Katarzyna Bielas "Profesor"
Tego dnia miała na ósmą rano. Właściwie nie musiała jechać na zajęcia. Pierwszy tydzień nowego semestru można sobie przecież darować. Nadgorliwość bywa czasami gorsza od faszyzmu, choć ta fraza wcale nie musi dotyczyć studentów pierwszego roku. Może będą sprawdzać obecność, rozpiski trzeba odkserować, no i koledzy rzucą się na wszystkie podręczniki z Tarczyńskiego. Nie, nie można dać się tak wyrolować, tak jak w pierwszym semestrze, kiedy o niczym nie ma się pojęcia. Trzeba iść, jechać. Z Gocławia, najlepiej jedenastką, 13 przystanków, 24 minuty, ze trzy drzemki po drodze…
Z daleka widziała już część swojej grupy. Niektórzy spali na stojąco, inni dyskutowali na temat imprezy w Pinolu, a najwięksi twardziele pili kawę od Marka. I wszyscy oczywiście zamknięci w swoich hermetycznych grupkach. Grupka kujonów, grupka intelektualistów, imprezowiczów, dziwolągów… Szła do nich, ale nie za bardzo wiedziała, do kogo podejść. Jaki ma dziś nastrój? Hmm. Dziś? Żaden. Znów wolny elektron. Stanęła z boku prawie koło kujonów, bo z nimi trzeba mieć przecież poprawne stosunki. Wiadomo dlaczego. Zawsze wszystko mają. To się liczy na polonistyce. Może zagadać? Ale o czym? Nie, lepiej nie.
Pierwsze zajęcia z historii literatury trwały pięć minut, następne z panią, która miała dziwną fryzurę, może z dziesięć. Pomiędzy nimi wszyscy automatycznie zamykali się w swoich tematycznych grupkach. Nie, nie! Dla niej nie ma tu miejsca. Dlaczego tu tak jest? Słyszała, że na Polibudzie wszyscy rozmawiają ze sobą i trzymają się razem. Nawet na imprezy razem chodzą. A tu? Gdzie ona trafiła? Czy tak będzie aż do końca? Oczekiwanie na ostatnie zajęcia było najgorsze. Co tu robić? Myślała o tym, jak musi być nudna i bez osobowości, skoro nigdzie od pół roku nie może się dopasować… Musi sama wystawać na tych długich korytarzach, a potem sama siedzieć godzinami w czytelni… Grupka intelektualistów zaczęła rozmowę na temat wykładowcy prowadzącego ostatnie zajęcia − podobno jest wymagający i często na konsultacje wysyła. Słuchała od niechcenia ich rozmowy. Poetyka? Co to za przedmiot? O czym to? O poezji? A właściwie jakie to ma znaczenie. Kujony są od zastanawiania…
W pewnym momencie na korytarzu zrobiło się jaśniej, wiatr uderzył w uchylone okno i wpadł do środka. Czas jakby na ułamek sekundy się zatrzymał. Studenci rozmawiali, ale nie słychać było żadnego dźwięku. Poruszali ustami jak ryby. I wtedy zobaczyła go. Szedł wyprostowany i dumny. Patrzył przed siebie. W jego wzroku było coś, co przyciągnęło jej uwagę… Coś, czego nie miał żaden inny wykładowca, żaden student, nikt tego nie miał. Ktoś z grupki dziwolągów szepnął, że to facet od poetyki. Nawet nie zauważyła, jak wszyscy z jej grupy rzucili się w kierunku sali, żeby zająć jak najlepsze miejsca… Zajęcia z poetyki trwały całą godzinę, co siało zgorszenie wśród studentów i zdecydowanie negatywnie nastawiało do wykładowcy. A Profesor przemawiał, przemawiał, przemawiał… Znudzone twarze wyrażały chęć ucieczki, snu lub, w skrajnych przypadkach, pospiesznego zapalenia papierosa. Nikt nie chciał już słuchać. Nikt oprócz niej. Słowa Profesora sprawiły, że ten szary dzień nabrał barwy i sensu. Tak ciekawie mówił o przedmiocie, który będzie prowadził w jej grupie. Każde jego słowo było idealnie dopasowane i przemyślane. Litery gładko przechodziły w wyrazy, a wyrazy przeradzały się w zdania. A wszystko obleczone było dziwnym spokojem, równowagą, harmonią… Profesor zadał na następne zajęcia przeczytanie kilku artykułów i polecił solidnie się przygotować. Po zajęciach wszyscy udali się w swoje strony. Wszyscy oprócz niej. Ona nadal pozostawała pod wpływem zajęć, które się przed chwilą odbyły. Szybko poszła do czytelni i wypożyczyła podręczniki zadane przez Profesora. Pewnie nigdy nie będzie taka mądra jak on, ale za tydzień będzie przynajmniej wiedziała, o czym mówi. Pierwszy raz ma zajęcia z wykładowcą, który zrobił na niej wrażenie. To nie jest zwykły Profesor, on ma w sobie coś, czego inni wykładowcy nie mają. To mogą być pasje. Tak! On ma pasje i żyje nimi. Tak jak ona kiedyś chciała… Tak, chciała. Zanim trafiła do tej grupy… To był zdecydowanie przełomowy dzień w jej życiu. Po powrocie na stancję zerwała ze ściany wielki plakat Johnnego Deppa i obiecała sobie, że zrobi wszystko, żeby jej życie choć trochę się zmieniło.
Kolejne zajęcia z Profesorem okazały się jeszcze bardziej fascynujące od poprzednich. Kiedy cała grupa drżała ze strachu przed odpytaniem, ona siedziała i wpatrywała się w Profesora. Jak jego mózg mógł pomieścić tyle wiedzy? Może ona samoistnie powstawała tam ze względu na wrodzone predyspozycje? Czy ona będzie kiedyś choć w połowie tak mądra i zabawna jak on? Tak, bo Profesor był nie tylko mądry, ale także zabawny. Bycie zabawnym jest przecież ważne. Wokół jest tylu sztywniaków. Przynajmniej na poetyce można było się czasami pośmiać…
Kilka miesięcy uczęszczania na zajęcia wystarczyło, żeby była już prawie pewna, że oto stoi przed nią jej ideał. Mądry i zabawny. Kiedy mówił, to tak jakby czytał z otwartej księgi. Każde słowo było strzałą, która zawsze trafia do celu. Tak, zakochała się. Zakochała się w Profesorze. Co teraz będzie? Przecież taki ideał na pewno nawet jej nie kojarzy. Jej mózg jest tak skąpo wypełniony wiedzą. Ona nie potrafi żartować. Podobno jest także pesymistką… I jeszcze różnica wieku. Ile to będzie. Ze dwadzieścia lat? A tam, podobno wiek w miłości się nie liczy…
− Ty, Mała, idziesz z nami do Pinola? Podobno fajną muzę puszczają. No i ostatnio niezłe ciasteczka się tam kręcą. Znalazłabyś sobie jakiegoś faceta…
− E, tam. Po co?
− Bez dyskusji, idziesz!
To była jej pierwsza impreza w Pinokiu. Boże, co tam się działo. Była szczęśliwa, że wypiła wcześniej trochę alkoholu, bo na trzeźwo na pewno nie zniosłaby tego. Najpierw jakiś facet próbował dotykać jej pośladków, potem inny krzyczał do ucha: „Może wyjdziemy na zewnątrz, bejbe?” Nie, ona nie wyjdzie z nikim i nie jest żadnym bejbe. Nie, nie interesują ją ci chłopcy, którzy dopiero za kilka lat może staną się mężczyznami. Może. Profesor pewnie w ich wieku wiedział o rzeczach, o których oni nigdy nie będą mieli pojęcia… Pewnie nie molestował seksualnie kobiet w lokalach, tylko elegancko zagadał, zapytał o imię, kierunek studiów, hobby. Profesor był na pewno dżentelmenem… Ona dłużej tego nie wytrzyma. Jutro pójdzie do niego na konsultacje i wyzna mu wszystko. Może się z niej śmiać, ale przynajmniej będzie wiedział, że ona istnieje, że jest dla niej ideałem, że tak wiele się zmieniło w jej życiu, odkąd go poznała... Zapuka do drzwi, a potem… „Panie Profesorze, ja właściwie nie przyszłam rozmawiać o poetyce, choć ona niezmiernie mnie interesuje, chciałam tylko powiedzieć…”
− Ej, Mała, idziemy do domu. Wybawiłaś się?
Rano wstała z postanowieniem odwiedzin Profesora. Tak, to będzie sądny dzień. Pozbędzie się tego kamienia. Tych wszystkich uczuć, które tak bardzo pragną wydostać się na zewnątrz i pozostać zauważone… Ubrała się i popędziła w kierunku przystanku. Tramwaj miał za chwilę odjechać, więc biegła. Udało jej się wskoczyć do ostatniego przedziału. Jedna noga, druga noga, jedna ręka… i nagle dzwonek. Drzwi zamknęły się. Torba z książkami została po drugiej stronie. Nerwowo naciskała na guzik, ale to nic nie dawało. Tramwaj ruszył. Pozostała po drugiej stronie torba, trzymana tylko za pasek, ocierała się wdzięcznie o żywopłoty rosnące na zewnątrz. Oczy całego przedziału były zwrócone na nią… Czerwony rumieniec omal nie spalił jej twarzy. Żeby tylko nikt ze znajomych tego nie widział… Masakra. Nagle z siedzenia poderwał się młody chłopak. Zaczął iść w jej stronę. Czy ona go czasami nie znała? Te oczy, czarne śmiejące się oczy…
− Potowarzyszę ci, dobrze? Ale numer z tą torbą, nie? - powiedział wesoło.
− Tak jakoś wyszło.
− Pewnie mnie nie kojarzysz?
− No nie za bardzo.
− Mieszkam piętro niżej.
− Aaaa, teraz już sobie przypominam.
− Może wpadniesz dziś do nas? Robimy małą domówkę. Będzie fajnie.
− Właściwie czemu nie, ok.
− Dobra, ja tu wysiadam, a ty możesz uwolnić swoją torbę z uwięzi. A tak w ogóle, Krzysiek jestem. A ty?
− Weronika.
− Hmm, Weronika, ładne imię.
