Patrycja Mańkowska "Ławka"
Czerwone mury. Zielona ławka. Kwitnące topole. Otwieram oczy − nic się nie zmieniło od czasu, kiedy po raz pierwszy przekraczałam uczelnianą bramę. Tylko topole niedawno ścięli. Podobno jest teraz na czym usiąść, gdy wszystkie ławki są zajęte. Jakby nie można było na stosie dopiero co odkserowanych (bo wszyscy kserowali) kartek czy po prostu przykucnąć. Też tak na początku kserowałam. Na pierwszym i drugim roku − książki, artykuły teoretyków, notatki z tych samych zajęć od dziesięciu koleżanek i jednego kolegi (bo może wynotowali coś więcej ode mnie) − wszystko to miało się przydać do egzaminu, a nawet zaliczenia z oceną. Im większy plik kartek tym lepiej. Taki studencki wyścig... na najdłuższą rolkę papieru. (A w toaletach zawsze brakowało, brakuje i brakować będzie.) Rytuał początkujących. Potem już tyle nie kserowałam. Punkty ksero opanowali młodsi, więc czasu mi było szkoda na stanie w kolejce. Poza tym pojawiło się ksero w czytelni, więc zakazali wynosić książki i przestało się opłacać. A na dole w szatni stanęła szafa, w której trzeba chować torby, torebki, torebeczki. I rozpoczęły się zawody: kto pierwszy weźmie kluczyk, ukryje swoje skarby i jak najszybciej wróci po numerek, zasiądzie w czytelni i wypełni rewers. Zwycięzca otrzymuje książkę, przegrani − czekają.
Biblioteczny ostracyzm dopadał każdego, kto nie sprostał wymaganiom. Kto nie chciał czekać na nieunikniony (bo kondycja już nie ta) wyrok, bojkotował. Ja też. Pozostawały więc kilkugodzinne przerwy. Okienka.
Sialalalaa... dryń... dryń... − telefon dzwoni, może ze szkoły − patrzę z nadzieją na wyświetlacz. Odbieram. „Cześć siostrzyczko. Jak ci poszło? No to super. bla bla bla..." Maturzystka. Stresuje się wynikami egzaminów, wyborem studiów. A przecież piękny czas przed nią, tylko że na razie o tym nie wie. Jeszcze bez trosk, martwienia się o własny kawałek podłogi, o swoje prywatne miejsce na świecie. Ale rozumiem jej lęk przed nieznanym. Przede mną zderzenie z brutalnym rynkiem pracy. Złożyłam podanie. Napisała w nim, że posiadam predyspozycje zawodowe, że mam dobry kontakt z młodzieżą, że chcę się rozwijać, a pani dyrektor co na to? Jak to powiedziała? Aaaa, że nie na stanowisko nauczycielki, ale nauczyciela języka polskiego. Bo niby tak oficjalniej. Jestem kobietą, więc dlaczego miałabym być mężczyzną, sfrustrowanym nauczycielem języka polskiego wśród nauczycielek? Przecież w tym gimnazjum pracują tylko kobiety. Nie licząc dwóch wuefistów, ale oni i tak mają swój oddzielny pokój piłkami i innym sprzętem sportowym usłany. Nie rozumiem problemu. I chyba bez doświadczenia, bez wymaganego przy każdym ogłoszeniu stażu pracy nie będę w stanie tego pojąć. Nie poprawiłam „błędu". Na znak protestu. I teraz nie wiem, czy mnie przyjmą. Czy zasilę ekipę McDonalda czy Biedronki... Magister czy magazynier − mała różnica. Albo − w najlepszym wypadku − zostanę szatniarką w bibliotece miejskiej (przecież książka obca mi nie jest), ewentualnie portierką w lokalnej telewizji. O, to nawet bliżej mojej specjalizacji. A może zostanę dziennikarką prasową? Temat znajdę (podobno można się o niego na ulicy potknąć), artykuł napiszę albo reportaż. Może portret? Tylko muszę kupić dobre markowe dżinsy i zwykłą białą koszulę. To zalecenie pewnej pani od warsztatów. „Re-we-la-cyj-nie!" bądź „fan-ta-stycz-nie!", jak kto woli. Tak, nikt przecież tak dobrze nie pisze artykułów jak my. Grupa dziennikarska − studentki i studenci filologii polskiej. „Nie martw się siostrzyczko, będzie dobrze. Miłego dnia. Pa!" Odkładam telefon.
Długie okienka. Bardzo przydatne. Kawa z ekspresu. To ta od Marka, z prawdziwą kofeiną. Papieros na ławce. Kolejka pod automatem. Duża kawa z mlekiem. Papieros. I spacer przez parking do bufetu. Na prawo od „czwórki". Ale tak na piętnaście minut, bo dziekanat niedługo otwierają. Kawy po turecku nie piję, więc wybieram białą. Już nie palę. Tak uzbrojona zmierzam do jaskini lwa. Zamknięte? No tak, poniedziałek. Wracam więc na ławkę.
Pierwszy rok był męczący. Po tylu czterdziestopięciominutowych lekcjach trudno przestawić się na akademicki system. Stopniowo rozumiałam, że wcale nie muszę się zgadzać z narzuconą interpretacją wykładowcy. Ale odwaga przyszła z czasem. Na początku miałam być gąbką pochłaniającą słowa bez prawa głosu. Byłam. Miałam rozróżniać: palatalizacje, jery, akcenty paroksytoniczne od oksytonicznych, metafory... Rozróżniałam. Miałam chłonąć Kubiaka, oratoria pogrzebowe, kazania sejmowe, chrestomatię staropolską czy barokową poezję. Chłonęłam. Nie lubiłam wtedy czytać. Jak mogłam kochać książki, skoro zabroniono mi odczuwać przyjemność. To był chwilowy bunt. Potem już wiedziałam. Jeśli chcesz protestować, musisz uświadomić sobie przeciw czemu. Dopiero wtedy dostrzegasz sens. Dojrzewasz do bycia polonist(k)ą. Czytasz po ludzku.
Dementuję. Oficjalnie protestuję przeciwko pogłoskom, jakoby studentki i studenci Instytutu Polonistyki i Kulturoznawstwa nie potrafili się bawić, tylko czytać książki w bibliotekach. Na drugim roku przesiadywaliśmy całe poranki na korytarzu w dziekanacie. By poprosić o stypendium. Ale i tak się okazywało, że regulamin, że brakujące dokumenty. I trzeba przyjść następnego dnia. Na trzecim roku pobiegliśmy na imprezę. Spontaniczną i nielegalną. Pod dziekanat. Zapisać się na seminarium i specjalizację. Noc na trawie, pod gołym niebem. I znów wszyscy razem. Nawet lista obecności była. A podobno tego nie lubimy. I kolejność wbiegania po schodach. Rano. Bo w dziekanacie panie bały się, że mury nie wytrzymają setki niewyspanych studentów. I pozwoliły wchodzić do budynku pojedynczo. Taka sztafeta. Dopiero gdy trzydziesta osoba wyszła z budynku, miałam prawo przekroczyć drzwi.
Wypijam ostatni łyk kawy. Już czas. Idę. Zajęcia odwołane. Zapomnieli wywiesić kartkę. Nie dziwi mnie to. Przyzwyczaiłam się. Wszyscy się przyzwyczaili. Jeszcze papieros dla towarzystwa i biegnę na tramwaj. Może znowu ustąpię miejsca jakiemuś staruszkowi i usłyszę w podziękowaniu: „Życzę pani dobrego męża, który będzie panią kochał i nie będzie pani bił.".
