Rozgrzebanie 12.10.2012

Rozgrzebanie

 

Ja. Czyli klatka pełna demonów przeszłości.

23 lata. 168 cm. wysokości..56 kg. ciężkości …

brunetka o dzikim zwierzęcym spojrzeniu.

Od razu widać, że wiele przeszła.

Samica

Syndrom DDA

Osobowość typu borderline

Właściwie nie wiem co z czego wynika.

Myślę, że jedno z drugim ma wiele wspólnego.

DDA przez rodziców.

Borderline przez traumatyczne dzieciństwo.

Rodzice – Rodziców się nie wybiera

Partner- Partnera się wybiera… a przy właśnie tym wyborze kierujemy się pewnymi schematami, w moim wypadku złymi schematami, zakodowanymi w mojej głowie przez rodziców alkoholików.

Ja – współuzależniona z uszkodzoną wolą. Mimo tego -Walczę!! i co ciekawe…widzę zmiany na lepsze.

I tę historię właśnie tworzę dla wszystkich z osobowością chwiejną emocjonalnie, typem borderline czy syndromem DDA .Po to aby uwierzyli, że życie nie może.. ale BĘDZIE NA PEWNO piękne jeśli sami będziemy o nie walczyć !! tak jak ja…

 

Będę opisywać wszystko.

-Zmiany, działania , upadki i wzloty.

-Będę popełniać błędy: gramatyczne, ortograficzne, stylowe..i może wiele innych.

– Będę opisywać uczucia.. Bo czuję tego zbyt wiele, ale jeszcze nie wiem co.

Nie wymagam jak zawsze od siebie zbyt wiele, tym razem jestem świadoma, że nie jestem idealna i popełniam błędy.

Jestem nieświadoma tego co czuję i właśnie nad tym między innymi tutaj  pracuję.

Zachęcam do zmian…do ćwiczeń..zachęcam do wiary w siebie.

Zachęcam do WALKI o lepsze jutro! Zachęcam bo mam dość pesymistycznych informacji na te tematy.

Chcę pokazać wam, że czuję to co wy, że się leczę i zaczynam sobie układać życie. Patrzcie na moje rany, ułomności i porażki, patrzcie na ten cały proces. Możecie oceniać, ale po co?? Chodzi o to , abyście na żywym przykładnie zobaczyli, że można.

Moja HISTORIA ma dawać nadzieje wszystkim, którzy nie wierzą w to, że mogą być szczęśliwi z tym zaburzeniem czy innym ..bez nogi ,ręki ze wszystkimi brakami ,które możemy sami wypełnić miłością i wiarą.

 

Wstęp.

Rocznik 88’

Nie dużo-wiem.

Ale wystarczająco by przeżyć piekło o którym chce się napisać książkę i  chce się wyrzucić to z siebie i  nigdy więcej do tego nie wracać.

Będę ją pisać tutaj i  przeżywać wszystko jeszcze raz…rozmyślając nad tym za co „przestałam” kochać swoich rodziców.

Bo można przestać kochać rodziców.

Wcale nie trzeba ich kochać, czasami po prostu nie ma się za co. Albo jak jest za co, to już cierpienia to zagłuszają.

Zaczynając to pisać nie mam zielonego pojęcia od czego mam rozpocząć.

Zacznę po prostu od początku, od tego co pamiętam.

A bardzo mało pamiętam, bo pamięć mam bardzo słabą…

Na początek o miłości, której zabrakło u moich rodziców w małżeństwie.

Myślę ,że może nie było jej wcale . A jeśli była to właśnie ta „zła” oparta na przemocy i kłamstwie, ta nieprawdziwa. Nie chcę już docierać do ich dzieciństw ,ale myślę, że wiele bym tam znalazła ,natomiast nie mam zamiaru tracić energii potrzebnej mi teraz bardziej na pracę nad sobą. Myślę ,że ogromną zmianą w ojca postępowaniu wywołała śmierć jego ojca w  młodym wieku, a może wcześniejsze jego alkoholowe przeboje tj. bicie, awantury itp.

Mama? – o mamie nie wiele wiem. Wiem, że wszystko było z nią w porządku. Na początku.

Okazało się jednak ,że spotkała na swojej drodze paranoika.

Człowieka o zaburzonej osobowości ,który myśląc ,że kocha matkę z lęku ,że ja straci potrafił ją śledzić i bić. Matka czując lęk pokochała kogoś innego. Ale straciła i to. Pozostała dla nas.  Zapominając o sobie- co było jej największym błędem. Nauczyła tym nas – nie dbania o siebie.

Myślę jednak ,że bardzo często popełnianym błędem przez matki, jest poświęcenie siebie w imię czegoś, albo kogoś co potem i tak odbija się na dzieciach.

Z drugiej strony jak tu nie poświęcić swojego życia dzieciom, nie mając wsparcia własnych rodziców. O i może tutaj wyłoniła się podstawa zaburzeń mojej mamy. Nie została by z tatą. Tylko w nas miała miłość bezwarunkową i tylko w nas mogła ją odnaleźć . To chyba logiczne ,że brak czasu i determinacja przyczynia się do zaniedbania siebie ,a matczyny instynkt tylko do tego popycha…

Wiele lat cierpień matki przez co straciła pamięć i zdrowy rozsądek, bardzo niekorzystnie wpłynęło na wychowanie dzieci, ale o tym później.

Jedyne o czym JA marzę to metoda z mechanicznej pomarańczy.

Chciałabym, żeby podłączyli mnie do prądu i  doprowadzili do totalnej amnezji….

Lecz tak niestety się nie da.

Trudne dzieciństwo zobowiązuje do odpowiedzialności za to w dorosłości .

I tu jest pies pogrzebany.

 

W wieku 15 czy tam 16,17…lat, i ja zaczęłam sięgać po wódkę,piwo. Zaczęłam imprezować i znikać na noce..jednym słowem tonąć na same dno, ale też jak inaczej mogło się dziać, kiedy rodzice nawet o tym nie wiedzieli bo leżeli pijani jak świnie. Robiłam co chciałam. Nie mówili mi nic . Jedynie bili .Tak naprawdę robiłam wszystko by mieć wyrzuty sumienia i by zrobić wszystko, czego nie powinnam ,żeby ktoś zwrócił w końcu na mnie uwagę, martwił się o mnie.

Dostawałam za wszystko. Począwszy od niewyniesienia śmieci, kończywszy na zbyt głośnym śmiechu. Po twarzy, po głowie, kopanie – było wszystko. Ileż można wytrzymać mając w domu taki syf… trzeba było wyjść do starszych facetów u których wtedy szukałam bezpieczeństwa ,którego nie dawał mi ojciec, szukałam wsparcia u  przyjaciół, chciałam poznać tego „lepszego” życia. Poznać smak miłości, nie wiedząc co to miłość, poznać smak alkoholu, narkotyków, seksu, bez nadzoru rodziców…bez tłumaczenia mi co dobre, a co złe. Ktoś jednak musiał nade mną czuwać- bo mimo tego wszystkiego dziś piszę książkę ,a nie leżę zaćpana .

Zaczęłam palić papierosy, uciekać ze szkoły, pić, zakochiwać się w facetach niedostępnych dla mnie i wywołujących u mnie adrenalinę…czyli podobne emocje jakie wywoływali u mnie rodzice, wieczny niepokój i lęk.

Po prostu jak małe dziecko parząc się wrzątkiem, odczuwałam ból, sama na własnych przeżyciach uczyłam się życia. Bo kto miał mnie nauczyć? Jedynymi osobami, które uczyły mnie zdrowych schematów był mój brat i dziadek. Ale byłam zbyt młoda i zbuntowana by ich słuchać…musiałam wszystko sama PRZEŻYĆ…

 

Pamiętam ostatni dzień wakacji…kiedy leżałam w nocy na trawie  z moją „pierwszą miłością ”..którego myślałam ,że będę kochać do końca życia  ( nie wiedząc co to miłość ) Wydawało mi się ,że jestem bardzo szczęśliwa, ale jeszcze nie wiedziałam, że ktoś może mnie skrzywdzić prócz rodziców…myślałam, że poza domem jest lepiej…że mój luby mnie uratuje… jednak jedyną rzeczą o jakiej myślał o mnie tamtej nocy i zawsze..było mnie rozdziewiczyć. Co zauważyłam..i w porę mu się nie udało. Wtedy wróciłam do domu z płaczem, zawiedziona….oszukana i następnego dnia zaczęło się Liceum. Te 3 lata były bardzo dziwne ..spokojne w sprawach sercowych..ktoś zabiegał, ktoś mi się podobał…ale to wszystko. Zakochana byłam w Nim. Żyłam wierszami ,piosenkami i swoimi rodzicami ,chciałam to wszystko przetrwać i uciec. W domu działo się coraz gorzej…wiele mężczyzn chciało mnie mieć, wiele uratować, ale nikt nie mógł.

Nie chciałam kochać…nie wiedziałam co to jest!! tęskniłam za tym pierwszym uczuciem,bo jestem dda…nie umiałam odejść myślami od jego wywołujących u mnie lęki ramion. Czas mijał. W domu…zaczynałam przejmować obowiązki dorosłych.. opiekować się rodzicami.. dostawać za to po ryju.. wymiotować, objadać się i znów wymiotować, żeby się tym zmęczyć i nie myśleć. Płakać co noc….pisać wiersze…rozwijać swoje cierpienia. Nie uczyłam się w szkole, chociaż byłam od dziecka bardzo zdolna. Nie miałam koncentracji i pamięci , bo jak było można mieć, mając takie stresy w domu?? tylko jak już musiałam…jak już wiedziałam ,że mogę nie zdać i tak mam do dziś.. bo zakodowane miałam ,że po szkole trzeba było zrobić wszystko ,żeby zakamuflować patologiczny dom i uciec z niego…gdzieś… do koleżanek, do kolegów…uciec… wrócić i dostać po ryju. Nie spać do rana i iść do szkoły. Wrócić i zająć się domem, bo nie sobą.

Na to nigdy nie było czasu.

Moim obowiązkiem było wracać i być karaną za dobro, chwaloną za zło. Być na granicy…stąpać po cienkiej lini , między nienawiścią / miłością…skakać po szczeblach emocji po czym wpadać w  euforie… cieszyć się sztucznie, płakać w ukryciu… Tym żyłam…

Wtedy poznałam pierwszego chłopaka. On jedyny znosił mnie taką jaką jestem. Pokochałam go. Ale zniszczyłam .Bo będąc z nim przeżywałam najgorsze momenty w moim domu…Byłam wciąż bita przez rodziców, szarpałam się z matką…wpadałam w szał…ryczałam ,bluźniłam ,krzyczałam…biłam się, płakałam i tak się męczyłam ,że zaczynałam się śmiać. I to właśnie wywołało u mnie borderową postawę. Zmienność.

Silny stres…szał…i nagle zmęczenie…i tak cały czas…emocje dusiłam często w sobie…wyładowując na nim… odtrącałam go ..dając mu szansę na spokojniejsze życie… wracał, walczył., ale nie było z czym…bo ja wtedy sama nie walczyłam…nie byłam kompletnie świadoma jakiego potwora hoduję w sobie…

NIE ZNOSZĘ KŁAMSTWA!!

kłamstwo powoduję u mnie nienawiść. Tata zawsze mnie okłamywał. Potem już oboje. Pewnego dnia okłamał mnie też mój facet. Co wywołało u mnie poczucie ,że jestem śmieciem…że wszyscy mnie okłamują…chciałam się zabić. Nie udało mi się. Pogotowie, skierowanie do szpitala psychiatrycznego…ale w końcu szansa i Obietnica poprawy.

W tym całym wciągającym mnie bagnie moja Mama chorowała na raka…a tata mieszkał ze swoją matką od dawna, chlał tam ,a do nas przychodził czasami nas prześladować, nachodzić, śledzić ,grozić i wywoływać u nas lęki, przy czym dać komuś w ryj.

Zdałam maturę. Dosyć dobrze jak na totalny brak szarych komórek…które pewnie od stresu i uderzeń zdechły w większości.

Po odebraniu wyników ,zadowolona bo i mama po chemii nie miała w sobie komórek rakowych, mogłam uciec na trochę, żeby odpocząć.

Wyjechałam więc z chłopakiem do brata , zza granicę.

I tam poczułam strach, poczucie pustki, braku sensu życia…agresję do bliskości, powiedziałam chłopakowi ,żeby odszedł, bo go nie kocham. Choć było inaczej.

Wróciłam po półtora roku, do matki ,która już była w hospicjum i straciła pamięć.

To nie były przeżuty, Była podczas naszej nieobecności bita, gwałcona i piła ogromne ilości wódki, dlatego straciła pamięć…do tego nawrót choroby…ciągły lęk i stres…

Wróciliśmy…i to był najpiękniejszy rok w moim życiu…dom…pełen miłości…bo mama wyszła z hospicjum i nie piła…jeździła znowu na chemie, a tata nie robił już jej krzywdy…ale rak nie dawał za wygraną.Zjadał ją całą…i nagle w 2009 dostała wylewu i umarła ..umarła moja mamusia…w jej oczach już jej nie było, to były głupie oczy, oczy małego dziecka…moja mamusia czyli osoba która nadawała sens mojemu życiu-już wtedy odeszła…moja mamusia, którą się opiekowałam. Nie sobą. Tylko nią.

Miała afazję, straciła pamięć. Zamieniła się w warzywo.

Po 4 miesiącach zmarła. Zmarło jej ciało. Odeszła. Ja przeżyłam traumę .

3 miesiące później zmarł mój ukochany dziadek. Przeżyłam kolejną traumę..

i Wtedy się zaczęło kolejne piekło…ale już dzisiaj nie mam siły o tym pisać. Muszę się teraz przespać bo przypominanie sobie tego wywołuje u mnie duże napięcie .

Pocieszę was. Że w obecnej chwili moje życie wygląda zupełnie inaczej.

A jak pomyślę jak będzie piękniejsze za jeszcze parę lat… to nabieram podwójnej siły.

Dlatego nie poddawajcie się ..a jeśli się poddacie.. to natychmiast wracajcie do walki. .bo przegrana bitwa…TO NIE PRZEGRANA WOJNA !!

O mnie

JESTEM…

  • jestem dla siebie najsurowszym krytykiem
  • zbyt szybko się osądzam
  • jestem swoim najgorszym wrogiem!!!!

 

JA..

  • mam skłonność do poczucia odpowiedzialności za wszystko
  • jeżeli trzeba wykonać jakąś dodatkową pracę, zgłaszam się na ochotnika
  • trudno mi odmówić, kiedy ktoś prosi mnie o pomoc
  • pomagałam wszystkim i troszczyłam się o wszystko w mojej rodzinie
  • w mojej rodzinie chwalono mnie, gdy zachowywałem się jak dorosła
  • to ja w mojej rodzinie fizycznie i emocjonalnie troszczyłam się o mojego ojca/matkę

dlatego..

  • Tak Trudno mi wyrażać uczucia
  • często nie jestem świadoma swoich uczuć
  • czasami myślę, że uczucia są wyłącznie ciężarem
  • przeraża mnie, czego mógłabym się dowiedzieć, gdybym pozwoliła sobie na jakiekolwiek uczucia
  • często czuję się bezradna
  • mam wrażenie, że cokolwiek bym nie zrobił, niczego to nie zmieni
  • zawsze sprzątną mi sprzed nosa to, czego potrzebuję
  • czuję się winna za odczuwanie jakichkolwiek własnych potrzeb
  • często czuje się winna za bycie ciężarem dla innych
  • ciągle za wszystko przepraszam
  • przepraszam za rzeczy, które nie wymagają przeprosin
  • w mojej rodzinie ktoś zawsze był obwiniany
  • w mojej rodzinie to właśnie mnie obciążano odpowiedzialnością za rzeczy, za które nie powinnam odpowiadać

Mam nałogowy (obsesyjny) stosunek do: jedzenia, alkoholu, pracy, robienia zakupów, korzystania z podręczników autoterapeutycznych, przyciągają mnie ludzie, którym mogę pomóc lub których mogę wyleczyć

  • mam skłonność do nawiązywania bliższych znajomości z osobami, które zostały zranione lub są trudno dostępne
  • największą bliskość odczuwam wówczas, gdy komuś pomagam
  • odejście jest dla mnie niezwykle trudne
  • nienawidzę mówić „żegnaj”
  • pozostawałam w bliskich związkach o wiele za długo, niż powinnnam
  • kiedy ktoś bliski wyjeżdża, boję się, że nigdy więcej go/jej nie zobaczę
  • gdy staję wobec jakiegoś problemu, trudno mi wymyśleć więcej niż jedno rozwiązanie
  • mam skłonność do myślenia w kategoriach dobro-zło
  • zawsze wydaje mi się, że tylko jedna odpowiedź jest prawidłowa
  • jeżeli ty masz rację, to ja na pewno się mylę
  • często myślę „przeszłość jest już zamknięta, nie warto się nią zajmować”
  • tak bardzo próbuję nie myśleć o przeszłości, a wciąż mnie ona prześladuje
  • często czuję się jak bojownik, któremu udało się przetrwać
  • często mam wrażenie, że po tym, co przetrwałam w  dzieciństwie dam sobie radę z każdą sprawą

dla Mnie…

  • zabawa jest dla mnie trudnym zadaniem
  • kiedy ludzie śmieją się zbyt głośno, zaczynam odczuwać niepokój
  • w znacznej mierze jestem samotnikiem

w mojej rodzinie…

w mojej rodzinie nie należało wyrażać uczuć takich jak: wina, skrucha, wstyd, lęk, radość, ból, miłość, złość, smutek

  • w mojej rodzinie głośny śmiech oznaczał, że sprawy wymykają się spod kontroli
  • w mojej rodzinie, kiedy tylko odprężyłam się zawsze zdarzało się coś złego
  • w mojej rodzinie zabawa zawsze oznaczała picie
  • ktoś w mojej rodzinie nie panował nad sobą
  • w mojej rodzinie miała miejsce przemoc fizyczna
  • w mojej rodzinie chaos wybuchał zupełnie niespodziewanie
  • w mojej rodzinie zawsze ktoś miał kłopoty
  • w mojej rodzinie byłem dla wszystkich powiernikiem
  • w mojej rodzinie być blisko kogoś, oznaczało pomagać mu
  • w mojej rodzinie ojciec/matka odeszli prawie bez słowa
  • członkowie mojej rodziny pojawiali się i znikali bez specjalnego uprzedzenia, a ja musiałem się jakoś dostosowywać
  • w mojej rodzinie byłem pozostawiony sam sobie
  • życie w mojej rodzinie było albo martwą ciszą, albo piekielnym sztormem
  • w mojej rodzinie stale posługiwaliśmy się takimi terminami, jak: zawsze, nigdy, bezwzględnie, całkowicie
  • pamiętam jak mówiono mi „nie denerwuj się”
  • w mojej rodzinie smutek był zabroniony
  • w mojej rodzinie smutek był uważany za przejaw słabości
  • w mojej rodzinie wróg był w domu
  • przetrwanie umożliwiła mi moja niezależność
  • nauczyłem się, że nie mogę na nikim polegać
  • pomimo moich gorących modlitw, nikt w mojej rodzinie nie przyszedł mi z pomocą

 

 

Dalej…

Wszystko zaczęło się bardzo powoli.. już za dzieciaka miałam przeróżne napady histerii ,z płaczu do śmiechu potrafiłam przejść w mgnieniu oka..

z nienawiści do miłości też…potrafiłam leżeć z dołem, a potem przeżywać stany euforii ..wszystko działo się jak na karuzeli… w kółko to samo.. nie byłam jednak świadoma jak interpretować swoje uczucia, jak interpretować dni kiedy wstępowała we mnie złość…kiedy płacz…nienawiść ogarniała każdą część mojego ciała i umysłu.. nienawidziłam całego świata…odreagowywałam na innych, a przede wszystkim na sobie, już wtedy myślę objawiało się moja zmienność nastrojów.Teraz kiedy jestem już troszkę świadoma…wciąż sobie nie radzę ,ale jest o niebo łatwiej.. WIEDZĄC Z CZYM SIĘ WALCZY.

ŻYJĄC w domu pełnym przemocy kilkanaście lat… nie można być zdrowym … jest to niemożliwe!! ale można żyć zdrowo  trzeba wziąć też pod uwagę jedną najważniejszą rzecz !!! DDA, BORDERLINE TO NIE GRYPA !!! nie można wziąć antybiotyku i wyzdrowieć… tu trzeba lat..lat… i ciężkiej pracy każdego dnia…MY LUDZIE Z SYNDROMEM DDA, DDD, BORDERLINE ITP… rodzimy się każdego dnia na NOWO !! u nas walka trwa każdego dnia od nowa.. o lepsze chwile.. i WIERZĘ Z CAŁEGO SERCA.. że wszystko co w życiu straciłam – zostanie mi wynagrodzone !! A WSZYSTKO TO ZALEŻY TYLKO ODE MNIE SAMEJ !!! nikt tego za mnie nie załatwi.
WSZYSTKO MIJA !!!
Nic nie trwa wiecznie…

I WSZYSTKO CO DOBRE LUB ZŁE ZROBIMY- WRÓCI DO NAS!! musimy o tym zawsze pamiętać!!!
Prawo do słabości, do krzyku, płaczu, gorszego dnia ma każdy
Jedyną rzeczą , której musimy się moooocnooo trzymać to świadomość, że to minie.

Bo to zawsze mija!! przytoczę tu piękne słowa anonimowej dla mnie osoby ,która kiedyś wypowiedziała się na którymś z blogów.

„Jest lepiej, z dnia na dzień praca którą wykonujesz z terapeutą owocuje – mniejszym krzykiem, szybszym opanowaniem złości, mniejszymi dołkami. Warto walczyć. To nas wzbogaca a im więcej w sobie mamy tym więcej damy 2giej osobie”

I wierzyłam w to, całym sercem ..wierzyłam ,że dam Arturowi to co najpiękniejsze, to co noszę w sobie pod skórą płaszczem ochronnym…. wierzyłam..w niego,w nas…

Ale usłyszałam ,że jestem fikcją . A to nie prawda,gdybym nią nie była,zapewne nic bym dla niego nie zrobiła i zostawiła go.Mam uczucia,żadne zaburzenia nie pozbawiają uczuć.Jedynie zaburzają okazywanie…i ja tak mocno kochałam….tak bardzo,że w momencie terapii wariowałam… ale nie dlatego,że nic nie czułam..właśnie dlatego ,że bardzo kochałam.Nie ukrywam ,że kocham do dziś.

Czytaj więcej

EXPLODE 8.10.2012

…Leżała w swojej ulubionej białej pościeli, wypranej w ulubionym kokosowym płynie do płukania.

Czuła się pierwszy raz jak dojrzała kobieta. Wiedziała czego chce, chociaż leżała sama i nie miała tak naprawdę po co iść spać i po co wstawać – mimo tego była szczęśliwa. Wąchała poduszkę i myślała nad tym jak bardzo od dziecka kocha zapachy, doskonale pamięta zapach swojej babci, jej maglowanych poszew ,zapach dziadkowego swetra, zapach pierwszych swoich perfum Kenzo Jungle, zapach pomadki Melisy, perfum z drewnianego flakonu u dziadków , zapach strychu. Przypominając sobie te właśnie zapachy pierwszy raz mogła wrócić do tych przyjemnych momentów z dzieciństwa, mogła się zrelaksować i przypomnieć radosne chwile. Mama Ani była kwiaciarką. Uwielbiała przyjeżdżać do mamy do pracy, mogła tam wąchać wszystkie kwiatki i rtworzyć przeróżne kompozycje. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że nic w życiu nie dzieje się przypadkiem.

Rozmyślała właśnie pośród czterech ścian ,których kolory również nie były przypadkiem, słuchała chrapania ojca i starego psa w kojcu i zastanawiała się  ile w życiu musiała przejść ,żeby poczuć to co dzisiaj. Żeby poczuć ,że w końcu staje się człowiekiem pokornym, dojrzałą kobietą ,kochającą swoje ciało, wady i słabości. Do dzisiaj wydawało jej się ,że żyła obładowaną przeszłością i pychą, raniła siebie i nie chciała patrzeć w lustro. Kim była? Zastanawiała się całe swoje życie, chociaż miała dopiero co skończone 24 lata. Ciągłe uczucie pustki również zaakceptowała, uczucie pustki stało się częścią jej co za tym idzie nie było wcale pustką.Nic dziwnego ,że odkąd pamięta zadawała sobie pytanie „Kim Jestem? Co czuję i czego pragnę?? Jestem jakaś inna…!!!

Dlaczego nigdy nie wiedziała jaka jest odpowiedź? Bo była zaburzona i to nie była jej wina.

Tej nocy, 19 lipca 2012 pokochała Siebie , a może inaczej – zaakceptowała siebie czyli przestała ze sobą walczyć, a na pytanie kim jestem odpowiedziała sobie – Jestem dzieckiem Bożym. ZAAKCEPTOWAŁA,  ŻE JEST TYLKO CZŁOWIEKIEM.

Owszem, bała się obudzić jutro, bo bała się ,że ten dzień zniknie, a wraz z nim to uczucie. Tak właśnie bywa w tym obrzydliwym zaburzeniu, bo tak naprawdę nigdy nie wiedziała kim się jutro obudzi, bała się każdego dnia, bała się siebie, bała się planować i wychodzić do ludzi by nie poczuć odrzucenia i inności. Wiedziała ,że to zaburzenie wynika z niespójnego obrazu JA.

Mając niepewne JA bała się wszystkiego. Zrozumiała wtedy całą istotę leczenia i psychoterapii. Poczuła, że jej wartości są bardzo cenne i że jest jak diament, który wykopała brudny w błocie i ma zamiar umyć , a potem oszlifować .Dlatego właśnie złapała za laptopa, włączyła go mimo późnej godziny i zaczęła pisać książkę, tą właśnie książkę ,którą trzymasz w ręku. Ona na pewno nie chce byś znów odłożył albo odłorzyła tę książkę jak setki innych bo prawdopodobnie masz tak jak ona zdiagnozowane borderline, albo DDA i zwyczajnie po przeczytaniu paru stron rzucisz ją w kąt jak inne rzeczy w swoim życiu. Czyż nie tak można opisać to pieprzone borderline?

 

Chodzenie po cienkiej lini…tak sobie to wyobrażam.

 

Zawsze się spada ,albo w lewo, albo w prawo . Najgorsze jest to, że nigdy nie wiesz w którą stronę. Najważniejsze by umieć wrócić na linę i nauczyć się po niej chodzić .Przecież tak było kiedyś, ciągle się coś działo w dzieciństwie Ani. Stąpała ..spadała..wstawała..

Dlatego jeśli rzucisz tą książkę w kąt, odszukaj ją i czytaj dalej. Pomyśl tylko jak ciężko było napisać jej tę książkę ,czasami musiała na siłę ją pisać, ale udało się jej, masz ją w ręku, teraz Ty spróbuj ją przeczytać. Uwierz mi ,że warto.

 

 

 

 

Part 1

Może nie wszystko w życiu Ani było tak jak powinno być, a może tylko mała część w jej życiu była normalna. Ale nigdy nie chciała do tego wracać , wydawało jej się ,że po prostu taka jest, przez to jest inna i ma problemy, a wszyscy którzy ją otaczali byli winni za to i beznadziejni. Żyła stosując spychologię, nie rozumiejąc jeszcze, że trudne dzieciństwo nic już nie wytłumaczy i w niczym nie  pomoże. Czuła, że jedyne co może zrobić to zaszkodzić w życiu dorosłym sobie i innym. Teraz czuła ,że zawsze stała w miejscu, że od 10 roku życia reaguje tak samo w pewnych sytuacjach, że nic się nie zmieniło. Czuła ,że tupanie nóżkami, płacz i autodestrukcja nic jej nie da, że zwrócenie na siebie uwagi już nie działa. Radziła sobie jako tako, póki miała mamę. Wiedziała, że tam zawsze znajdzie schronienie ,może nie było to dobre schronienie kiedy matka leżała pijana i chora na raka, ale była. Najważniejsze ,że była ,a Ania czuła się bezpiecznie mając ją blisko, jaka by nie była. Dla osób z rodzin z problemem alkoholowym najważniejsze jest by być, reszta chyba nie ma znaczenia. Na tym polega miłość bezwarunkowa.

Kolejny to już dzień kiedy znowu nie spała, pamięta ,że zawsze tak miała , bezsenne noce poprawiały jej humor bo tylko w tych nocnych godzinach mogła posegregować myśli.Nic się w nocy przecież nie działo. Uczyła się w nocy do szkoły i planowała dzień.

Myślała: „Jutro pójdę z Asią na spacer, zrobię 100 brzuszków i nie będę się objadać..nie zwymiotuję. Jutro nie będę się biła z rodzicami, nie wyzwę mamy ”

Niestety, jutro było inaczej.

Tym razem było inaczej. Teraz czuła ,że wszystko wraca do normy. Przestała już wszystko przypinać do choroby , zaczęła to normalizować w kategorii „normalności„

Zaczęła rozumieć ,że diagnoza nie oznacza ,że się umiera, że diagnoza się zmienia .Tak samo jak ją nabyłam ,tak samo z czasem mogę się jej pozbyć.

Tym razem obudziła się w takim samym nastawieniu jak przed snem, ostatnio często jej się to zdarza. Zaczęła myśleć ,że zdrowieje i może ma racje, w końcu pracowała na to bardzo ciężko prawie 10 miesięcy co jest kroplą w morzu ,ale jest w dalszym ciągu kroplą . To właśnie 10 miesięcy temu dowiedziała się ,że ma Borderline . Słysząc taką diagnozę czuła jak wszystko co ma teraz wymyka jej się z rąk, że mężczyzna na którym zaczyna jej bardzo zależeć zaraz odejdzie, że szkoła i jej marzenia muszą zaczekać. . . . Siedziała na krześle naprzeciwko swojej psycholog w święto zmarłych wsłuchując się przesadnie w poważnie brzmiące pytanie :

 

-Czy jest Pani gotowa zacząć leczenie ?? – zapytała Masłosia.

Ania spojrzała na nią otępiałym wzrokiem wiedząc ,że ma wiele do stracenia ,ale też czuła, że nic nie jest cenniejsze od niej samej i jej zdrowia, czuła, że musi powiedzieć tak, tyle ,że się jeszcze bała…bo czuła, że odwrotu nie będzie.

-Może inaczej-dodała Masłosia- Czy jest Pani gotowa do tego wracać, zerwać strup i rozdrapać ranę, oczyścić ,a potem pozwolić się jej zagoić ??

– Tak. Jestem gotowa – Odpowiedziałam.

 

I tak się zaczęło moje leczenie zmiksowanej osobowości BPD z syndromem DDA .

 

 

Part 2

 

Wyszłam wtedy z godzinnej sesji. Czekałam w samochodzie na mojego chłopaka Artura. Nie miałam siły sama jechać na cmentarz do swojej mamy, czułam jak drżę niczym ściany domu przy torach kolejowych. Nie umiałam nic powiedzieć, płakałam i paliłam papierosa. Wtedy jeszcze wierzyłam, że mój chłopak był odpowiedzialny i zależało mu na mnie, dlatego czekałam ,aż mu wszystko opowiem, wtedy jeszcze nie wiedziałam ,że mam borderline, że czeka mnie taka diagnoza, po prostu zdecydowałam się otworzyć dzieciństwo i przepracować emocje i swoje schematy zachowań, które na pewno go raniły, czułam też,     że muszę coś z tym zrobić, żeby go nie stracić i żeby żyło nam się lepiej. Niestety nie miałam przy sobie odpowiedniej osoby natomiast wtedy w to wierzyłam całym sercem.

Mijały tygodnie ciężkiej pracy nad sobą. Otwieranie tego syfu z przeszłości powodowało silną regresję

tj. jeden z mechanizmów obronnych osobowości pojawiający się pod wpływem irytacj lub silnego stresu, polegający na powrocie do wcześniejszych, mniej dojrzałych form zachowania się jednostki.


Mój stan z dnia na dzień się pogarszał , działy się ze mną bardzo dziwne rzeczy. Między innymi popadałam w bardzo głęboką depresję z objawami psychotycznymi, które były wynikiem silnego przeżywania lęku, przygnębienia i poczucia winy. Czułam tylko jedno – ból psychiczny, który za wszelką cenę chciałam w sobie zabić. Artur nie wierzył w to ,że mogę się wyleczyć i nie chciał w tym uczestniczyć, przerażałam go. Dzień po dniu czułam jak oddala się ode mnie i że nie mogę na niego liczyć kiedy tego najbardziej potrzebowałam. Prosiłam, żeby poszedł do lekarza i mnie wspierał, ale on nie chciał. Wtedy też pojawił się u mnie lęk przed odrzuceniem i tym, że go stracę ,obwiniałam się, że poszłam się leczyć, że go ranię. Nie rozumiałam, że taka jest właśnie kolej rzeczy w terapii. Wytrzymałam bez leków w terapii tak długo jak tylko mogłam.

Do pewnego momentu.

Pojechałam w góry na Święta Bożego Narodzenia . Wyruszyłam w głębokiej depresji na Kasprowy i tam poczułam, że mój stan jest tak poważny, że nawet nie odczuwałam piękna tego miejsca. Biegłam płacząc przed siebie nie czując nic. W głębi serca błagałam: „Proszę Cię Boże..pozwól mi poczuć to piękno, co ze mną jest do cholery, dlaczego ja nic nie czuję, dlaczego ja się nie boję nawet tej przepaści, dlaczego myślę by tam skoczyć. Boże..błagam”

Tęskniłam za Arturem i życzyłam nam ,żebyśmy to przetrwali, miało być lepiej. Stałam wtedy gdzieś pomiędzy nim a sobą, potrzebowałam go zawsze, czułam, że może to tylko zbliżyć mnie do niego, a nie oddalić. Dzwoniłam do niego prosząc o wsparcie , o głupie „nie martw się, jestem przy Tobie ”

Było zupełnie inaczej. Ale o tym dowiesz się w dalszej części książki.

Wróciłam z gór i prędko pobiegłam do lekarza Psychiatrii .Obecnie mojej „mamy”,która jest moją najlepszą przyjaciółką ,wróżką i źródłem miłości. Istota dla mnie Boska i mój Anioł Stróż .W procesie terapeutycznym z pacjentem, kładzie nacisk na poszukiwanie miłości, sprawiedliwości i prawdy. Chcę by każdy wiedział ,że dobry psycholog i dobry lekarz razem ,dają nam nowe życie i instrukcje jak to życie odzyskać i cieszyć się nim ,jak pokochać Siebie samą . Jedyną rzeczą jaką wtedy musiałam zrobić – zaufać jej i Masłosi.

Masłosia to moja Pani psycholog ,której mottem zawodowym jest: nie szkodzić, upraszczać to, co trudne i uwalniać potencjały. Miałam z nią do czynienia parę lat temu, ale wtedy tylko spojrzałam jej w oczy i czułam , że jestem gotowa na terapie. Z jej wielkich kocich oczu bił taki potencjał ,że strach było go wtedy uwalniać przeciwko sobie . Wybrałam właśnie ją i to przypadkiem, po pierwsze dlatego ,że na imię ma jak ja ,po drugie ma taki sam kolor oczu . Wtedy kierowałam się tylko tym, po paru sesjach nawiązała się więź, czułam ,że chcę i potrafi pomóc mi siebie wyszlifować .

Masłosia  pracuje i przyjaźni się wraz z moją Panią Dr. I to właśnie obydwie te dwie kobiety sprawiły ,że urodziłam się na nowo. Pani Dr pracowała nad moją duchowością i budowała we mnie wrażliwość, miłość i wiarę, a Masłosia uczyła twardo stąpać po Ziemi . Ten Duet uzupełniał się w każdym calu i idealnie mi podpasował.

Czułam jak opadam na dno, jak sypię się wszystko kim byłam i co wybudowałam dotychczas. Było mi tak bardzo ciężko podczas gdy traciłam swoją tożsamość, że nie umiałam nawet już funkcjonować w pracy. Moja osobowość uległa jakby dysocjacji. To był bardzo ciężki okres w moim życiu. Wyobraź sobie tylko, że od 8 roku życia przeżywasz piekło i nie chcesz do tego wracać. Zamykasz to, ale tak naprawdę to w tobie żyje i kieruje Twoją osobowością, pociąga za każdy sznureczek w różnych sytuacjach. Chcesz je odciąć, ale nawet nie jesteś w stanie zobaczyć gdzie są te sznureczki!!  musisz wtedy znaleźć źródło, które pociąga za nie. Odkrywanie tego źródła to najbardziej męczące przeżycie. Mówi się przecież , że gówna nie tyka, nie rozgrzebuje bo śmierdzi ,albo że w gównie się nie rzeźbi. I To chyba w tym przypadku najbardziej trafne powiedzenie. Ja już wiedziałam 1 listopada ,że właśnie o to chodziło Masłosi . Tak naprawdę mogłaby mnie zapytać : „Czy jest gotowa Pani pogrzebać w gównie ,porzeźbić i je potem posprzątać???”

Kto by chciał?? Tak więc tu nasuwa się pytanie . Czy to właśnie nie dlatego tak mało osób się leczy ?? bo boi się rozgrzebać to zaschnięte gówno ?? Tak chyba niestety jest.

Zaczęłam wtedy pisać bloga, którego chętnie tu przedstawię zanim dokończę moją niekończącą się historię.

 

Czytaj więcej

OSTATNI LIST

„Chciałeś wiedzieć prawdę o mnie. Najgorsze rzeczy o mnie, o których nigdy nikomu nie mówiłam.

Jak je wytłumacze?

Jak wytłumaczę to kim jestem jeśli sama nie wiem?

Jak mam zebrać w słowa najgorsze rzeczy o mnie, przed którymi wciąż uciekam?
Zdradzę Ci moje tajemnice, powiem Ci wszystko. Może to mi pomoże. Może mnie znienawidzisz za to, może zrozumiesz. Nie wiem. Mam już jednak dość uciekania.

A więc oto prawda. Sam tego chciałeś.

Nienawidzę Cię. To nie prawda ale czasem myślę, że jednak tak.

Nie odpowiadam na Twoje telefony, nawet jeśli chcę z Tobą rozmawiać.

Nie zadzwonię do Ciebie, nawet jeśli każda moja część tego chce. Będę na Ciebie zła, będę chciała Cię skrzywdzić, odepchnę Cię od siebie, ponieważ boję się dać Ci się zbliżyć. Potrzebuje Twojej uwagi, Twoich zapewnień, lecz powitam je chłodną obojętnością. Jestem zazdrosna o uwagę jaką poświęcasz innym, o Twoje pochlebstwa pod adresem innych. I jestem wściekła na Ciebie za najmniejsze ignorowanie mnie. Jednego dnia czuję się bardzo blisko Ciebie, kocham Cię, oddałabym za Ciebie życie, innego dnia czuje, że Cię nienawidzę i chcę Cię wyrzucić z mojego życia, na zawsze.
Czasami będę szukać pretekstu aby od Ciebie uciec. Może nawet Cię sprowokuje, abyś mi go dał.
A gdy pretekst już się znajdzie i skreśle Cię z mojego życia (a zrobię to nie zważając na nic; to ile lat byliśmy razem i jak bardzo mnie kochasz nie będzie mieć znaczenia) – będę później tego czasami żałować. Ale nie zmienie decyzji, nie wyciągne do Ciebie ręki: moja duma nie pozwoli mi zawrócić. Pójdę dalej, przed siebie.

Mam coś w rodzaju amnezji, może zawsze miałam, nie pamiętam. Biorę każde wydarzenie, każdy dzień, każdą konwersacje jako osobne wydarzenie, zawsze szukając znaków tego, iż chcesz mnie zranić. Kiedy czuje się lekceważona – wściekam się i zapominam o tym następnego dnia zanim mi powiesz jak bardzo Ci zależało, jak bardzo Cię to zabolało. Jest mi wtedy przykro. Ale szybko o tej sytuacji zapominam, histora się powtarza. Ranię… ranię i wykańczam, Ciebie, innych; wszystkich, którzy są blisko i na których mi zależy.
Jestem sprzeczna. Jest we mnie część, która jest szczęśliwa, pewna siebie, niezależna i rozważna. I druga część, która jest niepewna, zagubiona, w potrzebie. Nigdy nie wiem którą częścią będę następnego dnia, ani nawet za godzinę. Za każdym razem, gdy myślę, że siebie kontroluje, gdy wiem iż zależy Ci i czuję się dobrze co do naszej znajomości, strach, zwątpienie i chęć ucieczki może wrócić. Może z czasem całkiem minie, ale wątpie. Raczej zabierze jeszcze jedną bliską relację, jeszcze jednego przyjaciela, jeszcze jeden dzień. A potem… znowu wróci. Zawsze wraca.

Nie lubię tego. Nie lubię tego, że bywam potrzebująca i lgnącą. Nieznosze moich słabości, nikomu o nich zwykle nie mówię i sama staram się o nich nie myśleć. Wciąż od nich uciekam.
Nie lubię też tego, że ranię ludzi. Nie chcę ranić. Chcę innym pomagać, mimo że często ich niszczę.
Oni wyciągają do mnie przyjazną rękę, ja w niej widzę narzędzie ataku i bronię się. Atakiem.
Chcę mieć emocje kiedy są one na miejscu, emocje adekwatne do danej sytuacji. Lecz nie mam.
Częściej chcę nie mieć emocji, lecz potrafi mnie bardzo zasmucić tak błaha rzecz jak Twoje jedno krzywe spojrzenie na mnie, wywołać taką lawinę myśli, iż 30 sekund później z powodu wewnętrznego bólu będę myśleć jak się zabić, jak zakończyć te życie, bo nie mam już sił. Jak długo można tak żyć?

Chcę być blisko Ciebie, mimo że odpycham Cię od siebie.

kocham Cię ,ale NIKT MI NIE WIERZY.KOCHAM CIĘ NAD ŻYCIE…chciałam przy Tobie nauczyć się kochać Ciebie inaczej…ale ty nie dałeś mi miłości…więc jak miałam się jej nauczyć ????????????????????

NIKT JUŻ MI W NIC NIE WIERZY…

Chcę żyć, a mimo to…”

 

Mała

 

Czytaj więcej

Sama czy samotna

Zostałam sama…

To jest TEN moment w którym zaczynam wszystko od początku.

Straciłam przyjaciela, który był dla mnie jedną z najważniejszych osób, na pewno jest nadal, ale czasami stajemy na rozwidleniu dróg i musimy wybrać mniejsze cierpienie. Nie zawsze przecież jest dobrze, ale to Bóg nam zsyła różne przeszkody nie bez powodu.Prędzej czy później poprzez doświadczenie stajemy się innymi ludźmi ,a wykorzystując dar Boży – mądrość..stajemy się lepszymi ludźmi. Dziś wiem,że człowiek może wszystko, a rozwój zaczyna się często w najtrudniejszych momentach naszego życia.

Zaczynam od nowa…sama…pozostawiona sama sobie . Jedyne co mi pozostało to długi, problemy i mój pies.. i najważniejsze – miłość Boża..która daje mi siłę by przetrwać kiedy jest źle i pozwala cieszyć każdą chwilą.. Jeśli ktoś był naszym przyjacielem lub na prawdę nas kochał – nie tracimy go nigdy.. zaczynam się zastanawiać czy miłość płynąca od drugiego człowieka nie powinna być podobna do Bożej miłości , a serce do Jezusowego serca. Czy są ludzie na Ziemi ,którzy są w stanie pokochać drugiego człowieka takim właśnie sercem, nie oceniając , wspierając w trudnych chwilach ,wybaczając… jak również będąc przy kimś w chwilach radosnych..na dobre i na złe..na wzór Boży.

Nie spotkałam takiej miłości jeszcze…czuje się samotna wśród ludzi.. samotna w tłumie..

Nie odnajdując prawie w nikim szczerego serca..

Czytaj więcej

OBUDZIĆ SERCE Paweł Kosiński

Chciałabym wam polecić z całego SERCA książkę pt „Obudzić serce” Pawła Kosińskiego

Powiedzmy ,że książka ta ukazała się chyba specjalnie dla osób rozwijających swoją duchowość, dla wszystkich o zranionym sercu .

Opis „Obudzić serce„:Są to rekolekcje o charakterze warsztatowym wg duchowości św. Ignacego. Stanowią one interesujący program pogłębiania życia duchowego przez refleksję i poznanie siebie, a w zestawieniu z medytacją nad odpowiednimi fragmentami Pisma Świętego prowadzą do uwolnienia i przemiany serca na wzór Jezusowego.

Opis ściągnięty ze strony poczytaj.pl06

Czytaj więcej

niezwykła niedziela

Obudziłam się dziś jak zwykle o 6.00 rano 🙂  bez pomocy budzika :) no tak ,kto by pomyślał ,że ja w niedziele nie obudzę się jak zwykle przepita po wczorajszej imprezie z ludźmi  z którymi nic nie robiłam i rozmawiałam o niczym. Z ludźmi ,z którymi spędzałam każdy weekend i zawsze przy alkoholu. Z ludźmi ,którzy byli przy mnie tylko w ramach rozrywki , lecz gdy pojawiały się problemy nie było ich nigdy. To min przez nich zaczęłam żyć jak Oni. Zaburzona osobowość często pcha się tam gdzie są ludzie by nie czuć się samotnie ,by nie czuć się inaczej.. często zaczyna żyć jak inni ,by być jak inni, choć w głębi serca czuje ,że i tak tam nie pasuje, że jest inna, że więcej czuje .

Czułam jak bardzo nie chcę być jak oni ,ale byłam, by nie być sama. Byli jedyną odskocznią od tego co działo się w moim domu. Kiedy stanęłam u progu dorosłości , moje zaburzone reakcje zamiast mnie chronić ,raniły mnie..stawałam się coraz bardziej niezależna i samodzielna, a spędzanie czasu z nimi w ten destrukcyjny sposób zaczynało mnie spychać w dół !!! Ciężko mi było ich odsunąć , bo bałam się odrzucenia. Trudno mi było powiedzieć – dziś nie piję ,wolę posiedzieć w domu, wiedziałam ,że będę odrzucona lub usłyszę ” nie zamulaj” bałam się ,że zostanę sama !! ale udało się ..udało się bo moja Pani Dr zapytała mnie czy chcę żyć czy zginąć?? to było pytanie ,które chyba trafiło mocno w moje serce. Ona zna mnie bardzo dobrze, na wylot. Wiedziała ,że tego pragnę ,ale też wciąga mnie to przez obawę bycia inną ,bycia samą i spokojną. To oni i one nauczyli mnie ,że zawsze coś musi się dziać .Teraz mam to w dupie !!

I niech się ze mnie śmieją !! niech mówią o mnie co chcą , niech komentują ,że się wkręciłam w kościół ,niech się obrażają, że się odcięłam. Mam wyrzuty sumienia, oczywiście ,że mam ,chcę do nich czasami wrócić – napić się piwa, napalić papierosów i zeżreć jakąś pizzę !! świetnie !! obudzić się na drugi dzień i żałować !! To wciąga !!! to jak narkotyk, ten tryb , te przyzwyczajenie wypełnienia nudy, pustki… właśnie z tym walczę , ale gdyby nie kościół ciężko byłoby mi zostać samej ze sobą w te weekendowe dni. Usunęłam znajomych z FB ,który cholernie źle wpływa na psychikę i staram się jak najmniej kontaktować z ludźmi ,którzy źle na mnie wpływają !! i nie dlatego, że tak trzeba, dlatego ,że czas najwyższy przestać się bać żyć samej i być odpowiedzialną za samą siebie, potrzebować ludzi dobrych ,ciepłych. Wczoraj bardzo źle się czułam. Ponieważ walczę teraz z zapaleniem płuc tak więc mój organizm potrzebuje mnóstwo wypoczynku.

Dzień zaczęłam jak zwykle od jajek na miękko ,które gotuję zawsze około 5min, obieram,

a następnie w żółtko dodaje szczyptę soli i tarty parmezan,do tego tosty i kawa z mlekiem. To już chyba taki nawyk ,że na śniadanie potrzebuje jajek, ponieważ te mają dużo białka więc długo nie odczuwam głodu.

Spożywając „swoje tradycyjne śniadanie”  oglądałam stary ,dobry serial „w labiryncie” uwielbiam go ponieważ jest to bardzo mądry serial. Był akurat odcinek o tym ,jak matka córce tłumaczyła ,że w ich domu brakuje Boga ,stąd wiele problemów, wiele konfliktów i rozerwanych więzi. Przypomniało mi się ostatnie kazanie w kościele ,kiedy to ksiądz tłumaczył istotę NIEDZIELI. Czym ona jest tak na prawdę i jak powinno się ją przeżywać.

W Niedziele powinno się odpoczywać i spędzać czas z rodziną ,nie należy siedzieć przed komputerem czy biegać po galerii handlowej. Należałoby zjeść wspólnie posiłek przy jednym stole  i  z rodziną w komplecie udać się do kościoła, być blisko i dużo rozmawiać.

Często kazanie w kościele daje wiele refleksji i uczy, kościół nie jest niczym złym i nigdy nie zrozumiem dlaczego ludzie tak ubliżają tej instytucji, ma ona wady jak każda inna,ale jako jedyna – na pewno nie szkodzi.Można tak na prawdę usłyszeć wiele wartościowych i mądrych słów wpływających na jakość naszego życia.

Taka niedziela praktykowana w domach regularnie , powinna wiele wnieść do domów i relacji rodzinnych.Często w tygodniu nie mamy czasu i możliwości by spędzać czas wspólnie z rodziną ,czy chociażby wspomnieć o Bogu. Niedziela jest świętem, jest dniem wyjątkowym,pozwalającym na spokojny odpoczynek w atmosferze miłości. Niech każdy z nas pielęgnuje tradycję niedzieli , by ona nigdy nie stała się dniem powszednim.Zadbajcie sami o miłą atmosferę , przygotujcie pyszny posiłek, upieczcie domowe ciasto, radujcie się sobą nawzajem. Nie pozwólcie by każde z was , na kacu spędzało niedziele w oddzielnych pokojach, nie pozwólcie na zakupy ,nie pozwólcie na rozpustę i konflikty .

Włączyłam program TV i obejrzałam msze świętą z Krakowa. Jestem chora więc nie wiem czy będę mogła iść do kościoła, nie jest to grzechem jeśli moje płuca męczą się po przejściu paru metrów na dworze. Ale  nie zapomnę dzisiaj o przeżywaniu tej niedzieli w spokoju i ciszy. Chociaż mieszkam sama i jestem sama, mam nadzieje,że odwiedzi mnie dzisiaj tata. Chciałabym zjeść wspólnie z nim obiad i poczytać książkę.

Życzę miłej niedzieli ;) spędźcie ją ze swoimi bliskimi…radujcie się tym spokojnym i wyjątkowym dniem, a jeśli w waszych domach tego brakuję ,postarajcie się to odbudować.

Czytaj więcej