Marlena Niezgoda - "(Non) Omnis Moriar?
Może to nieładnie, może nie na miejscu, może nie fair... Przepraszam, jeśli zepsuję komuś apetyt (właśnie kolację zjadłam...) albo myśli jasne i czyste zmącę. Chciałam dziś poruszyć temat niecodzienny... Wszędzie o życiu, studiach, pracy... Dlaczegóż więc nie krzyknąć raz: NIE!! Ale tak głośno i na całe gardło! Dlaczego zawsze taka kołomyja! Może choć raz wspiąć się na wyżyny, może choć raz pomyśleć o tym, co będzie, o sobie samym i wieczności, o starości i umieraniu. Ten temat - choć smutny - gryzie mnie i dusi jak za ciasny kołnierz od świątecznej koszuli. A przecież koszula taka szykowna i elegancka, ze zgrabnym mankietem i złotą spinką - głupio się przyznać, że strasznie uwiera. Co na to wszystko babcia powie? Więc zwykle człowiek milczy, nie dyskutuje i siedzi cicho, jakby połknął kij od szczotki zamiast witaminy C. Ja jednak spróbuję, podejmę ryzyko i chociaż odepnę guzik - nie chcę już wyglądać jak choinka, jeszcze sztuczna w dodatku. Kto nie ma ochoty, niech kliknie gdzie indziej i dokończy w spokoju niedopitą kawę albo obejrzy powtórkę serialu sprzed tygodnia.
Chociaż, może jednak...?
Gdybym miała krótko scharakteryzować czasy, w których żyję, powiedziałabym - istny cyrk na kółkach! Epoka quasi-Nietzscheańska, epoka kultu młodości i siły, w której wstyd się starzeć i nie wypada umierać. Czym jest śmierć dla człowieka-hybrydy, który wszystko co ludzkie postrzega jako obce albo zwyczajnie nieaktualne? „Umrzeć - tego nie robi się kotu".
Żyjemy „na Maksa", wciąż szybciej, wciąż intensywniej. Chcemy mieć wszystko
i to natychmiast, tylko tu i teraz, bez zbędnych ceregieli. W napuchniętych od kombinowania umysłach nie ma już miejsca na głębszą refleksję, ani na leniwie dojrzewające przemyślenie. Zegary depczą nam wskazówkami po piętach i bezlitośnie nakazują biec na oślep przed siebie. Padłeś? Powstań! I ani się waż łzę uronić. Keep smiling - jesteś w ukrytej kamerze!
Starzy ludzie się nie liczą. Starzy ludzie są z kosmosu. Łażą bez sensu tam
i z powrotem przez pasy dla pieszych i parki bez ławek, wciąż plączą się pod nogami. Nie mają nic do powiedzenia ani grosza do wydania. Żaden z nich pożytek i marny interes. Najlepiej by było, gdyby ich wcale nie było. Darmozjady jedne. A my na nich robić musimy. My - tacy piękni i młodzi - marnujemy tyle energii, żeby oni tak mogli bez biletu w tych autobusach, jeździć nie wiadomo po co i gdzie od poniedziałku do niedzieli. A nie lepiej ich w domach pozamykać? Albo na jakąś wyspę wywieźć? A fee! - starzy ludzie pachnący mydłem i naftaliną. A kysz! Hokus-pokus, znikajcie!
Jeśli los okaże się dla mnie łaskawy, będę długo żyć. Taki mam plan - ale kiedyś wreszcie będę stara. Tylko w jakich czasach przyjdzie mi siwieć? Boję się, bardzo się boję, że w jeszcze bardziej nieczułych, pogmatwanych, nieludzkich... Czy to nie ironia, że współczesna zachodnia cywilizacja, taka oświecona i przejęta prawami człowieka, ma - delikatnie mówiąc - „problem" ze zjawiskiem starości? Tymczasem w tak zwanych kulturach prymitywnych (w domyśle: gorszych i zacofanych) srebrne głowy mają swoje specjalne miejsce w hierarchii społecznej, pełnią najbardziej odpowiedzialne funkcje, cieszą się szacunkiem i ogólnym uznaniem. Tam starość to zaszczyt i honor. U nas - tylko upokorzenie.
Biały człowiek przejął kontrolę nad światem. Biały człowiek usadził się w roli boga, w którego sam już nie wierzy. Biały człowiek zakłada rano garnitur, wsiada do swojego szybkiego samochodu i wydaje mu się, że niczym pan i władca panuje nad sytuacją. Biały człowiek zdobył już wszelkie atrybuty władzy i wszystkie rozumy pozjadał. I tylko czasem, kiedy nikt nie patrzy, ten sam biały człowiek zwija się w kłębuszek jak dziecko, przytula pluszowego misia z cerowanym uchem, zaciska mocno powieki i przez jedną, trwającą wieczność, chwilę odczuwa ból istnienia, choć przecież przełom romantyczny mamy już za sobą. Wtedy już tylko cisza, która na co dzień zamiera, podłącza się pod głośnik ze wzmocnionym basem. To ona spać po nocach nie daje, wygrywając prosto do ucha wciąż tę samą zgrzytliwą melodię. O samotności i przemijaniu...
Nie potrafimy zrozumieć, nie potrafimy przemijać. Kohelet potrafił, Heraklit potrafił, a Ciebie, mnie - współczesnego człowieka - wciąż coś omija. Marzy nam się świetlana przyszłość, rodzinne szczęście, życie wieczne w myśl zasad katechizmu, lecz coraz większą wagę przywiązujemy do początku, ignorując nieuchronność końca. Przychodzimy na świat z rozmachem, w atmosferze święta, pod okiem specjalistów, w towarzystwie matki, ojca i wszystkich, którzy pomieszczą się w szpitalu. Jest szampan, są kwiaty, gratulacje. Rodzenie po ludzku wychodzi nam coraz lepiej. Gorzej z umieraniem... Odchodzimy samotnie, ukryci za szpitalnymi parawanami, w ciszy obcych ścian, milczeniu zimnych korytarzy. Żadnych fanfar na cześć, żadnych toastów i fajerwerków. Sami siebie dyskretnie zamiatamy pod dywan. Nikt nas nie uczy, jak zachować się w obliczu śmierci, ani jak o niej rozmawiać. Na ten temat nie piszą w kolorowych pismach.
„Przykro mi. Był nieszczęśliwy wypadek. Pani rodzina nie żyje" - usłyszysz obcy głos w słuchawce telefonu. Będzie zwykły słoneczny dzień, właśnie zaparkujesz samochód pod domem. To jakiś żart, pomyślisz sobie. Podobno ludzie umierają, ale to nigdy przecież nie dotyczyło mnie ani moich bliskich. Nigdy. Dopóki nie przyjdzie taki dzień. Zwykły. Listopadowy. Słoneczny.
Najtrudniej uwierzyć, że można tak sobie umrzeć przypadkiem, w pół kroku - między obieraniem ziemniaków a popołudniową prognozą pogody w Trójce! Po porostu szok i niemoc. Tak na dobry początek. A potem już tylko gorzej. I co najlepsze - życie toczy się dalej, a Ty, biedny naiwniak, nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak bezduszny jest cały ten proces ostatniego pożegnania człowieka we współczesnym świecie. Śmierć dzisiaj to tylko kolejny dobrze prosperujący interes, łańcuch urzędowych procedur, sprawa załatwiana jednym rzutem na taśmę. Papiery podpisać, ciało odebrać, akt zgonu załatwić, trumnę wybrać, grób wykupić, pogrzeb zorganizować, stypę wyprawić. Kilka dni i po wszystkim. A potem czarna rozpacz i poczucie totalnego dyskomfortu, że to nie tak powinno wyglądać, że to za szybko, że nazbyt pospiesznie, że tak przedmiotowo. Bez uwagi dla uczuć pogrążonej w żałobie rodziny i jakby z pominięciem głównego bohatera wydarzeń - osoby, która widnieje już tylko na zdjęciu.
(Co państwo życzą sobie zrobić z ubraniem? Oddać czy spalić? Ciało ma leżeć normalnie czy wkładamy do chłodni? Transport nocny oczywiście za dodatkową opłatą... Czyli buty już są, krawat jest... To który w końcu będzie garnitur? Nie ma już granatowych. Zostały brązowe i czarne. Proszę się decydować. Przecież nikt nie będzie już w tym chodził... Nie zalecamy wystawiać otwartej trumny. Od tego zwyczaju już się odstępuje... A państwo w sprawie ślubu czy chrzcin? A, pogrzebu. Proszę poczekać, mamy klienta. Sekundka..., że niby co? Nie ma mowy. Nie może pani sobie wygłaszać żadnego przemówienia w kaplicy. My takich rzeczy tu w parafii nie praktykujemy. Msza żałobna jest dla zmarłego, a nie dla zgromadzonych w kościele... Ja proponuję na drugie schabowy i bitki z kiszonym ogórkiem. To ludzie lubią. I ciasta. Kilka ciast. Alkoholu bym raczej nie proponował, chociaż właściwie...)
Pstryk! I człowiek znika. Rach-ciach... i jest już po nim... Tylko przychodzi wreszcie moment, kiedy przestajesz rozumieć... Próbujesz nadążyć, myślisz, po co to wszystko...? Ale jest już za późno. Klamka zapadła. Kości zostały rzucone (rozrzucone). I wtedy już nawet krzyk nic nie pomoże.
Przeraża mnie to. Bardzo. I bardzo się boję... Ja chcę do kultury prymitywnej. Gdzieś, gdzie ludzie jeszcze potrafią pięknie przemijać i właściwie się ze sobą żegnać. Bez lęku i bez pośpiechu. Pośród szelestu liści i promieni zachodzącego słońca. Zgodnie z ruchami Ziemi i tańcem wirujących planet. W sposób naturalny, nie cywilizowany. Żeby tylko tę martwą godność w sobie poczuć... Tak, tylko spokój i godność.
