Łukasz Bachur "Marsz Polonistica"
Nie nazwę tego opowiadania Marsz Polonia, jak Pilch swojej najnowszej powieści, ale mam dużą ochotę coś od niego zwalić. Niech będzie…
Marsz Polonistica. I jeszcze początek: „W Imię Ojca i Syna, I Ducha Opowieści, Amen”.
Przychodzi taki dzień w życiu mężczyzny – jakkolwiek trywialnie to brzmi – że powinien skończyć studia. I kończy. No, chyba że pracy magisterskiej na czas nie napisze. Ale po co tragizować, przyjmijmy wariant optymistyczny. Więc przychodzi taki dzień w życiu mężczyzny, że kończy studia. Wychodzi z sali po obronie, koleżanki z komitetu podsłuchującego rzucają mu się z piskiem na szyję, jeszcze zanim otworzy usta i wypowie tę magiczną cyfrę. Nie piszę tego, bo sam przeżyłem (mam przed sobą wariant tragiczny), ale dlatego że widziałem. Na własne oczy. No i jak już ten mężczyzna (bo przecież nie chłopak z wyższym wykształceniem) wyjdzie z sali, to nie dość, że czuje ogromną ulgę, ale jeszcze wydaje mu się, że złapał Pana Boga za nogi. KUPA. Może jak skończyłeś specjalistyczne studia MBA po angielsku we Wrocławiu za trzydzieści tysięcy, to się tak czujesz. Ale jak obroniłeś pracę pt. Badania empiryczne łączności syntaktycznej wypowiedników polskich w publikacjach wydawnictwa Arlequin Harlequin Enterprises w latach 1991-2000. Próba monografii, to gdzie cię zatrudnią? W Arlequin Harlequin Enterprises?
Może to i wszystko śmieszne, ale jak się dłużej zastanowić, to jest tragiczne. Gorzkie jak wódka żołądkowa. Nic, tylko się zapić. To jest podstawowy, główny, nieodłączny, permanentny, co tu więcej szukać – dziadowski problem absolwenta filologii polskiej płci męskiej. I o ile „student” jest magicznym słowem, na którego brzmienie wszystkie wynagrodzenia w tym kraju spadają o połowę, to formułka „magister filologii polskiej” stała się synonimem „nauczyciela”. Brzmi może jak pogarda, ale czytałem kiedyś, że absolwenci filozofii sprzedają warzywa na straganach i są zadowoleni. Właśnie, oni są zadowoleni…
Wiele jest takich problemów, które tylko wieczorami są nie do pokonania. Tylko wtedy, gdy trzeba zasnąć, one kłują w mózg, żeby kombinować jak to będzie. I zawsze wtedy kombinuje się, że będzie źle. Ale rano to już nie jest takie straszne. Mózg wtedy kombinuje inaczej, że pewnie będzie dobrze. Są jednak i takie problemy, które nie dość, że nie dadzą zasnąć, to jeszcze następnego dnia nie dadzą się obudzić. O, to już są problemy. I właśnie do tej grupy należy problem absolwenta: nie znajdziesz pracy. Studia teraz kończy każdy. Jak nie skończy sam, to sobie kupi. Wszystkie interesujące (czytaj: dobrze płatne) stanowiska obsadzone są przez bratanków prezesa, siostrzenice kochanej cioci z działu kadr. Rzeczpospolita familijna. W familii nadzieja. Nepotyzm się szerzy, a ty się martw, panie magistrze. Kombinuj, czy sam nie masz jakiegoś wujka albo cioci.
Demagodzy marketingu do znudzenia powtarzają, jak rozpoznawać czy coś jest problemem, czy nie. Jeśli myślisz, że coś stanowi dla ciebie problem, zapisz to na kartce, włóż do koperty i wyjmij za tydzień. Jeśli nadal jest to dla ciebie problem, zacznij go rozwiązywać. Wszystko fajnie, pięknie, tylko że ja tak robię już od pół roku. To chyba mam problem. Od pół roku na tej kartce wciąż te same pytania:
1) co z pracą magisterską?
2) co po pracy magisterskiej?
A potem już tylko ciurkiem:
3) gdzie?
4) za ile?
5) z kim?
6) jak?
No, trzeba zadać te pytania, żeby potem nie dopisywać ostatecznych:
7) za co?
lub bardziej rozpaczliwie:
8) dlaczego ja?! (tu koniecznie znak zapytania i wykrzyknik).
„Marsz Polonistica. W Imię Ojca i Syna, I Ducha Opowieści, Amen”.
