Katarzyna Goślińska "Na pożegnanie"
Nie chcę stworzyć błyskotliwej historii. Nie potrafię wykreować w swojej wyobraźni bohatera, z którym Wy, koleżanki i koledzy – przyszli poloniści, będziecie mogli się utożsamić. Nie to jest moim celem. Nie tu i nie teraz. Pragnę jedynie rzucić kilka spostrzeżeń wynikających ze spokojnej obserwacji odartej z wszelkich, zbędnych mi zresztą emocji. Kiedy wkroczyłem w mury tego Uniwersytetu, rozpostarł się przede mną całkiem nowy świat pełen subtelnych istot, które swoim drobnym krokiem przemierzają długie korytarze pokryte obrzydliwą, popielatą farbą. Na tym tle wydały mi się zjawiskowo piękne. Zresztą były takie, ale ten paskudny kontrast czynił ich fakturę jeszcze piękniejszą w swej istocie. Były jak erytrocyty krążące po krwioobiegu tego instytutu, nadając mu określony rytm, sącząc się z każdego kąta, notując i czytając, czytając, czytając. Długo zastanawiałem się nad tą ich szczególną cechą zamiłowania w lekturze. Sam, czytając wolno choć wnikliwie, narażałem się na ciągłe kłopoty i koszmar konsultacji, których szczerze nie znosiłem. Odczuwałem kompleksy, widząc, z jaką łatwością kończą one jedną książkę i zaczynają następną. Moją szczególną uwagę zwróciła pewna brunetka. Gdy ujrzałem ją po raz pierwszy pod tablicą ogłoszeniową, przeraziłem się. Zobaczyłem swoje męskie odbicie zamknięte w ciele kobiety. Miała ten sam kolor włosów i oczu, podobny jak ja drobny układ ciała. Była zupełnie inna, zobaczyłem to w niej od razu, wyjątkowa – a tylko to, co znacząco odbiega od reszty, wyróżnia się z tłumu. Emanowała dziewczęcością, gdybym wierzył w anioły, powiedziałbym, że była świetlista jak dusza anioła. Zapragnąłem z nią porozmawiać, ale wrodzona nieśmiałość znacząco mi to uniemożliwiała. Cieszyłem więc oczy jej codziennym widokiem. Mijając ją na korytarzu, wdychałem delikatny zapach jej perfum. Potem jeszcze długo czułem, jak unosił się w powietrzu. Połączenie piżma, egzotycznego drewna sandałowego z gorzką pomarańczą. Z tym zapachem już zawsze będzie mi się kojarzyć filologia. Chcąc być cały czas blisko niej, zapisałem się na te same zajęcia. Uwielbiałem obserwować, jak notuje każde słowo wypowiadane przez wykładowcę. Widać było, że całą sobą chłonie tajemną wiedzę z zakresu literatury. Tylko raz zobaczyłem grymas na jej twarzy, a było to wtedy, gdy jeden z belfrów powiedział, że kobieta to twór miazmatyczny, pozbawiony logocentrycznego myślenia. Złożyłem to na karb jego męskiego, niezaspokojonego libido, które całkowicie pozbawiało go możliwości poznania kiedykolwiek jestestwa kobiety. Sam miałem naturę odkrywcy, zawsze chodziłem własnymi ścieżkami, omijając uczelnianą czytelnię, w której nie znajdowałem pożądanej dla siebie lektury. Byłem zupełnie niezainteresowany kanonem, który oferowała mi filologia. Dopiero siódmy semestr moich studiów zmienił wszystko. Zapisałem się na seminarium i wreszcie mogłem obcować z książkami, które wzbudzały moje autentyczne zainteresowanie. To wtedy dowiedziałem się kim były: Mary Todd Lincoln, Wallis Simpson, Martha Ray, siostry Brönte, Sarah Bernhardt, Harriet Stowe, Sojourner Truth i cały szereg innych kobiet, o których nie miałbym szans usłyszeć, gdyby nie te studia. Najważniejsze było jednak to, że wśród seminarzystek, pośród których byłem jedynym mężczyzną, znajdowała się ona. Zastanawiałem się czy dostrzega uderzające podobieństwo naszego fizis. Nie mogłem już dłużej tego znieść. Postanowiłem się przełamać, tak bardzo pragnąłem rozmowy z nią. Szukałem więc sposobności, odpowiedniego momentu, właściwych słów których należało użyć, by jej nie spłoszyć. Któregoś jesiennego dnia wracałem z bufetu i na jednej z obdartych ławek zobaczyłem ją. Siedziała sama pogrążona w lekturze. Odczułem wewnętrzny przymus, żeby chociaż podjąć próbę rozmowy. Siłą bezwładu dosiadłem się do niej i wypowiedziałem jakże wyszukane słowa:
− No hej.
− No hej! Co słychać?
− Po staremu, a u ciebie? − a jednak mnie kojarzyła, wyczytałem to z jej oczu natychmiast.
− Beznadziejnie, chyba nie skończę Wojny i Pokoju. Nie mogę przez to przebrnąć. Czasami zastanawiam się, po co czytam te wszystkie książki.
− Jak nie wiesz, to po co czytasz? − zapytała. − Ja czytam, żeby nie mieć wątpliwości, jak należy w życiu postępować. Na przykład dzięki Zbrodni i karze wiem, co to jest zło i wiem, że nigdy nie zabiłabym człowieka, bo zadręczyłabym się jak Raskolnikow.
− Książki są tylko po to, by umilać sobie życie − powiedziałem na przekór. − A prawdy w nich zawarte są tylko odbiciem myśli przekazanych przez określonego człowieka, więc dla niego zło może mieć inny wymiar.
− Wcale nie − powiedziała z oburzeniem, z którym było jej wyjątkowo do twarzy. − Jeżeli potrafisz się utożsamić z bohaterem i przez moment poczuć się, jakbyś nim był, wtedy odczuwasz w sobie to, co on i istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak samo będziesz się czuł w rzeczywistości.
− No, to wszystko pod warunkiem, że potrafisz to przenieść na siebie, bo jeśli tylko powierzchownie odczytasz przekaz autora, to i twoje zrozumienie będzie niepełne i złudne w swym doświadczeniu. Zresztą − dodałem − nie można się poczuć, jakby się było kimś innym.
− Ale bohater literacki to nie jest człowiek realny, tylko kreacja. Nie chodzisz na poetykę? To maska, którą każdy może przymierzyć. Po co w ogóle czytać książki, jak nie po to, żeby utożsamiać się z bohaterem, wzbogacać się o jego doświadczenia, czerpać wiedzę i wyciągać wnioski, filtrując przy tym własną osobę?
− Bohater zawsze odzwierciedla jakiegoś człowieka − nieważne, że wymyślonego − bo on jest sumą myśli autora.
Byłem zafascynowany szczególnym rysem jej osoby, naiwnością, z jaką czyta książki. Chciałem wiedzieć o niej wszystko, poznać ją i zrozumieć. Od tej pory spotykaliśmy się regularnie, rozmawiając godzinami. Nigdy się z nią nie zgadzałem. Kiedy ona mówiła czarne, ja mówiłem białe. Dzisiaj myślę, że to ją we mnie najbardziej pociągało. Staliśmy się nierozłączni, poznaliśmy swoje ciała. Jej było zresztą śliczne, kruche i eteryczne. Nie mogłem nasycić oczu widokiem jej cudownej powłoki. Chciałem już na zawsze z nią być, pragnąłem jej bez reszty. Mijały miesiące, a ja ciągle byłem nią oczarowany. Któregoś razu siedzieliśmy na trawie wokół strzelistych topoli, które idealnie komponowały się z surowymi murami naszego uniwersytetu. Wtedy ją zapytałem:
− Jaka jesteś naprawdę?
− Naprawdę to ja nie istnieję i jestem wyimaginowana − odpowiedziała z charakterystycznym dla niej urokiem.
− Czego pragniesz? − pytałem dalej.
− No chyba szczęścia, jak wszyscy.
− Ale co to jest szczęście?
− Szczęście to... spełnienie marzeń − odpowiedziała.
− Szczęście to tylko zaspokojenie naszych pragnień, więc czego pragniesz?
− A czego pragną kobiety? Miłości.
− Uczucia... uczucia to tylko złudzenia dane nam od natury, by ukryć nasze żądze i chęć przedłużenia gatunku, czyli to tylko przykrywka prokreacji.
− To tylko wy mężczyźni tak myślicie, kobiety chcą uczuć.
− No bo wy jesteście zawsze bardziej skomplikowane i wszystko sobie utrudniacie.
− Wszystko jedno. Mam umysł kobiety i nie umiem inaczej myśleć.
− Całe szczęście, bo nie lubię rozmawiać z mężczyznami − uciąłem.
Byłem już bliski zrozumienia jej, ale wiedziałem, że nigdy nie zrozumiem jej w pełni i nie dawało mi to spokoju. Zadręczałem się tą myślą. Nie mogłem spać, jeść, czytać. Wszystko zaczęło tracić sens. Nazajutrz po prostu wpadła pod tramwaj, którym codziennie przyjeżdżała na uczelnie. Czasami w rozmowach śmiała się, że ta 4 źle jej zwiastuje, bo symbolizuje kwadrat, czyli brak alternatywy. Jej odejście wzbudziło wielkie poruszenie na uczelni, bo tak naprawdę nikt jej nie znał. Później wielokrotnie zastanawiałem się czy wiedziała. Czy wiedziała, że ja nie istnieję. Czy, kiedy zostawialiśmy wierzchnie okrycia w szatni i mijaliśmy lustro, zauważyła, że nie mam odbicia. Albo kiedy spacerowaliśmy w czasie przerwy po pobliskim placu dostrzegła, że nie rzucam cienia? Następnego dnia po jej śmierci ścięto topole.