Kryspin Kichler "Tajemnice rozproszonej osobowości" (fragment)
Sopot. Chłodny lutowy dzień dyszy jeszcze powietrzem ślącym leniwie arktyczne pozdrowienia na półwysep helski. Podwodne okręty rozbijają swoje delikatne kadłuby o drewniane rafy onirycznie zmrużonego mola. Zwykle gościnne ławki wspominają rozgrzane w miłosnych objęciach pośladki kochanków. Puste defilady mkną korowodem przez wczorajsze bezdroża osamotnionego Monciaka. Pogięte krzywe domy, których dachami gardzą tłuste wróble, zadziobane kruki, sarkające wrony. Roznegliżowane szyje okolicznych przechodniów, którym wyrastają czerwone mroźne uszy i buraczane nosy, podkreślają charakter tego letniego, burżujskiego kurortu.
Błąkam się opieszale ulicami umarłych poetów. Przygaszony jak jupitery tego chudego, wołającego o podwieczorek popołudnia. Katastrofalnie nie dzieje się nic. Błądzę, wyczekuję, stąpam nerwowo, krok po kroku. Przecinam przestrzeń, betonowe kwadraty szarego chodnika, licząc ukradkiem pozostałości po nikotynowych pocałunkach. Wyrzucam nic nieznaczące śmieci wczorajszego aktu twórczego, napotkane w czeluściach piekielnie zamykanej kieszeni zeszmaconej kurtki. Wyczekując na mapie nieznanych ulic obszaru godnego uaktywnienia, odnajduję się na skraju parku, fortu ciemnego, przygaszonego oparami codzienności. Świadomy swych pragnień i czynów przybieram postać konsumenta trzeciej zmiany, by zniknąć gdzieś za kontuarem...
Miejsce, którego nazwy już dziś się nie wymawia, które antyczną etymologię ujawnia tylko znającym epokę przedpiśmienną. Prowadzą do niego schody piwniczne w liczbie trzynastu oraz podstępne korytarze pokątnie rozrzuconych winylowych szlagierów, tworzących stos niczym berliński mur. Moją wyczuloną już na detale uwagę przykuwa zbiór postzimowych longplayów ulubionego muzycznego literata Cmona. Niczym grom z jasnego nieba powalił na kolana me duchowe jestestwo, łaknące kolejnej dawki westchnień adaptera, z którego wypływały teraz kojące fale dwudziestoletnich jazzowych fraz, rozgrzewających moje zziębnięte wcześniej uszy.
Wiedziony zapachem miliarda drobin kurzu przestąpiłem próg przybytku niegdyś Bożego. Chwilowo odsłonięta kurtyna uchyliła stopniowo rozpoznawane twarze dawnych współbraci. Widzę ich wyraźniej niż kiedykolwiek, mimo znacznie minusowych dioptrii i jaskry we wstępnym stanie rozwoju. Uśmiecham się do nich z lekka, do tych leżakujących odwiecznie na regałach bibliofilskiego blokhausu źródeł niejednego młodzieńczego orgazmu. Gdy tak stoję tam w kącie, grzęznąc po łydki w najstarszych dziełach minionego świata, wypłowiałe już strony całują mnie po kostkach. Uruchamiam ongiś zresetowane cząstki pamięci. Postrzelony błyskiem ostatniej chwili pokutuję w myślach za minione grzechy. Spoglądam na pożółkłe jesienne strony wieszczące obwolutą mglistej już treści. Wiekowe kazania, rozprawy, lamenty i daktyle. Nagle powietrze poczyna mrowić wilgotne zmysły, przywołując lunatyczne wizje stężone oparami zaciąganej za młodu nitrozoaminy.
Ja − filolog jeszcze nieopierzony, milczący erudyta, funktator negacji. Oni − bezimienni, lecz twardzi rekruci. Urodzeni mordercy uzbrojeni w ironię. Razem piszemy marszowe pieśni zapisywane na amarantowych cegłach. Świadomi praw i obowiązków wynikających z palenia nikotyny opuszczamy swe barykady, lica, sukmany, by zdetronizować miłościwie nam panującą dynastię Piastów. W najwyższej komnacie, w najwyższej wieży. Bez wglądu na podziały, upojeni smakiem kofeiny idziemy sennie jak sufitowe owady. Jeszcze jedno słowo z tej księgi wylewa się szerokim łukiem. Nie byłem gotowy. Pokój 101... pokój 301... pokój 311... numer 34... Przypadkowe, lecz trwałe znajomości wykluwające się w godzinnych oczekiwaniach na zasłużoną krytykę, która przy dość dużej świadomości autokrytycyzmu brzmiała jak rodzaj masochistycznej skłonności, której nie zdołam się wyrzec mimo upływu lat. Owa niszcząca jesienno-zimowa mantra, podkreślająca nieustannie niezmienne dolegliwości, towarzyszyła mi przez cały ten czas. Diagnoza była zawsze ta sama. Niedostateczne spełnianie odgórnie ustalonych form zaliczenia. Nie byłem na to gotowy. Pani magister Elzynora w solidnie oprawionych denkach po musztardzie. Niegdyś Fisza, potem już tylko Fiszka, z wrodzoną sobie subtelnością gwałciła delikatne usposobienie młodego adepta sztuki humanistycznej. Na zarzuty o nieromantycznej naturze ducha mego polskiego, żydowskiego lub niemieckiego z takim samym niezadowoleniem zaciskałem pięści i zęby. Bolesny uścisk gardła powodował atrofię języka, zostawiając swe ślady do dziś...
Natrafiam na stary zielonkawy kodeks poetyckich niewinności. Przypatruję mu się bacznie, zachowując wskazane apriorycznie proporcje, aby uniknąć symulujących niewiedzę gestykulacji. Tak, pamiętam doskonale ów słoneczny dzień, gdy satyryczne usposobienie mojego charakteru sprowadzone zostało do parteru. A numer jego trzydzieści i cztery. Miejsce upodlenia o wyraźnie kabaretowych konotacjach. Do takich wynaturzeń doprowadzały autorytarne rządy generała Śniega. Jednak kochałem to. Jak tu nie kochać sytuacji, która wywoływała uśmiechy na twarzach tej konwersatoryjnej wspólnoty. Najlepiej wspominam brutalne odczyty poetyckiej twórczości własnej. W tym momencie westchnąłem nad nigdy niewydanym tomikiem chaotycznie tworzonych wówczas wierszy. Pisanych w towarzystwie czterech ścian, pokrytych niezmiennie jednobarwną tapetą poruszaną okazjonalnie stanem niewysłowionego, delikatnego, monopolowego kaca po kuracji hormonalnej. Porzuconej i zapomnianej.
Przesuwam delikatnie palce. Z należytą atencją śledząc litery, zdania, akapity, godne subtelnej urody dziewczyny, otwierającej przede mną niedoczytane strony swego bytu. Proces ten powtarzałem wielokrotnie. Mechaniczny. Poczytalny. Wyćwiczony. Jeśli literaturę można ująć w kapodaster.
Milczący jak zwykle, w objęciach zatrzymującego się czasu odwiedzam młodszego o 150 lat Mickiewicza. Zamroczony Tołstojem wertuję stygnące myśli dręczące mą duszę. Niestety, ostatni już liść spadł i przyprószył go śnieg. Zmieniona rzeczywistość. Zmieniony też i ja. I choć filozofia już nie ta, w zachwycie ściskam rozliczne tomy i opowiadania. Może na wyrost skreślam czas. Może nie skreślam, lecz jedynie poprawiam dyslektyczne miejsca, w których korekty już zrobić się nie da. A może się da. Może jednak nie...
