Małgorzata Ilnicka

Poniedziałków nigdy nie lubiłam. Od dziecka miałam z tym problem. W poniedziałki płakałam najgłośniej ze wszystkich dzieci w przedszkolu. Potem, już w szkole, płakać nie wypadało, więc wymyśliłam coś innego. Do szkoły wychodziłam 40 minut wcześniej. Chciałam się oswoić z poniedziałkową atmosferą. Madura przyłapała mnie kiedyś na tym niecnym procederze. Dowiedziałam się wtedy, że moje zachowanie jest niepoważne i skoro droga do szkoły zajmuje mi 5 minut, to z domu mogę wychodzić co najwyżej 15 minut wcześniej. Ale tak naprawdę poniedziałkowe poranki znienawidziłam dopiero na studiach i nienawidziłam przez dobre trzy lata.

Na lektorat z niemieckiego zapisałam się, bo myślałam (naiwna wtedy byłam), że się czegoś nauczę. Błąd. Niczego się nie nauczyłam.

Do sali weszła taka jakaś zaciśnięta. No naprawdę cała taka była! Wanda co Niemca nie chciała… Weszła, otworzyła okno, przysunęła krzesło, położyła reklamówkę. Otworzyła torebkę, wyjęła stary pomarańczowy grzebień i lusterko. Co tydzień tak zaczynała. Przeczesała kilka razy energicznym ruchem włosy. Trwała ondulacja dawała się we znaki, włosy były zniszczone, z popalonymi końcówkami i żadne czesanie im nie pomagało. Ale widocznie to lubiła, więc tak właśnie robiła. Ale uśmiechać już się nie lubiła. A może tylko do nas nie lubiła? Bo zawsze się jednak uśmiechała, gdy przyszło jej postawić kolejną dwóję.

Za pierwszym razem nie wiedziałam, czego się spodziewać, bo skąd miałam wiedzieć? Szybko zrozumiałam, że niczego dobrego w te poniedziałki to już nie mogę doświadczyć.

Schowała grzebień, wyciągnęła zeszyt. Otworzyła i zaczęła powoli czytać, z przekąsem. Inaczej nie umiała. I usłyszałam, pierwszy raz to wtedy usłyszałam i zadziwiło mnie to. Na trzy długie lata mnie zadziwiło:

FRAU Jelnicka nieprzygotowana?

Ilnicka poprawiłam (mogę być już FRAU, ale na Boga Ilnicką!!! Toż to rodowe nazwisko, z dziada pradziada herbu SAS, rodzice nawet na zjazdy jeżdżą). I dlaczego miałabym być nieprzygotowana? Przecież to takie fascynujące powtarzać za panią magister te niemieckie zdania. Uczyć się na pamięć tych czytanek i potem je z nieukrywanym entuzjazmem i pasją, z drżącym sercem recytować, będąc co chwila poprawianą.

FRAU Jelnicka to żadnej Kindersztuby nie ma.

No nie mam, bom w Polsce wychowana.

Odkąd pamiętam miałam problemy. Z nazwiskiem miałam problemy. Nie, nic z tych rzeczy, że politycznie niepoprawne. Poprawne i to bardzo, ale trudne do wymówienia, trudne jak cholera. Kiedyś zapytałam się Madury, czy zmienić bym go nie mogła. Rodzicielka zniesmaczona moim pytaniem nawet nie odpowiedziała. Odtąd wiedziałam, że już nigdy nie będę Ilnicką, ale zawsze Jelnicką, Hilnicką, Inicką a nawet Pilnicką. Całe życie myślałam zmarnowane.

Ale pójdę na uniwersytet, tam ludzie tacy wykształceni na pewno nazwisk nie przekręcają! Co taki lekarz może wiedzieć o rodowych nazwiskach albo taka pani w rejestracji?! Do tego można się przyzwyczaić i poprawiać setny, tysięczny raz. A potem otrzymać zaświadczenie z błędem… No nic. Pójdę tam – myślałam i w końcu będę Ilnicką. Pomyliłam się. Kolejny raz w życiu się pomyliłam.

FRAU W. była pierwszą osobą, która mnie z tego mojego naiwnego myślenia wyprowadziła. Nie chciałam uwierzyć, że będzie tak źle. A jednak! Bywało! Już na drugich zajęciach wykładowca jęczał, że tak niewyraźnie napisane, że on do takich bazgrołów nieprzyzwyczajony. A kiedy powtarzałam trzeci raz, jak mam na nazwisko, zniechęcony powiedział, że to takie plebejskie. Jak to plebejskie?! Przecież na kopertach z zaproszeniami piszą: Szlachetnie Urodzona.

Następnym razem było jeszcze gorzej. W szkole to chociaż szybko się do nazwiska przyzwyczaili. Jak się mieli nie przyzwyczaić, skoro czytali je przez tyle lat? A tu co semestr nowy wykładowca i nowe problemy z nazwiskiem. Od jednego nawet usłyszałam, że histeryczką jestem, bo kłopot robię z tak błahej sprawy. Zdziwiło mnie to, bo kiedy w indeksie pomyliłam rubryki i zamieniłam kolejnością nazwiska wykładowczyń, prawie oblałam egzamin. Szacunku wtedy niby nie miałam. Nic się nie odezwałam. O tym całym czteroletnim szacunku myślałam.

Kiedyś, jeszcze w szkole, dostałam nagrodę za pracę. Gdy odbierałam wielki album o Warszawie, zobaczyłam w środku dyplom z nazwiskiem Hinicka. Nagrodę chciałam oddać, bo myślałam, że to nie dla mnie. Nikt nie chciał przyjąć i każdy zawzięcie przekonywał, że to tylko mała pomyłka i zaraz dyplom na nowo wypiszą.

Dziś na studiach już nikt mojego nazwiska nie przekręca. Jestem Ilnicką, Panią Ilnicką. Przez pięć lat się nauczyli. Mnie też wielu rzeczy nauczyli. Boję się tylko, żebym dyplomu
z błędem nie dostała...