Kacper Reszczyński "Wspomnienie z uniwersytetu"
Najpierw jedno oko, później delikatnie drugie. Minutka na złapanie ostrości i danie błędnikowi niezbędnych sekund, żebym odróżnił poziom od pionu i mogę zaczynać procedurę wstawania. Jak trudno jest wstać o siódmej rano na uczelnię wiedzą tylko ci, którym udaje się ta trudna sztuka, a nie jest ich wielu. W takich chwilach zastanawiam się, po co ja w ogóle wstaję i zaczynam przeprowadzać te wszystkie skomplikowane procesy mające na celu opuszczenie domu i wyjście do miasta. Zaiste, funkcjonowanie na niwie społecznej nie jest prostym wyczynem − jeśli brać pod uwagę godzinę siódmą rano, która, nie wiedzieć czemu, nie nazywa się „siódmą w środku nocy" − to sytuacja, mówiąc delikatnie, nie jest różowa! Ale od czego ma się ojca, który od lat budzi cię o godzinie siódmej, mówiąc przez te naście lat, że jest już 7.30 i że na pewno się spóźnię na uczelnię, i że są korki na moście, i że trzeba wstać koniecznie, i że w ogóle to za późno chodzę spać, i nie dbam o siebie, i za mało jem, a w ogóle to muszę już wstawać, bo się spóźnię. Nieważne jest, że wcale nie ma 7.30 tylko 7.14, ale nie dyskutuję, wstaję posłusznie, bo wiem, co byłoby dalej. Te okrutne odwiedziny trwałyby tak w nieskończoność, wolę więc raz wysłuchać tego, czego wysłuchuję od lat i mieć spokój, w myśl mądrej zasady: „myśl globalnie, działaj lokalnie". Więc myślę swoje i wstaję... Ale to nie jest koniec, to dopiero początek drogi przez mękę, która zwie się rzeczywistością. Jak mawiają złośliwi: „ granica miedzy Azją a Europą przebiega na Odrze, a nie na jakimś tam Kaukazie ". I ja tę granicę, proszę sobie wyobrazić, transkontynentalną pokonuję kilka razy dziennie, jak jakiś błędny podróżnik, który zaplątał się w czasie. Pół biedy jak przekraczam ją dwa, cztery lub sześć razy dziennie. Gorzej, gdy zdarzy mi się, a zdarza się zdecydowanie za często, że robię to raz, trzy lub siedem na przykład. Dlaczego to jest takie straszne, wiedzą wszyscy, którzy miewają problemy z powrotami do domu i to z różnych względów, nie tylko tych, które przychodzą pierwsze do głowy.
Jadę więc środkami komunikacji miejskiej na uczelnię. Dookoła mnie masa ludzi, nie ma czym oddychać, a jak już jest, to odechciewa się: wrzask, pisk, skomlenie zwierząt, nienawistne spojrzenia, znajomi z podstawówki przed którymi trzeba się chować, tragedia i gehenna narodu ściśniętego w stuletnim Ikarusie. Nienawidzę tego, sam się zastanawiam, jak bardzo tego nienawidzę. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc jest gorzej. I wtedy nadchodzi olśnienie, błogi spokój spływa na skołatane nerwy i mięśnie się rozluźniają. Przypominam sobie, że panaceum na moje bolączki jest blisko, bliziutko, bliziuteńko i czuję już jego ciepełko w mojej kieszeni. Tym maleńkim błogosławieństwem, które pozwoli mi się wyłączyć, jest odtwarzacz mp3. A w nim wszystko, co potrzebne mi w tej okrutnej i nieludzkiej sytuacji. Aplikujesz i odlatujesz! „Pełna satysfakcja albo zwrot kosztów!". „Dzisiaj to ja jestem Sprite a wy pragnienie!". „Budujesz, remontujesz, urządzasz" i takie tam... Ja rozumiem, że można nie wierzyć w Boga, rozumiem nawet to, że można wierzyć, ale nie mogę pojąć tego, że odmawia się temu małemu cudowi zasłużonego miejsca w panteonie!
Jak każda szanująca się granica międzykontynentalna, tak i ta moja przebiega na rzece. A rzeka to nie byle jaka! Bo to Odra w całej krasie, jej lico pochmurne, szargane wiatrem znad azjatyckich stepów i głaskane przez europejskie bryzy, barwa brunatna i jęk zawodzący! Brrr, aż niedobrze się robi, gdy za długo spogląda się w jej odmęty. Przypominają się bohaterowie Andruchowycza, którzy taplali się w zielonkawych strumykach karpackich i przeżywali orgazmy, czując te 10 centymetrów zimnej wody pod sobą. No cóż, można przecież i tak. Daję głowę, że gdyby Odra płynęła przez Karpaty, to Andruchowycz nie popadałby w te hipisowskie klimaty z łączeniem się z naturą. Jak można zakochać się w breji, z domieszką lekkiej nutki produktów naftowych i ścieków komunalnych wprost z Breslau? Już widzę siebie, jak leżę twarzą do dna, gdzieś na wysokości Elewatora Ewa wypełnionego śrutą sojową i łączę się z naturą ku uciesze wędkarzy popijających winko. Nie, nie, to nie dla mnie.
Tymczasem podróż dobiega końca i jestem u celu. Wysiadka z tramwaju i kroczę już wesoło w kierunku strefy zmilitaryzowanej. Ach, co za uczucie, wiosna, rześkie powietrze, słoneczko wschodzi, aż chce się żyć! Zapędziłem się trochę, tak wesoły będę około godziny dwunastej, kiedy przebudzę się na dobre. Na razie jestem spóźniony i jeszcze dziś nie paliłem, więc czas najwyższy, bo „nieznośna lekkość bytu" to jednak co innego niż nieznośna lekkość w płucach. Jakieś dwa lata temu zacząłem się zastanawiać czy to normalne, że student trzeciego roku filologii polskiej nie pamięta numerów sal wykładowych i nic mu nie mówią te tajemnicze cyferki na planie, które porządkują w przestrzeni miejsca wykładów i ćwiczeń. Przyznaję się, że do chwili obecnej tak samo enigmatyczna jest dla mnie sala o numerze 217 i ta z numerem 214, nie wspominając już tych, które są gdzieś tam na strychu albo na poddaszu, jak kto woli. Kiedy więc ktoś mi mówi, że zajęcia mamy w sali 215, to mówi mi to tyle, co plan w gablocie, czyli niewiele, bo i tak muszę szukać tych sal od nowa. Od pięciu lat szukam ich z jednakowym wysiłkiem: nieustająco, walecznie, beznadziejnie, bezskutecznie, romantycznie i strategicznie. I w tym szukaniu tak się zatracam, że w końcu już nie wiem, jakiej sali szukam. Na szczęście są jeszcze koledzy i koleżanki, którzy litują się nade mną i wskazują, gdzie odbywają się zajęcia. Gdyby nie oni, marnie bym skończył, jeszcze zanim bym zaczął. Z tego miejsca należą się im głębokie ukłony i szczere podziękowania za cierpliwość i udzielanie odpowiedzi na te same od pięciu lat pytania.
Zajęcia! Ech, zajęcia: ćwiczenia, wykłady, konwersatoria i... konsultacje (układ i kolejność przemyślane). Jakim człowiekiem byłbym, gdyby nie ukształtowały mnie wielogodzinne oczekiwania na trzecim piętrze?! Skąd miałbym wiedzieć, jakie wartości są istotne, za które należy walić po gębie, a które są niewarte dostania po niej. Teraz już wiem, że kluczem do wszystkiego jest cierpliwość, a gdy to nie pomoże, trzeba tej cierpliwości jeszcze więcej i więcej! Komu zależy, żebyśmy nie skończyli studiów? To, że wybraliśmy ten kierunek i tak świadczy o desperacji i nieznajomości tendencji na rynku pracy. Już widzę złośliwy uśmieszek studentów marketingu i zarządzania, ale co tam.
Kiedyś jakiś znajomy powiedział mi, że spotkać mnie można albo na kawie, albo na papierosie, a najpewniej spotka się wtedy, gdy piję kawę i palę papierosa. Cóż za niesprawiedliwa opinia, myślę sobie w skrytości ducha, a gęba na zewnątrz wyszczerza zęby. Po zastanowieniu muszę jednak przyznać, że jest to mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu i dumny jestem, że kojarzę się z tym! A jakże, zawsze zaplącze się jakaś przyjazna dusza, z którą można zamienić kilka zdań nawet na tematy tak niepopularne, jak humanistyka nie przymierzając. A jakież to miejsce do obserwacji? Wprost stworzone do wyciągania wniosków natury ogólnej. Kiedyś siedzę sobie na ławeczce, dopijam kawkę, dopalam papieroska, podziwiam faunę i florę przygarnizonową, tam wróbelek, tam koteczek, a tam choineczka. Słoneczko mocno przygrzewa, jednym słowem sielanka. I nagle, z lewej strony widzę jakiś blask. Zbliża się do mnie to zjawisko. A kroczy powoli, pewnie, moc bije od niego niesamowita zdrowa, witalna siła. Już słyszę rozmowy tej grupki. Tematy może i specjalnie niewyszukane, wnioski snute także nielotne, ale za to jaka prezencja! Tylko pozazdrościć w skrytości ducha i chwalić moc boską, co stworzyła takie cuda! To studenci IKF-u raz na jakiś czas pojawiający się w naszej jednostce i sprawiający, że ziemia drży pod ich stopami. Ale to nie koniec opowieści. Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć po niedawno przeżytym szoku, gdy z prawej strony z mocą huraganu uderzyło mnie inne zjawisko. Daleko na horyzoncie widzę garnitury, krótkie spódniczki i szyk w każdym calu. Kroczą lekko, jak gdyby nie dotykali przy tym ziemi, ale pewnie i zdecydowanie. Głowa dumnie podniesiona ku górze chwyta wszystkie promienia słońca. Studenci Prawa to dla nich Bóg stworzył świat, tak sobie myślę skromniutko i wytężam wzrok. Niestety za daleko było, abym podsłuchał rozmowy, ale wygląda to tak pięknie, że nawet słów nie potrzeba. Gdy uśmiechają się, to ptaki zaczynają śpiewać, gdy odjeżdżają z piskiem opon, znika blask znad pruskich koszar i niebo zasnuwają ciężkie chmury. I wtedy mnie olśniło! Nie dość, że zrozumiałem, to jeszcze na własne swoje oczy widziałem. Mianowicie, zrozumiałem odwieczne ścieranie materii natury i kultury! Szukałem przez wiele miesięcy w uczonych księgach z Tarczyńskiego, szukałem na TVP Kultura i szukałem w pubach, nigdzie nie znalazłem oczywiście. Tymczasem przez tyle lat, te dwa antagonistyczne żywioły toczące walkę na śmierć i życie były pod moim nosem! A pośrodku nich ja, prawie magister, prawie humanista i wstrętny nihilista. Wspaniale! Jak tutaj nie doceniać takiego poligonu, który wszystko jest w stanie zweryfikować?!
Idąc korytarzem w stronę bufetu, gdzie zaopatrzyć się można w najlepszą kawę w Instytucie, przechodzi się obok biblioteki. Miejsce to straszne i budzące grozę wśród wszystkich, którzy mieli „przyjemność" gościć w jej progach. Najlepiej świadczą o tym miny studentów pierwszych lat polonistyki lub kulturoznawstwa: od razu widać po nich, że wyszli właśnie stamtąd. Wzrok spuszczony, plecy zgarbione, twarz blada i jeszcze jedno... nie mają ze sobą toreb, plecaków i nie mają komórek. To zdradza ich ostatecznie i definitywnie. Podobno szykują się kolejne ograniczenia w bibliotece, niedługo nie będzie można wnosić długopisów, a złośliwi twierdzą, że od września nie będzie można wchodzić w jaskrawych bluzkach, szarych sweterkach i brązowych butach. Kto wie, wcale nie jest to nierealne. Ale ja się nie martwię, mnie problem ten nie dotyczy. Jakiś czas temu obraziłem się na czytelnię i moja skromna osoba nie zagościła tam od dwóch lat. Ale to nie taki tam bunt z gimnazjum, że nie, bo nie i koniec. To inny rodzaj sprzeciwu. To protest! I to nie byle jaki. Biorąc przykład z solidarnościowych zrywów na wybrzeżu, postanowiłem zamanifestować niezadowolenie i wziąć sprawy w swoje ręce! A rzecz błaha nie jest. Kilka lat temu, może dwa, może trzy, nie tak znowu daleko, za szatnią i tablicą ogłoszeniową panował wielce szacowny władca czytelni. Zwał się Pan Janek, nie Pan Jan, nie Janek, tylko właśnie Pan Janek. Monarcha sprawiedliwy, rozsądny i cieszący się dużym autorytetem. Jego rządy to czasy świetności tej krainy. Próżno było szukać wtedy waśni, swarów i wojen. Słynął on z anielskiej wprost cierpliwości, nawet dla studentów pierwszego roku. Sam pamiętam, jak nie odróżniając sygnatur od rewersów, stałem tam i uśmiechałem się głupkowato, poszukując jakiejś książki. I co? I Pan Janek spokojnie, jasno i wyraźnie oświecił moją barbarzyńską wtedy jeszcze duszę i wskazał odpowiednie miejsce. Cóż to była za osoba? Nie znam studentów, którzy źle wspominaliby tę postać. Ale w myśl starej prawdy, autorstwa Anny Jantar bodajże: „nic nie może przecież wiecznie trwać", więc skończyły się dobre czasy i Pan Janek zniknął w tajemniczych okolicznościach. Nikt nie wie dlaczego odszedł od nas, mnożą się hipotezy na temat zniknięcia, ale jaka jest prawda, tego nikt nie wie. Jedni mówią, że objął jakąś ważną posadę na Tarczyńskiego, inni dają swe głowy, że porzucił biblioteki dla Harleya Davidsona, a inni jeszcze uważają, że wyjechał na Kaukaz w celach ornitologiczno-dendrologiczno-wędrówkowych. Tak czy siak, zostaliśmy sami na pastwę walczących o posadę następców Pana Janka. Więc postanowiłem, że ja się więcej w czytelni pruskiej nie pojawię, bo i po co? Tego się konsekwentnie trzymam i niech mi świadkiem sam Marian Jurczyk, że do czytelni naszej już nie wejdę, chyba że jakiś cud nastąpi, ale musiałbym to jeszcze przemyśleć.
Czasami się zastanawiam, jak by wyglądało moje życie, gdyby nie pewien szacowny przybytek, w którym można spędzić całkiem miło szesnastogodzinne okienka. Mowa oczywiście o bufecie, gdzie za panowania Józefa Dwudziestego Trzeciego, Cesarza Pruskiego, były pewnikiem stajnie albo inne kuźnie. Lokal może nie jest klimatyzowany, ale posiada za to coś bardzo ważnego. Coś, bez czego porządny student obejść się nie może i zazwyczaj nie chce, mowa oczywiście o urządzeniu kserograficznym i − uwaga, uwaga − ekspresie do kawy! Ile razy, obijając się o ściany jak radziecka zabawka, zmierzałem do Marka, żeby kupić kubeczek tego magicznego płynu. Ile razy uratował mi on życie, ile razy sprowadził mnie do jako takiego pionu! Próżno szukać drugiej takiej kawy w promieniu trzech kilometrów od tego miejsca. Jest również i ksero, ale korzystają z niego nasze koleżanki i koledzy z lat wczesnostudenckich, żeby nie powiedzieć szczenięcych. Pamiętam, jak sam kserowałem całą „Chrestomatię" i targałem do domu te przerażające teksty. Na szczęście w miarę szybko zmądrzałem i idąc za radą veganekologów, zacząłem dbać o drzewka i myśleć, co kseruję, a może bardziej czego nie kseruję. Od tego momentu moje wizyty u Marka stały się częstsze i jakby weselsze, ponieważ w kieszenie wesoło pobrzękiwały groszaki, których nie wydałem na ksero. Jednym słowem moje postępowanie stało się rozważne i romantyczne zarazem! Gdyby ktoś nie wiedział, gdzie jest bufet, a myślę, że wielu takich nie ma, trafi tam na pewno, kierując się słuchem. Gdybym był złośliwy, dodałbym że, powonienie będzie tu lepszym przewodnikiem, ale nie czepiajmy się szczegółów. Wracając do słuchu, trzeba uważnie łowić otaczające dźwięki i podążać za mocnymi przesterowanymi gitarami albo szybkim rytmem perkusji, tudzież kojącymi dźwiękami chilloutu. Głośność, podbicie basu i rodzaj muzyki zależne są od pory dnia i nastroju władcy tego przybytku. Oprócz zajmowania wolnego czasu, miejsce to spełniło jeszcze jedną bardzo ważną funkcję. To tutaj moja grupa, albo jej fragment, zintegrowała się i do dnia dzisiejszego można być pewnym, że jakiś zabłąkany znajomek przesiaduje u Marka, sącząc dziesiątą kawę lub czytając gazetkę pt.: „Gala Ślubna". Ech, piękne to miejsce i piękni ludzie w nim przesiadujący.
Ale czym byłoby życie, gdyby nie sytuacje tragiczne, gdzie rozsądek się kończy, a ciało podpowiada rozwiązania ostateczne. Mam na myśli dziekanat oczywiście. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek gościł w tej jaskini lwa i wszystko było tak, jak należy. I nie mam tutaj na myśli wcale pozytywnego rozwiązania swoich nędznych spraw, które nie są warte tego, żeby się nimi zajmować, tylko coś innego. Jestem istotą miłującą spokój i spokoju od innych oczekuję. A tutaj? A zresztą, nie warto o tym mówić, jeszcze przecież nie skończyłem studiów, a wróg nie śpi. Niech za wszystko starczy napis na karteczce, którą znalazłem na drzwiach. Zanim przytoczę cytat, dodam tylko, że dziekanat jest czynny przez trzy godziny dziennie, cztery dni w tygodniu. No więc napis brzmiał mniej więcej tak: „Wyszłam po naleśniki, będę o 12.15". I co zrobić w takiej sytuacji?! Obróciłem się na pięcie i pomaszerowałem na nasz plac defiladowy ukoić skołatane nerwy i uzupełnić poziom nikotyny w organizmie. Takie to rozrywki zapewnia ta nieodżałowana izba. Z drugiej jednak strony, po zastanowieniu muszę stwierdzić, że gdybym ja dostąpił tego zaszczytu i mógł pracować w dziekanacie, to sam bym wyskakiwał po naleśniki. Żeby jeszcze inna tabliczka na dziekanacie wisiała. Ale nie wiem, moi drodzy, czy zwróciliście uwagę, co też tam jest napisane? Mianowicie, na drzwiach dziekanatu wisi tabliczka: „Dziekanat dla STUDENTÓW" (pokreślenie autora).
