu kuratorskim (jeszcze przed wernisażem) po wystawie POZA DOBREM I ZŁEM. Wystawa skomponowana przez trzech kuratorów (Jarosława Lubiaka, Zbigniewa Sejwę i Kamila Kuskowskiego) składała się z prac dwudziestu artystów. Wszystkie eksponaty powstały w latach 2002-2008 (wyjątkiem jest tu praca Zbigniewa Libery z 1996 roku). Wśród artystów znalazły się takie sławy, jak Katarzyna Kozyra czy, wspomniany przed chwilą, Zbigniew Libera (choć ich prac nie umieściłabym w mojej osobistej czołówce, ale nazwisko robi swoje). Wystawa nawiązywała oczywiście do tematu całego festiwalu, który w tym roku obracał się wokół problemów SACRUM-PROFANUM. Temat wprawdzie aktualny, ale nienowy, mogłoby się nawet wydawać, że już omówiony na wszystkie sposoby. Ale skoro z częścią tych „sposobów" szczecinianie do tej pory nie mieli okazji się zetknąć, zapraszam na wystawę...

„Wybaczcie, ale muszę wyjaśnić, że wszelka filozofia moralna dotychczas była nudna i zaliczała się do środków nasennych" - te słowa, za Nietzschem, przywołuje jeden z kuratorów wystawy Jarosław Lubiak. Czy w takim wypadku na wystawie zgromadzono dzieła niemoralne? W żadnym wypadku! Uważam, że wszystko, co wzbudza filozoficzną, społeczną, obyczajową (czy jakąkolwiek inną) dyskusję z naszymi wyobrażeniami o świecie - nie jest niemoralne (oczywiście prezentuję liberalne podejście do sztuki, jestem zwolenniczką przełamywania tabu właśnie w tej specyficznej dziedzinie, przy czym - jestem rzeczniczką mądrego i przemyślanego podejścia do tych kwestii, nie daje pozwolenia na zabawy artystów kosztem mojego zdrowia psychicznego). Zapytajmy zatem, czy wystawa była niemoralna? Nie. Czy była kontrowersyjna? Tak, i chwała jej za to. Czy ktoś mógłby się obrazić? Chyba jednak nie. Czy daje do myślenia? Mnie jak najbardziej!

„Czy twój umysł jest pełen dobroci?" - to pierwsze pytanie, jakie zadają nam artyści (w tym przypadku Elżbieta Jabłońska). Jej niebieski neon „napisany" ręką małego dziecka prowokuje automatyczną odpowiedź: „Tak, jest.". Ale to tylko automatyczna odpowiedź. Wydawałoby się tak oczywista, że nie ma nad czym się zastanawiać. Skoro jednak mnie o to pytają, to może mają jakieś do tego podstawy. I rzeczywiście, mają. Mój umysł jest bowiem pełen złości - pod płaszczykiem grzeczności i dobrych manier kryją się pokłady złych emocji. I wystarczy zdać sobie z tego sprawę, wystarczy chwilę zastanowić się nad tym pytaniem, by zacząć szukać (jeśli w Waszym przypadku dobroć to też tylko maska) tej utraconej, realnej, a nie powierzchownej, dobroci. Na pewno jednak mój umysł jest pełen dobrych chęci. Oglądałam kolejne odsłony wystawy z rosnącym zainteresowaniem i fascynacją. A zafascynowało mnie nowatorskie podejście do tego, co, jak już wspomniałam, wydawało mi się w naszej kulturze wyeksploatowane. A kontrowersje? Widzę je właśnie w zaczepnym podejściu do „zadanego" tematu, a nie w znaczeniu tradycyjnie nadanemu temu słowa jako czegoś obrazoburczego czy bulwersującego.

Teraz moja pierwsza trójka - trzy prace, które wywarły na mnie największe wrażenie (od razu chcę zaznaczyć, że na wystawie nie było prac słabych, więc wybór nie był łatwy). Kolejność opisu przypadkowa wobec nieumiejętności ostatecznego rozstrzygnięcia. Wszystkie prace mówią o względności dobra i zła oraz naszego ich odczuwania, o niemożliwości ich rozpoznania w konkretnej sytuacji.

Znak pokoju Dominika Lejmana
Artysta żeruje na naszych pokładach pozornej dobroci. W sformalizowanym geście przekazywania sobie znaku pokoju w czasie mszy świętej autor doszukuje się przytępienia naszej wrażliwości na innych ludzi i jednocześnie powierzchowności naszego zainteresowania nimi i ich poglądami. Pokazuje jak pusty i bezrefleksyjny jest dzisiaj ten gest. Nie zastanawiamy się bowiem nad tym, czy stojący obok nas człowiek podałby nam (a my jemu) rękę w jakichkolwiek innych okolicznościach poza murami kościoła. Przecież zło czai się wszędzie - i w nas, i w nim, a tylko ta odosobniona sytuacja, jaką jest msza, sprawia, że przestaje mieć to dla nas znaczenie. Czy znak dobroci zastąpił nasze priorytety etyczne? Czy jesteśmy w stanie zaakceptować każdego niezależnie od tego, jak zachowuje się w swoim życiu? Nagle zaczęłam się zastanawiać nad tym, kto stoi obok mnie, jakie ma poglądy polityczne, społeczne, etyczne, czy możemy sobie podać dłonie.

Terminator 4 Huberta Czerepoka
Mówi się o tym, jak trudno we współczesnym świecie rozpoznać, gdzie znajduje się dobro, a gdzie zło i jak je rozdzielić. Film zmontowany został z dwóch części Terminatora. W pierwszej cyborg jest postacią negatywną (chce zabić), natomiast w drugiej występuje w roli pozytywnego bohatera (chce uratować dziecko). Oglądając go, nie wiemy jednak, z którym wcieleniem mamy obecnie do czynienia. Jeśli kibicujemy cyborgowi, to może się okazać, że kibicujemy mordercy, jeśli go przeklinamy - to może mamy pretensje do obrońcy. Tak jak w codziennym życiu - często nie wiemy, co jest dobre, a co złe, jakie konsekwencje będą miały nasze działania. Podobny wydźwięk ma praca Doroty Chilijskiej Har-magedon. Wizualizacje piekła i nieba przedstawiają wijące się postaci (z rozkoszy i z bólu?). Projekcje rzucone na sufit i podłogę z czasem zostają przemieszczone - w pewnym momencie piekło znajduje się na miejscu nieba, a niebo na miejscu piekła. Rozpoznanie „gdzie" obecnie znajdują się postaci, które oglądamy na podłodze (lub suficie) - w swoim piekle czy niebie - wymaga sporego wysiłku intelektualnego (i nie chodzi tu rzecz jasna o rozwiązanie prostej łamigłówki wizualnej). Kiedy to, co „niebiańskie", może znaleźć się w „piekle" i czy to, co piekielne, może być synonimem nieba?

INRI Marty Pszonak
INRI, czyli napis, który znalazł się nad głową Chrystusa na krzyżu, umieszczony został przez artystkę w górnej, szerszej części kija baseballowego. Symbolizuje on nie tylko pionową belkę krzyża, ale też sam Krzyż. Nawracanie przez przemoc, cierpienie za wiarę, przemoc jako świętość, zadawanie bólu jako cel działania człowieka, przemoc wobec jednostek religijnych? Możliwości interpretacji jest wiele,
a ja nie roszczę sobie prawa do decydowania, która jest najlepsza.

Nie mogę się powstrzymać, by nie wspomnieć o kilku innych pracach. Do tematyki przemocy religijnej nawiązuje też druga praca Huberta Czerepoka Wróg się rodzi. Oczywiste nawiązanie do tekstu kolędy stawia nas nagle w pozycji „tych złych", dla których Bóg ma być wrogiem. Ale też stajemy w obliczu ogólnie pojętej wrogości wobec każdego człowieka. Oczekując na Mahometa Marka Zygmunta - czyżby nawiązanie do słynnego dzieła literackiego - to pięć zdjęć inspirujących do stawiania pytań z cyklu „co by było gdyby...". Czy jest możliwe spotkanie Jezusa, Buddy i Mahometa? Co mogłoby z tego spotkania wyniknąć? Czego nie udałoby się Im osiągnąć? Na co by się nie zgodzili i dlaczego? Gdzie leżą punkty wspólne, a gdzie różnice? Czy w naszej rzeczywistości historycznej te pytania mogą się w ogóle pojawiać? W pewnym sensie odpowiedź na nie dał sam autor: Jezus i Budda czekają na Mahometa m.in. w hali odlotów (sic!) - więc nie? Dawid Zbigniewa Sejwy to reinterpretacja antycznego i renesansowego ideału piękna. Leszek Knafelski pracą Gut mit uns m.in. ostrzega przed ideologią (wszelką) - to nic nowego, jeśli chodzi o przesłanie, ale jego realizacja (odwrócona swastyka z prezerwatywami nałożonymi na ramiona) prowokuje do ponownego przemyślenia tematu.

Trudno powiedzieć coś nowego w kwestii SACRUM i PROFANUM i o ich miejscu we współczesnym świecie. Chyba wszystko zostało już powiedziane. Pomieszanie pojęć, zmiana znaczeń, reinterpretacja symboli, wywyższenie profanum i zrzucenie sacrum z piedestału, zatracenie wyrazistości i brak możliwości rozpoznania tego, co dobre, a co złe, dopasowywanie ich do własnych potrzeb... Wystarczyło wybrać się na wystawę, by zobaczyć wizualizacje tych problemów i poznać jeszcze kilka ich odcieni.

(Wystawa zbiorowa "Poza dobrem i złem" odbyła się w ramach 4. Międzynarodowego festiwalu Sztuki Wizualnej "inSPIRACJE" / sacrum - profanum)