Magdalena Galeta "The end"
No i to już − koniec studiów. Zapytam jak stara babcia: kiedy to zleciało? Dopiero co niosłam podanie i 3 zdjęcia, i kwitek, że opłatę zrobiłam. A tu za kilka dni znów będę nieść zdjęcia, tym razem pożegnalne i kwitek, że odchodzę i o dyplom poproszę.
Pamiętam, że na egzamin wstępny przyszłam stadnie. Wzięłam 6 najlepszych koleżanek i mamie kazałam przyjechać, i cioci, i siostrze, i babci też. Jestem zwierzęciem stadnym. Tak mnie wychowali, że w kupie raźniej. Z pytaniami komisji średnio sobie poradziłam, więc po wyjściu z sali zrobiłam łzawą scenę, że mi nie poszło, że wtopiłam i na bank mnie na te studia nie przyjmą. I na dodatek papierosa z nerwów zapaliłam, zapominając, że przecież ja przy mamie nie palę, bo mama nie wie, że palę. Potem się okazało, że jednak mnie przyjęli. Nadgoniłam punktami z części pisemnej. Pierwszy rok był straszny, delikatnie mówiąc. Nie mogłam się nadziwić, jak długie i brzydkie, i wąskie są korytarze w tym budynku. Jak zimą jest zimno, bo nie grzeją, a na wiosnę gorąco jak w ukropie, bo grzeją. Wtedy jeszcze nosiłam plecak, z liceum mi został, bo tata stwierdził, że mało znoszony, więc trzeba donosić, to potem może da mi na jakąś torebkę. Na szczęście nie tylko ja plecak nosiłam – jeden czarnobrody też przychodził z plecakiem na uczelnię. W plecaku zawsze miałam reklamówkę kanapek i soczek. I papier toaletowy, bo uczelnia nie inwestowała w takie fanaberie. Krzesła w salach były tak stare i chybotliwe, że całe ćwiczenia zamiast modlić się o to, aby mnie nie zapytano, modliłam się, żeby trzeszczące krzesło pode mną nie pękło. I bite dwie godziny siedziałam zawsze półdupkiem, nie oddychając i bojąc się nawet ruszać gałką oczną. Jak w takich warunkach wygłaszać jakieś światłe tezy i doceniać magię udostępnianej nam wiedzy o literaturze pięknej? Najbardziej w mojej pamięci wyryły się cudownie wieczorne zajęcia ze średniowiecza, kiedy to mając jeszcze nawyki wyniesione z liceum, na każde ćwiczenia woziłam cegłę autorstwa Michałowskiej, nie wiedząc, że raczej nie trzeba i doprowadzając tym samym swój kręgosłup do ciekawych doznań i stanów prawie że metafizycznych. Wtedy jeszcze nie umiałam za dobrze pchać się w tramwaju czy w 107 do miejsca siedzącego. Od koleżanek dowiedziałam się, że na uczelnię nie przynosi się takich małych zeszytów, a w ogóle zeszyt do każdego przedmiotu do już „przegięcie”. Mój ojciec prawie zemdlał, jak mu powiedziałam, że zamiast w zeszytach, jak Pan Bóg przykazał, chcę pisać, tfu! notować, na luźnych kartkach, które potem będę wpinać do segregatora. I że te małe zeszyty są „niemodne”. Na pierwszym roku odkryłam też ksero. Nigdy wcześniej nie marzyłam, że kiedykolwiek będę kserować w takich ilościach, z taką częstotliwością i gorliwością. Wtedy można było jeszcze wynosić z czytelni książki na ksero. Można było nawet z tą książką pojechać na Kościuszki, bo tam ktoś znalazł ksero o grosz tańsze niż to na uczelni. Dziś pukam się w głowę, jak o tym pomyślę – polonistyczne szaleństwa młodości! Egzamin poprawkowy z literatury staropolskiej, a wcześniej bajeczne konsultacje z tegoż przedmiotu u mitycznego doktora z nogami do samego nieba, bardzo zintegrowały moją ówczesną grupę. Od starszego roku kupiliśmy (składka 2 zł od osoby) pytania i odpowiedzi na kolokwium u dr. Wu. Myśleliśmy, że nas oszukano, gdy ujrzeliśmy, co zawierały owe cenne kartki. Ale na kolokwium okazało się, że te pytania o kolor sukienki, ilość rączek i ząbków bohaterki były na serio. Doktor Wu naprawdę chciał wiedzieć, czy i my TO wiemy. Bo z całej literatury staropolskiej najważniejsze było, z ilu desek zbito stół w chacie Piasta.
Na drugim roku było już z górki. Człowiek się wdrożył, korepetycji z polskiego udzielał, stał się światowy i taki oczytany. Pojawiły się pierwsze grupowe wyjścia do teatru i na imprezy. Tylko z moim ciałem zaczęło się coś niedobrego dziać. Bolały mnie kości, z każdym dniem coraz bardziej, nocami spać nie mogłam. Było mi trudno usiedzieć na zajęciach, w plecach kłuło, a nogi drętwiały. Nie pomagały poduszki, które koleżanki woziły dla mnie, abym miała miękko na tych antycznych krzesłach. Na jednych zajęciach potrafiłam wyjść z sali nawet ze 20 razy, kręcąc się potem po korytarzach i masując swoje obolałe plecy oraz narażając się na przytyki ze strony wykładowców. W końcu pewnego dnia nie wstałam rano z łóżka i nie pojechałam na uczelnię. Diagnoza lekarzy brzmiała dla mnie jak wyrok, zwłaszcza że ustalenie przyczyn mojego złego stanu zdrowia zajęło medykom długie 2 miesiące.
Gruźlica kostno-stawowa? Co to w ogóle jest? Przecież gruźlica wyginęła razem z pozytywizmem! I jak już nawet jakaś jest to gruźlica płuc, a nie kości… Przymusowa dziekanka, wewnętrzny dramat, moja osobista droga krzyżowa. 10 miesięcy leżenia, okropne lekarstwa połykane w olbrzymich dawkach, rozwalona wątroba i ból, ból, ból. Przewartościowanie wszystkiego i wszystkich. Ci, którzy przy mnie zostali, którzy mnie wspierali i odwiedzali w szpitalach, są przy mnie do dziś. Najlepsi i najwierniejsi przyjaciele.
I znów na drugim roku − powrót, wielki come back. Pani w dziekanacie o awangardowo ściętej grzywce oznajmiła, że mam różnice programowe – 3 przedmioty do nadrobienia – i że mam tak samodzielnie ułożyć sobie plan, aby chodzić na zajęcia i z drugim, i z pierwszym rokiem. Tylko skąd ta różnica w programie? „Trzeba było studiować, a nie byczyć się na urlopach” – usłyszałam. Oj, nadobna niewiasto! Mimo wszystko nie życzę ci, abyś na którymkolwiek ze swoich urlopów „byczyła się” w taki sposób jak ja. Postanowiłam, że jakoś dam radę. Pokonałam gruźlicę, wytrzymałam głupią rehabilitację i znów mogę chodzić bez kul, więc pokonam wasze bezsensowne zmiany programowe. Ilu ludzi poznałam! W życiu nie przypuszczałam, że jestem w stanie przyswoić sobie tyle imion! A w mojej głowie wytworzył się taki podział studentów: trzeci rok – to był mój dawny rok – przez pierwsze miesiące ciągle do nich na przerwach biegałam i tylko z nimi rozmawiałam. Drugi rok − mój nowy rok – dzieciaki, tak myślałam. Wszak rok różnicy to w niektórych etapach życia przepaść pokoleniowa. Pierwszy rok – Jezu, ciągle biegali na ksero! Ale jakoś poszło i buch: obudziłam się na trzecim roku studiów. Choć powinnam być na czwartym. Już do końca będę tak odliczać. Najbardziej będzie bolało, jak dziewczyny już skończą i z tytułem magistrów wyfruną w świat. Ja też powinnam być w tej grupie, to był w końcu mój rocznik. Ale tak będę czuć i myśleć dopiero na czwartym roku. Na trzecim to nawet tak się spięłam, że sesję bez poprawek zaliczyłam. I zapisałam się na aerobik! Lekarz zabronił, to się zapisałam. Kondycję miałam na minusie, więc postanowiłam wziąć się za siebie. Wiedziałam, że będę najsłabszym ogniwem grupy, ale chciałam uprawiać jakiś sport, żeby się poziom endorfin we krwi podniósł. Po pierwszych zajęciach to mnie ściany zaniosły do szatni. W życiu nie byłam taka spocona i czerwona na twarzy. A ta babka-trenerka – jakie ona cuda wyczyniała ze swoją nogą. Ja swoją nawet w marzeniach tak wysoko nie macham. Na kolejnych zajęciach zaczęłam przyglądać się dziewczynom. Po lewej stronie stała taka paralityczka, co ruszała się podobnie do mnie. Pewnie z filologii jakaś – pomyślałam. Od tej pory zawsze porównywałam się do niej i starałam się wytrzymać więcej brzuszków niż tamta. Trzeci rok to jeszcze pamiętna noc pod rozgwieżdżonym niebem – taki tam kaprys studentów, żeby móc się gromadnie przespać na betonie, a przy okazji nad ranem zapisać do wybranego promotora. Do dziś pamiętam słowa pani z dziekanatu, która na pytanie dziennikarza, dlaczego studenci koczują pod budynkiem na gołej trawie, odpowiedziała: „Panie, im się krzywda nie dzieje! Oni się tam teraz najlepiej integrują”. Miała rację – imprezka była przednia.
Na czwartym roku znudził mi się aerobik. Miałam ważniejsze sprawy na głowie. Dostałam się do grupy dziennikarskiej i musiałam czytać PRASĘ. Być wiecznie na bieżąco, a najlepiej 2 lata do przodu, oglądać wszystkie serwisy informacyjne i z niesłabnącym zachwytem w oczach wysłuchiwać monologów jednego z wykładowców na temat jego osoby. Dla odmiany zapisałam się do wolontariatu studenckiego, by spełnić obietnicę daną sobie w czasie choroby. W wakacje odbyłam praktyki w „Gazecie Wyborczej”. Musiało być fajnie, wiadomo – TAKA gazeta. Dobrze, że regaty akurat były, to przynajmniej popływałam sobie statkami. Poznałam wielu interesujących dziennikarzy i okazało się, że dziennikarz − niemrawa niemowa to wcale nie jest wybryk natury. Na czwartym roku odkryłam, że lubię kawę. I że można sikać w męskim, bo tam i tak nigdy nie ma żadnego faceta ani kolejek do kabin. Obraziłam się na czytelnię, bo jak zabrakło pana Janka, to stopniowo wprowadzali jakieś nowe, chore zasady. Odtąd nie wolno już nam było kserować u Marka, bo to ksero u Marka miało bardzo toksyczne i wypalające właściwości. Pewnie dlatego, że to jakaś radziecka maszyna była. Można za to bez ograniczeń kserować na kserokopiarce ustawionej w rogu czytelni. Nie dajcie się zwieść pozorom: ta maszyna, choć wizualnie podobna do Markowej, jest zupełnie nowym, ultranowoczesnym urządzeniem, zakupionym przez władze instytutu od naukowców z NASA i potrafi tak skserować, że książka nawet nic nie poczuje. Za to niestety poczuje nasz portfel. Ale spokojnie, na piątym roku prawie wszyscy dostaniemy stypendium naukowe, to sobie odbijemy! Ja nawet raz zaszaleję, bo kupię kartę do tej amerykańskiej kserokopiarki i wykonam na niej 10 supergangsterskich kopii.
Piąty rok… kiedy to zleciało? Wiadomo – wszystkie kierunki mają mało zajęć, ale polonistyka jest inna niż wszystkie kierunki świata i zapragnie pokazać studentowi, że na piątym roku też można przyjeżdżać codziennie na uczelnię. Chcieć to móc. Pracę magisterską zacznę pisać dopiero w lutym, bo na piątym roku, niestety, będę musiała pokonać wiele osobistych tragedii. Dziś myślę, że pisanie pracy na temat śmierci było prowokowaniem losu. Z Bożą pomocą jakoś wyrobię się do czerwca i obronię w ludzkim, niekompromitującym mnie w oczach familii, terminie. Co prawda znów – podobnie jak na początku studiów – przyprawię ojca o zawrót głowy, tym razem finansowy. Ale to już nie moja wina, że studia dzienne w Polsce są bezpłatne, a jak człowiek chce mieć ten tytuł magistra, to musi zainwestować w togi, birety, sukienkę, bindowanie, fotografa i bale. Raz się żyje. Muszę teraz trochę poszaleć, tak na odchodnym, żeby mieć co wspominać, jak już wyląduję na bezrobociu. Ale zawsze pozostanie we mnie ta świadomość, że jestem absolwentką najbardziej przyszłościowego inaczej i prestiżowego kierunku studiów, dla ludzi o wielkich umysłach i jeszcze większych sercach.