Milena Szewc - "Niech pan, panie Emilu..."

 

Niech pan, panie Emilu, kupi sobie szalik, bo gdy innym będzie zimno, to panu serce się rozpali. I niech pan nie pije już więcej, szkodzi na wątrobę. A gdy pan będzie chciał osłodzić sobie życie, niech kupi pan na straganie kilogram malin. Wiem, ma pan do mnie pretensje, że to nie tak, jak myślę, że spodnie przykrótkie, że nie wyprasowałam panu koszuli, że...

Przecież nie mogłam panu powiedzieć, że brakuje mi pańskich dłoni, czerwonego serca, głuchego telefonu. Przecież nie mogłam tak zwyczajnie przypomnieć, że jestem sama, w nocy nie śpię, a gdy wstaję, to myślę o panu. Myślałam, że może pan zauważy, wspomni, napomknie, że pan stanie na rogu ulicy, że posłucha tej samej melodii, że usiądzie pan na świeżo posłanym tapczanie, że poprosi jak dawniej, by zawiązać mu krawat, że może pan zaśpiewa piosenkę, kupi butelkę...

Moje włosy już bardziej szare, oczy trochę posmutniały, ciuchy jakieś stare, tylko w sercu na cały świat ta sama tęsknota za tamtym dniem, gdzieś koło dwudziestej. Wtedy wszedł pan na słup, by móc spokojnie zliczyć gwiazdy, bałam się, że pan spadnie. No, ale gdzież tam, przecież to dla mnie!Czekałam na pana na schodach, bo słońce już zaszło i psy wyły. Przyszedł pan cały w trawie utytłany, tak wiem, wiedziałam, pewnie szukał pan dla mnie kwiatów.

Ona dzisiaj dzwoniła, jej szczebiocący głos przyprawił mnie o ból głowy i jeszcze to zdjęcie, co w opiętej bluzeczce z zielonymi guzikami i spódniczką różowa jak pupcia niemowlaka, to na którym obejmuje pana ramieniem. Przepraszam, zapomniałabym, wczoraj niechcący spadło mi na podłogę, jak ścierałam kurze, próbowałam skleić, ale na nic moje starania. Ma na imię Anastazja, prawda? Prawda, że tak ma na imię? No pewnie, zawsze to jakieś urozmaicenie niż Kaśka-grubaska, Katarzyna, Kacha, kasza, kartofel. A może
po prostu Kasia? Mamusia mówi do mnie: Kasia, Kasiu, Kasieńko, tylko Edward, ten z mleczarni, woła na mnie Kaśka. A pan, panie Emilu, tylko: pani Katarzyno proszę uszykować kolację, pani Katarzyno tak nieładnie, pani Katarzyno kurczak przesolony, pani Katarzyno nie przy stole. I ciągle słyszę „pani Katarzyno", a czy nie lepiej by było - „złota rączko" czy też: „ty moja gołąbeczko"?

Założyłam tę koronkowa kieckę i wyczyściłam buty na błysk. Napijmy się gorzkiej kawy, usiądźmy na krzesłach bez nóg i wpatrujmy się w niebo. Dumę niech pan schowa do kieszeni swej marynarki, a ja przyjmę pana z wdzięcznością. I płakać nie będę, tylko wyjmę z barku szczęście i porozrzucam po całym pokoju. Może tak najzwyczajniej na świecie porozmawiamy o pogodzie?

Dwudziesta druga, już pan nie przyjdzie, kończy się dzień kolejny. Jak go przeżyłam? Niezbyt pięknie. Upiekłam ciasto z truskawkami, które przypominają mi lato. Myślałam, że pan przyjdzie. Wstałam rano, wysprzątałam mieszkanie, dokładnie całe. Poukładałam w szufladach, lecz nie w myślach. Czekałam na pana cały dzień. Jak kukułka siedziałam w oknie, z wielką uwagą wypatrywałam pańskiego oblicza, nie widziałam. Niedługo wyjeżdżam, bez pana, po pana, do pana, z panem. Tak smutno bez pańskich słów. Nie, niech się pan nie martwi, nic mi nie jest. Wytrzymam, co to dla mnie. Przetrwam, przeczekam, przeżyję. Mówi pan, że panu smutno... ciekawe, bo mi też. Samotnie mi tak ogromnie.

Lecz kiedy pan do mnie przyjdzie, wszystko będzie dobrze, naprawdę. Jeżeli pan przyjdzie specjalnie nauczę się pływać. I jeszcze jedno, kiedy pan przyjdzie, to nie będę się bała sama spać. Powitam pana wielkim uśmiechem i wycałuję tęsknotę. Gdy stanie pan w progu drzwi mojego życia, jak oszalała wpadnę w pańskie ramiona. Gdy tak pan, panie Emilu, stanie w progu tych chwil, co były, nie będę się gniewała, tylko zgłodniała będę patrzyła w pańskie oczy, wyrzucę z nich pustkę. Kiedy tak pan stanie w progu moich drzwi... Nie będę grymasiła, tylko zaproszę pana do środka, już wtedy na zawsze i ukołyszę pańskie dłonie, delikatnie, bym już nigdy nie czuła się samotna. Wyrwę pańskie serce i schowam pod poduszkę, bym wiedziała, że moje.

Mogę też obrócić się trzy razy w kółko - na szczęście. Dla pana zniosę okropne brzęczenie muchy, zjem cytrynowa galaretkę w czarnej czekoladzie, jeśli pan zechce polubię komputery i ludzi z betonu. Tylko niech pan wreszcie przyjdzie, bo te puste ściany, te szare okna... Nie? Nie przyjdzie pan... kolejny raz.

Paznokcie takie długie, jak stąd do pana. I noce takie szybkie, takie ciemne. Słuchałam dzisiaj świerszczy, jak grały na swych skrzypcach, na pewno się kochały, na pewno. Łabędzie, te białe, tuliły się do siebie. Siedziałam na ławce, w ręku kawałek chleba, a miał być dla pana. Słońce patrzyło na mnie, no może spoglądało, i wiem, że gdyby mogło, to by mnie zapytało: czemu ty panienko tak tu sama siedzisz?

A gdybym zapuściła wąsy, to by mi przeszkadzało, bo trudno tak jeść rosół.
A gdybym była panem, to bym mnie odszukała, nie czekałabym długo, listy bym pisała... Modlę się do pana o to, żeby było na dobre i na złe, by nie czytał pan gazety przy obiedzie i nie wołał: kapcie! Mówię wciąż o tym, aby w deszcz bez parasola pan do mnie biegł. Powtarzam na okrągło, by nauczył pan się czuć, odczuwać, płakać. By mnie przygarnął jak bezdomnego psa i na dobranoc czytał poezję. Krzyczę do pana, by głaskał pan moje włosy i tulił me serce. Szepcę, by pan mnie kochał całą i nie wybrzydzał, że moje biodra zbyt wielkie.

Ciii... jajecznica się przypala...
Niech pan, panie Emilu, kupi sobie szalik... ja już nigdy pana nie ogrzeję.