Natalia Michałowska "Pożegnanie z uczelnią"
Kim bym była, gdybym nie skończyła filologii polskiej? Może lekarzem, prawnikiem, a może architektem krajobrazu? Tyle ciekawych zawodów mnie ominęło, tyle ciekawych lat studiów, podczas których nie trzeba uczyć się elementów języka staro-cerkiewno-słowiańskiego tylko po to, aby zaraz po egzaminie o nich zapomnieć. Tyle budujących perspektyw przeszło mi koło nosa. Za późno już jednak na refleksje. Wybrałam filologię polską, co więcej − skończyłam ją. No prawie, jeszcze kilka zaliczeń, kilka prac do oddania, a obrona pracy magisterskiej to podobno formalność. W głowie zaświtały mi rozpaczliwe pytania: „co teraz?", „co dalej?"... Wciąż nie mogłam znaleźć na nie odpowiedzi. Zaczęłam rozmyślać, lecz nie o tym, co się zdarzy, ale o tym, co wydarzyło się w ciągu ostatnich pięciu lat, podczas których nie miałam czasu się nudzić...
Police, Szczecin. Pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty rok studiów. Impreza, urodziny, pub, kawiarnia, plener. Ktoś pyta:
− Co studiujesz?
Ciarki przeszły mi po plecach, nienawidzę tego pytania. Niezależnie od czasu i miejsca, w którym ono pada, odpowiedź jest ta sama, ta sama jest również reakcja pytającego.
− Filologię polską.
A teraz jeden, dwa, trzy, cztery, pięć... nie, nie zdążyłam doliczyć do pięciu. Nawet do trzech nie doliczyłam. Reakcja była natychmiastowa.
− Co? To co ty chcesz robić, pracować w szkole?
Oprócz złośliwego pytania retorycznego zdarzały się także inne komentarze. Czasami był to szyderczy śmiech, innym razem pełne politowania spojrzenie, za sprawą którego − pomimo moich 173 cm wzrostu − czułam się taka maleńka. Na pierwszym roku studiów zastanawiałam się czy ten specjalista od kierunków studiów i dobrej pracy nie ma racji. Chciałam już rezygnować, chciałam odchodzić i rzucać, ale rodzice wybili mi ten pomysł z głowy. Na drugim i trzecim roku starałam się tłumaczyć, przekonywać, że bramy zawodowego raju stoją przede mną otworem. Na czwartym nawet w to uwierzyłam, aby na piątym cofnąć się do myślenia pierwszorocznego. Problem polega na tym, że teraz nie mogę już zrezygnować, co możliwe było wcześniej. Teraz nie mam już wyjścia, muszę studia skończyć. Potem mogę popaść w czarną rozpacz, ale nie wcześniej.
Nie miałam zbyt wiele czasu, więc otworzyłam Worda i zabrałam się do pisania pracy magisterskiej. Na myśl o obronie dostawałam palpitacji serca, spłycał mi się oddech i wzrastało ciśnienie. Po chwili, przeglądając nerwowo kalendarz i zdając sobie sprawę, że mam jeszcze sporo czasu, uspokoiłam się. Jestem przecież w połowie. Spokojnie, zdążę. Analizując kolejne erotyki Tetmajera, przysłuchiwałam się wiadomościom lecącym na TVN24. Podczas pisania magisterki odkryłam nowe zastosowanie telewizora. Stał się on radiem. Więc słuchałam. Wybiła 12, maturzyści skończyli pisać egzamin z języka polskiego. Zerknęłam na komórkę. Nie miałam jeszcze żadnej wiadomości od moich maturzystek. „Za wcześnie − pomyślałam − muszą ochłonąć". Pisałam dalej, przysłuchując się dziennikarskiej relacji.
− Wybrałem Mickiewicza i Asnyka. Chyba dobrze mi poszło, a zresztą co za różnica. I tak język polski nie jest mi do niczego potrzebny.
Zaskoczona podniosłam głowę. Co? Nie jest mu potrzebny? A niby jak on się teraz wypowiedział? Po chińsku? A może po norwesku? Matoł. Pewnie, że jest mu niepotrzebny. Niech, podobnie jak połowa wykształconych Polaków, skończy marketing i zarządzanie, pracę dyplomową napisze znaną i opatentowaną metodą kopiuj-wklej i znajdzie pracę jako specjalista ds. społecznego analfabetyzmu w departamencie zwalczania nikomu niepotrzebnego języka ojczystego.
Postanowiłam nie zaprzątać sobie głowy tym dziwnym stwierdzeniem, bądź co bądź podważającym słuszność wybranego przeze mnie kierunku studiów. Wyłączyłam moje telewizyjne radio i pisałam dalej. Po kilku godzinach zadzwonił telefon.
− Likwidują filologię! − Kaśka darła się w niebogłosy.
− Coś ty powiedziała? − spytałam wkurzona tym nieśmiesznym żartem.
− Włącz telewizję.
Dobrych parę chwil trwało, zanim wygrzebałam pilota spod sterty książek i skserowanych materiałów. Włączyłam moje radio, tym razem spojrzałam na szklany ekran. Poczułam się, jakby ktoś zrobił mi głupi dowcip, a przecież od 1 kwietnia minęło już sporo czasu. Czytałam informacje lecące jak szalone na tvn-owskim pasku. Chłonęłam je, pożerałam i nadal nie mogłam uwierzyć. To, co mówiła Kaśka, było prawdą. Po wypowiedzi maturzysty arcymądrali rząd błyskawicznie zwołał sztab antykryzysowy. Zaproszono filologów, filozofów, psychologów, pedagogów, całą elitę naukową kraju. Po debacie i rozważeniu głosów „za" i „przeciw" jednogłośnie podjęto decyzję. Likwidują filologię, naprawdę. „Co dalej?" − przebiegające w mojej głowie pytanie nabrało nowego sensu. Byłam skołowana, całkowicie rozbita i zdezorientowana. Nie wiedziałam, co robić, co myśleć, jak się zachować. Moją konsternację przerwał następny telefon.
− Czy z panią Natalią Michałowską? − groźnie zabrzmiał głos w słuchawce. Poznałam go, choć wolałabym go nigdy nie usłyszeć. To była pani z dziekanatu. Starałam się nie denerwować i grzecznie przytaknęłam.
− Musi pani natychmiast przyjechać i zapoznać się ze zmianą organizacji studiów. O godzinie 17:00 na placu przed budynkiem uczelni odbędzie się zebranie studentów z dr. Cieślakiem. Instytut Polonistyki i Kulturoznawstwa rozwiązuje swoją działalność za tydzień. Jutro od godziny 9 może pani odebrać w dziekanacie indeks i kartę zaliczeń.
Rozłączyła się. Spojrzałam na zegarek, miałam 30 minut. Nie zastanawiając się długo, ubrałam się i pobiegłam do samochodu. Jakie szczęście, że go mam, inaczej nie zdążyłabym na spotkanie. Z rozrzewnieniem zaczęłam wspominać czasy, kiedy droga na uczelnię i z powrotem zajmowała mi 3 godziny a czasami i więcej, jeśli po drodze do tramwaju i autobusu odwiedzałam kawiarnię lub pub. Po małej dawce kofeiny lub procentów łatwiej było znieść tę męczącą trasę, którą jeżdżę od pierwszej klasy liceum. Mam wrażenie, że połowę życia spędziłam w środkach lokomocji kursujących na trasie Police-Szczecin, Szczecin-Police. Gdy byłam jeszcze niedoświadczonym podróżnym, rzadko kiedy trafiało mi się miejsce siedzące. Czasami nawet trzeba było stać na jednej nodze, trzymając się kurczowo czyjegoś plecaka. Później było już lepiej. Nauczyłam się stawać w dobrym miejscu, akurat na wprost otwierających się autobusowych drzwi. Teraz jest jeszcze lepiej, bo w zielono-żółtych nieprzyjaznych Manach tłoczę się zdecydowanie rzadziej.
Dojechałam. Zaparkowałam z trudem. Obok polonistycznych koszar panował chaos i zamęt. Spotkałam znajomych. Wszyscy już wiedzieli. Na wiecu dr Cieślak dał nam stosowne instrukcje. Mówił w sposób łagodny i opanowany, choć było widać, że z trudem powstrzymuje emocje. Okazało się, że musimy jak najszybciej zebrać wszystkie zaliczenia, napisać i złożyć w dziekanacie pracę i obronić się. Dla naszego udogodnienia cały instytut (z biblioteką, bufetem, automatami do z kawą i batonikami) miał działać całą dobę. Abyśmy mogli wszystko szybko i sprawnie zaliczyć, wszyscy pracownicy mieli mieć konsultacje 24 godziny na dobę. Choć raz coś dla studenta.
Wszystko, co dziś usłyszałam, wydawało się czystą abstrakcją, nonsensem, niemożliwością. Aby wszystko zaliczyć, musimy zacząć już teraz, zaraz. Aby zdążyć, musimy być na miejscu, nie ma mowy o opuszczaniu uczelni. Powstał pomysł, by − na czas zaliczeń − stworzyć na terenie instytutu miasteczko akademickie.
Po przemówieniu dyrektora wszyscy, w nadziei, że indeksy i karty zostaną wydane wcześniej, udali się w kierunku dziekanatu. Utworzyła się gigantyczna kolejka. Próbowaliśmy przekonać panią z dziekanatu kwiatami, czekoladkami. Nic nie pomogło, nic nie przynosiło efektów - ani prezenty, ani prośby i błagania. Indeksy miały być wydane dopiero następnego dnia. Postanowiliśmy czekać. Zrobiliśmy listę obecności. Rodzice dowieźli nam ubrania, koce, śpiwory i jedzenie. Wysłaliśmy delegację po coś na wzmocnienie i... rozpoczęliśmy imprezę. Było podobnie, jak przed zapisami do promotorów, ale jakoś inaczej, bez niepotrzebnego stresu i nerwów. Czuliśmy się dobrze w swoim towarzystwie, jak nigdy. Byliśmy zgrani, śmialiśmy się, wspominaliśmy dawne czasy. Nawet nie zauważyliśmy, jak szybko minęła noc. Punktualnie o 9:00 dziekanat został otwarty dla studentów. Rzuciliśmy się po karty i indeksy. Zaczęło się. Tym razem na poważnie.
Przez noc wynajęta ekipa pracowała przy budowaniu miasteczka akademickiego. Rano namioty były już rozbite, pojawiły się toi toie i natryski. Jak grzyby po deszczu wyrosły też budki z fast foodami i grillowanymi kanapkami. Postawiono też kilka automatów z kanapkami, napojami energy, kawą i − co wszystkich ucieszyło najbardziej − z piwem. Ruszyliśmy w stronę budynku 40b, przeglądając w drodze karty zaliczeń. Oprócz nazw przedmiotów z tego semestru na karcie widniało brzmiące enigmatycznie hasło „przedmiot dowolny". Okazało się, że musimy zaliczyć jeszcze jeden wybrany przez nas przedmiot. Co tu wybrać? Zatrzymałam się przed automatem z kawą i zajrzałam do kieszeni w poszukiwaniu upragnionej złotówki. Łyk czarnego napoju orzeźwił mój umysł. Już wiem! Zaliczę kulturę języka.
Droga na drugie była męcząca. Trudno było wyjść z niej bez szwanku. Nieustannie ktoś wbiegał lub zbiegał, często trzymając w ręku kubek kawy, kebaba lub kanapkę z majonezem formatu XXL. Poobijana, z majonezową plamą na bluzce dotarłam na miejsce przeznaczenia. Pod gabinetem dr. od kultury języka zastałam kolejkę. W ciągu pięciu lat zdążyłam się do tego przyzwyczaić, więc i to mnie nie zdziwiło. Na drzwiach pokoju przesłuchań lub − jak kto woli − zaliczeń widniały dyspozycje dotyczące zaliczenia przedmiotu. Ucieszyłam się, ponieważ, aby uzyskać wpis, trzeba było zrobić wykres jednego zdania. Odstałam swoje i weszłam do środka. Wyraźnie podbudowana ogromnym zainteresowaniem swoim przedmiotemPani dr wręczyła mi zdanie. Miałam ochotę powiedzieć coś niecenzuralnego, lecz wiedziałam, że nie świadczyłoby to dobrze o mnie jako osobie i studencie. Zdanie było kolosalne, składało się z dwudziestu linijek. Po piątej skapitulowałam...
Zaliczenia przedmiotów z dziesiątego semestru poszły gładko. Został mi tylko jeden dowolny przedmiot. Chciałam wybrać coś, co mogłabym szybko zaliczyć. Wiem, emisja głosu! Pani od emisji rezydowała w nabrzmiałym muskułami gmachu IKF-u. Po odśpiewaniu z klonami Pudziana Bombonierki Turnaua i odtańczeniu kawałka ABBY otrzymałam zaliczenie. Mogłam poświęcić się pisaniu pracy. Pobiegłam do biblioteki.
W bibliotece, co nie zdarza się zbyt często, by nie powiedzieć w ogóle, znajdowali się sami studenci piątego roku. Wcześniej było to nie do pomyślenia. Ostatni raz w bibliotece wydziałowej byłam na pierwszym roku. Pamiętam swoją ostatnią wizytę. Pewnego zimowego popołudnia odbywałam w bibliotece karę, którą było liczenie książek. Moja wina była ewidentna − siedziałam w ławce z koleżanką, której kuzynka, siedząca tuż obok, ośmieliła się odezwać. Gdybym nie odbyła kary, nie dostałabym wpisu za szkolenie biblioteczne. Gdy przełamałam strach i otworzyłam biblioteczne drzwi, ku mojemu zdziwieniu ukazała mi się znajoma twarz. Pan Janek. Śmiało wkroczyłam na biblioteczny teren. Teraz czułam się bezpieczna. Pan Janek pozwolił na kserowanie materiałów. Książki tłumnie opuszczały więc biblioteczne zacisze, wędrując do podziemnych czeluści Marka. Tam napotkałam następną kolejkę, tym razem do maszyny kserokopiującej. Jednak stanie w kolejce do bufetowego ksera nie dłużyło się. Wytrwałam dzięki zbawiennej mocy kofeiny, nikotyny i sporej dawki uczelnianych plotek.
Tydzień w miasteczku akademickim przy Piastów 40b minął na zaliczeniach, pobytach w bibliotece i pisaniu pracy w rozstawionych na uczelnianym parkingu namiotach. W nocy urządzaliśmy sobie Juwenalia, ostatnie w naszym życiu. Automaty z piwem rozgrzane były do czerwoności, z głośników przenośnych wież hi-fi brzmiały głosy żywiołowego hip-hopu. W świetle uczelnianych lamp kwitła przyjaźń i miłość. Wtedy znikały problemy, znikała ta przerażająca nicość, pytania, co po studiach, co z nami, co dalej, ten mrożący pragmatyzm. Wolność i radość chwili uderzała nam do głowy. Byliśmy szczęśliwi.
Pod koniec tygodnia prace były już gotowe. Marek oprawiał je błyskawicznie, więc wszystko przebiegało sprawnie. Po oddaniu dysertacji do dziekanatu nastał czas obron. Dla zaoszczędzenia czasu zostały one połączone z Absolutorium. Ubrani w togi i birety abiturienci filologii polskiej biegali po zaciemnionych i zimnych korytarzach byłych koszar. Razem z nimi rodzice, przyjaciele, przyszli i teraźniejsi małżonkowie. Wszyscy bronili się w błyskawicznym tempie. W mgnieniu oka wystawiano w dziekanacie dyplomy, cykano zdjęcia, wręczano kwiaty i prezenty.
− Dryń, dryń, dryń! − zerwałam się na równe nogi. Dzwonił telefon. Nie wiedziałam, co się dzieje, czemu jestem w domu a nie na uczelni, na obronie. Zaspana odebrałam.
− Cześć! − to była Kaśka. − Idziesz dziś na Juwenalia? Przy twoim instytucie szykuje się niezła impreza.
Choć wybita z niezwykłej drzemki, nie wahałam się ani chwili.
− Idę − odpowiedziałam. Nie wiem czemu, ale bardzo chciałam znów zobaczyć te mury.
