Miłka Stankiewicz - "Rewizja rewizji?"



Gra w klasy Cortazara stanowi źródło koncepcji „czytelnika-samicy" (reprezentowanego w tekście przez bohaterkę Magę), podchodzącego do lektury aintelektualnie i nieprofesjonalnie, takiego, który do procesu odbiorczego mało wnosi i jeszcze mniej z niego wynosi. Zadaje przy tym masę niepotrzebnych pytań, nie dostrzega wyrafinowanych układów nadawczo-odbiorczych, wywołując w członkach Klubu Węża - „czytelnikach-mężczyznach" - zirytowane westchnienia. Dopiero między wierszami zauważyć można, że krytyka tego typu lektury jest u pozorna Cortazara - bowiem to właśnie spontaniczne (tzn. „samicze") podejście do odbioru dzieła jest szansą na wyzwolenie się od zaprojektowanej w awagardowym tekście władzy artysty, której powinien poddać się odbiorca idealny. Lektura proponowana przez krytykę feministyczną, określana mianem rewidującej kanon, jest drugą teorią, która wraz z owym „samiczym" czytaniem tworzy u Kraskowskiej koncepcję „czytelnika jako kobiety". Taki sposób czytania jest przy tym, według autorki, niezależny od naturalnej płci, uwarunkowany wieloma czynnikami i wymienny z innymi typami odbioru. Tyle ociekającej mądrymi (acz najczęściej zapożyczonymi bezczelnie z omawianego tekstu) sformułowaniami teorii. Jak się jednak sprawy mają w praktyce?

Niewykluczone, że książkę Kraskowskiej przeczytałam właśnie tak, jak zrobiłby (zrobiłaby?) to Cortazarowski „czytelnik-samica": czyli chaotycznie i wybiórczo. Może stąd moje wątpliwości. Czy „czytelnik jako kobieta" nie jest po prostu praktyczną realizacją feministycznego „upominania się" o kobietę w literaturze, będącej przecież w znacznej mierze odbiciem istniejących realnie układów społecznych z patriarchatem w roli głównej? By przekonać samą siebie, że według Kraskowskiej „czytelnik jako kobieta" to coś więcej, przeczytałam książkę jeszcze raz. Nadal to samo. Nie jest to bynajmniej zarzut, bowiem zebrane w tomie studia prowadzone przez autorkę na przestrzeni lat albo same dostarczają ciekawych wniosków na temat funkcjonowania płci w literaturze polskiej i powszechnej od oświecenia do współczesności, albo prowokują do formułowania ich samodzielnie. Jednak określanie takiego podejścia czytelniczo-badawczego nowym mianem przypomina mi trochę próby wprowadzenia nazwy „zwis męski prosty" w odniesieniu do krawata. Tym bardziej, że „czytelnik jako kobieta" to w rozumieniu samej autorki dyspozycja, którą podczas lektury mogą wcielać w życie także mężczyźni (tak jak kobiety mogą być - i bardzo często są - „czytelnikiem-mężczyzną"). Analogicznie: także mężczyźni mogą w procesie lektury i w procesie poznawania świata posługiwać się metodologią badań feministycznych. Przykładem jest przywołana w książce osoba Czesława Miłosza, który „z czasem nauczył się czytać jako kobieta".

Kraskowska tłumaczy, że od rewizjonistycznej krytyki feministycznej jej koncepcja różni się zakresem: „czytelnik jako kobieta" czyta nie tylko książki, ale również świat. Czy jednak feministyczny dyskurs literaturoznawczy nie jest po uszy zanurzony w świecie? Nie chodzi rzecz jasna o prosty mimetyzm - jakże często mechanizmy społeczne odbijające się w świecie wykreowanym, a istniejące poza nim „umknęły" intencji i świadomości rzeczywistego autora (nie są to zwykle teksty wysokich lotów, jednak można ich użyć czysto instrumentalnie, w funkcji objaśniania jakiś elementów świata).

Skoro już na coś zwróciłam uwagę (tu właśnie hipoteza czytelnika spontanicznego i pozwalającego sobie na więcej niż „czytelnik-badacz" obraca się nieco przeciwko samej autorce), teraz będzie już sympatyczniej.

Książka Ewy Kraskowskiej jest przede wszystkim osobista i faktycznie nietrudno dostrzec, że autorka czyta „jako kobieta". Badając obecność kobiet w literaturze od oświecenia do dziś, znajduje ona w analizowanych tekstach tyle samo „jednostkowego", co „wspólnego". Z widocznym upodobaniem sięga po teksty sióstr Brönte czy Jane Austen, nie ma w tym jednak niczego z uprawiania „prywaty" - omawiane powieści sytuuje rzetelnie w odpowiednich kontekstach. I tak dojrzewające do samoświadomości bohaterki Austen wpisuje Kraskowska w rodzącą się w Anglii na przełomie XVIII i XIX wieku narrację emancypacyjną, której tekstem założycielskim jest powstała w 1792 roku Obrona praw kobiety Mary Wollstonecraft. Co więcej, udowadnia, że dziewczęta z Dumy i uprzedzenia można postrzegać jako prototyp bohaterki debiutanckiej powieści Virginii Woolf The Voyage Out. Napisany w 1915 roku tekst (dotąd nieprzetłumaczony na polski) interpretuje pisarka nie tylko jako pełne podsumowanie epoki wiktoriańskiej, ale także jako wyraźny zwrot w stronę antypatriarchatowego sposobu widzenia świata. Jest to przy tym patriarchat rozumiany nie tylko jako narzędzie kształtowania relacji damsko-męskich czy życia rodzinnego. Opresyjność patriarchatu buduje również takie zamknięte przestrzenie, jak uniwersytet czy wojsko. Autorka, przywołując twórczość eseistyczną Woolf, wskazuje rolę „patrzenia z zewnątrz" na zinstytucjonalizowane mikrospołeczności - takie jak uniwersytet, będący światem męskich ambicji i zależności. Od tego sposobu postrzegania świata już chronologicznie niedaleko do powstałej w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku teorii więzi homospołecznych Eve Sedgewick.

Analizy Ewy Kraskowskiej (zgodnie z zapowiedzią dotyczącą jej osobistych gustów, których nie ma najmniejszego zamiaru pomijać w swych badaniach) dotyczą głównie wielkich powieści literatury światowej, takich jak teksty Tołstoja czy Jamesa. Bez trudu jednak możemy przenieść pewien zestaw motywów na grunt polski, obserwując jednocześnie przesunięcie czasowe: zastrzeżenia wobec modelu edukacji kobiet formułuje Wollstonecraft już pod koniec XVIII wieku, a ich odzwierciedlenie Kraskowska widzi między innymi w powieściach sióstr Brönte, powstałych w połowie wieku XIX. Wady matek (niezaangażowanie w życie społeczne, frywolność, źle pojęta uczuciowość) przenoszone są na córki - w ten sposób tworzy się zamknięte koło, owocujące zdradami małżeńskimi, niechcianymi ciążami, egzaltowanymi samobójstwami. Tę samą problematykę podejmie w Polsce wiele lat później Gabriela Zapolska w Przedpieklu czy Stefan Żeromski w Dziejach grzechu, potem zaś publicyści w okresie dwudziestolecia międzywojennego, m.in. Irena Krzywicka. Co prawda dopiero pod koniec XX wieku do opisywanych w Przedpieklu schematów zachowań zaczynamy stosować określenia z teorii Sedgewick, jednak intuicja, że odpowiedzialnością za rodzącą się na ówczesnych pensjach patologię można obciążyć społeczne stosunki patriarchalne, pojawia się dużo wcześniej.

Pod kątem obecności kobiet przygląda się Ewa Kraskowska także wielkim powieściom o socjecie, wyprowadzając z nich jednocześnie refleksję nad stereotypizacją i mechanizmami jej demontowania. Stąd blisko już do kategorii „przebudzenia" - momentu w rozwoju osobowym człowieka, który prowadzi go ku nowemu oglądowi świata. Kraskowską interesuje rzecz jasna głównie przebudzenie kobiet: zarówno jego realizacje literackie (począwszy od Przebudzenia Kate Chopin), jak i ich odbicie w świecie pozaliterackim, jakim była redefinicja pojęć z zakresu socjologii utrwalających dyskryminację ze względu na płeć.

Ewa Kraskowska w swej książce świadomie stawia wiele pytań i chyba nie będzie wielkim nadużyciem (tym bardziej ze strony wiecznie indagującego „czytelnika-samicy") nazwanie jej „trampoliną" do dalszej edukacji w zakresie krytyki feministycznej - sama literatura przedmiotu stanowi wielką bazę lekturową. Ja zaś stawiam jedno pytanie: czy zestawienie zebranych w pracy studiów nie jest zakamuflowaną próbą utarcia nosa tym, którzy mniej lub bardziej otwarcie kpią z hipotezy, że „jako kobieta" może czytać nie tylko osoba płci żeńskiej (chociaż nie zawsze musi), ale także mężczyzna i że zmiany sposobu czytania są czymś powszechniejszym niż się na pozór zdaje? Analizując Annę Kareninę Kraskowska dowodzi, że „jako kobieta" potrafił czytać świat Lew Tołstoj, zaś tekst „czytelnika-badacza" dotyczący wzajemnych wpływów twórczości Nałkowskiej i Schulza wskazuje obecność tej dyspozycji także u autora Sklepów cynamonowych. Pisarka jednocześnie przekonuje, że można czytać „po kobiecemu", szukać i stawiać pytania, nie odrzucając przy tym narzędzi metodologicznych.

A może to zwykły przypadek, który niepotrzebnie roztrząsam z pozycji „czytelnika jako kobiety"? Klub Węża spuentowałby pewnie moje podejrzenia głośnym westchnieniem.

(Ewa Kraskowska
Czytelnik jako kobieta
Poznań: Wydawnictwo Naukowe UAM, 2007. - s. 243)