Sławomir Iwasiów - "Kakofonia"
Nie ma mono, zbiór dziewięciu opowiadań toruńskiej pisarki i wokalistki Miłki O. Malzahn otwiera krótka impresja zatytułowana Półprzezroczysty. Narratorka uczestnicząca w ceremonii pogrzebowej widzi ducha mężczyzny, który wyłania się z zamkniętej trumny. Spośród zgromadzonych żałobników tylko ona dostrzega jego obecność, a on nie zwraca uwagi na nikogo innego oprócz niej. Tę bardzo poetycką figurę można odczytać nie tylko w kategoriach zderzenia porządku materialnego z transcendentalnym, ale także jako umiejętność dostrzegania rzeczy, których nie widzą inni. W ten sposób Malzahn subtelnie sugeruje, że zamierza opowiadać o pogranicznych, „półprzezroczystych" sferach życia i tym samym tworzy interesującą perspektywę poznawczą. Poza tym zdobywa zainteresowanie czytelnika/czytelniczki, zapowiadając odsłonięcie tajemnicy ukrytej pod płaszczem wieloznacznej przestrzeni między światem realnym a światem literatury. W tę strategię autorka wpisuje również konstrukcję tytułu - jedność zostaje zanegowana na rzecz wielości.
Tytułowi bohaterowie drugiego opowiadania z omawianego tomu, Klara i Migdał, trwają w związku na granicy rozpadu. Przeważnie obserwujemy ich w sytuacjach, gdy wracają z imprezy - są zmęczeni, chyba lekko znudzeni i rozdrażnieni. Ich ulubionym zajęciem jest dokuczanie sobie nawzajem. Co wieczór zalegają na kanapie, przepychając się i kłócąc o wygodniejsze miejsce do siedzenia. Przestrzeń ich mieszkania - wspomniana kanapa, a także łóżko i kuchnia - jest metaforą bariery między ludźmi (Slavoj Žižek szuka źródeł podobnych zachowań w panicznym strachu przed naruszaniem przestrzeni prywatnej). Pomimo że Klara i Migdał chcą być razem, paradoksalnie pragną także być osobno. Traktują siebie trochę jak przedmioty (Klara nie patrzy na Migdała, ale „ogląda" go) przestawiane z kąta w kąt. Pozornie wszystko jest w porządku, ale jedno ma bez przerwy pretensje do drugiego o najdrobniejsze szczegóły: a to razi plama na suficie, której on od dawna nie zamalował, a to znowu jej nie chce się zrobić herbaty, gdy on o to prosi. Interesuje ich wszystko dookoła, tylko nie oni sami. Taki obraz relacji dwojga ludzi być może trafnie oddaje rutynę i nudę codzienności, ale z drugiej strony pokazuje partnerów jako osoby bezsilne, które nie potrafią rozwikłać problemów w związku, lecz jedynie trwają w nim bezwładnie na zasadzie nieuświadomionego przymusu. Osoba czytająca ma czasami wrażenie, że to farsa, którą należy szybko zakończyć. Bohaterowie pozostają jednak pasywni, sięgając czasami granicy sztuczności. Klara, żeby pobudzić uczucia Migdała, stosuje chwyt rodem z podrzędnego filmu obyczajowego - idzie na randkę do kina z innym mężczyzną (właśnie na taki podrzędny film) i... niewiele przez to zmienia, bo Migdał wciąż okazuje obojętność. Nie wspominając już o tym, że zdradzą ją z inną kobietą. Klara i Migdał są beznadziejni jak pies Pluto leżący na kanapie. Ich egzystencja przypomina marny film - podobny do tego, na który Klara idzie do kina z Jarosławem - nic się w niej nie dzieje. Życie toczy się obok nich, za nich, a oni trwają w letargu nieudanego związku. W końcu plamę na suficie zamaluje Jarosław, a Migdał dalej będzie zdradzał Klarę w najlepsze. Komentarz podsumowujący tę katastrofę uczuciową jest następujący: „Żyją jak dawniej". I nie pomoże fakt, że pod koniec opowiadania pojawi się opiekuńcza ręka narratora, która pogładzi bohaterów w boskim geście pocieszenia. Autorka wydaje się mówić: tak po prostu musi być, wszystko jest zapisane u góry. Na tym polega życie, żeby spać na kanapie, gdy facet śmierdzi papierosami. Pomimo wątłości przesłania ten tekst ma najlepszą konstrukcję narracyjną - dość prostą, z ciekawymi dialogami przywodzącymi na myśl gorzką komedię teatralną (Malzahn pisze również dramaty), gdy bohaterowie z ukrywanym gniewem przerzucają między sobą piłeczkę złośliwości. W pozostałych historiach świat Nie ma mono zaczyna brzmieć jak wirtualne stereo w kinie - w hałasie giną znaczenia.
Wraz z kolejnymi opowiadaniami Malzahn zagęszcza narrację. Wzbogaca strukturę tekstów przez szereg zabiegów: nie respektuje chronologicznego przebiegu zdarzeń, wykorzystuje bogaty, poetycki język, komplikuje wątki i postaci, które czasem występują w głównych rolach, a czasem jako osoby z tła. Wszyscy bohaterowie mają wspólny mianownik egzystencjalny - są niekonkretni, bujają w obłokach wzorem J.W., którego poznajemy w Papudze. Z kolei Fado dla J.W. to wykładnia charakterystycznych cech portugalskiej pieśni i jednocześnie portret psychologiczny bohatera. J.W. włóczy się bez celu, rozbudza w sobie melancholijny nastrój, tęskniąc za niespełnionymi marzeniami. Bohater dużo myśli, niewiele robi, a jeśli już podejmuje jakieś decyzje, to bez wyraźnej przyczyny. W jego roztargnieniu ukryte zostało pytanie o kondycję współczesnej literatury i pozycję pisarza we współczesności: czy można pisać bez powodu, skoro życie traci powoli znaczenie?
Dalej poznajemy bardzo sympatyczną sprzątaczkę (tytułową bohaterkę Ciotki W.O.), która opowiada o wydarzeniach z przeszłości. W tej opowieści narracja rozpada się na mikrohistorie: narratorka opowiada innej kobiecie, co usłyszała od ciotki W.O. Ową „inną kobietą" jest prawdopodobnie alter ego narratorki - nieustający głos wewnętrznej przyjaciółki, „ja", z którym trzeba wciąż dyskutować, duch, którego nikt inny nie dostrzega. Te „autobiograficzne" reminiscencje ciotki W.O. są elementami większej układanki. Kiedy złoży się ją w całość, okazuje się, że jednostkowe egzystencje są równoległe, równoznaczne, podporządkowane wyższemu celowi. Ten cel jest trudny do zdefiniowania, nieobecny i nieosiągalny, tak jak niemożliwa bywa odpowiedź na pytanie: „po co piszę?". W owej autotematycznej niepewności widzę główny wątek Nie ma mono - pisanie o pisaniu zawsze się sprawdza, ponieważ jest wyrazem samoświadomości pisarskiej. Ale to niewystarczająca zaleta, aby zaliczyć omawianą książkę do nowatorskich.
Na zakończenie należy zapytać, czy te zwielokrotnione, literackie obrazy rzeczywistości przypadkiem jej nie fałszują? Czy nie wyczerpała się, w pewnych sytuacjach, postmodernistyczna formuła literatury, która nie musi zwracać uwagi na mocne znaczenia, a może jedynie zajmować się sama sobą? Czy w takich rozczłonkowanych, poszatkowanych formach nie ginie przypadkiem ideowa część tekstu? Czy nie zostawiamy za sobą zbyt wielu otwartych pytań? Muszę przyznać, że obiecująca polifoniczność zbioru nie zawsze się sprawdza, szczególnie w momentach, gdy brak zdecydowanego, jednoznacznego głosu odautorskiego. Malzahn zbyt często jest bezosobowym narratorem (nawet nie narratorką), który bez oporu zgadza się na dominację chaosu. Nie ma mono to w konsekwencji wielowątkowy opis rzeczywistości, skonstruowany przy pomocy ponowoczesnych sposobów opowiadania, który jednak prowadzi do zaskakująco konserwatywnych i mało odkrywczych wniosków. Darek Foks na łamach „Machiny" napisał o tej książce, że jest „raczej powieścią, chociaż wygląda jak zbiór opowiadań". Powiem inaczej: Nie ma mono jest raczej zbiorem dobrych opowiadań noszących w sobie zalążki powieści. Zalążki, które zostały świadomie (ale twierdzę, że niepotrzebnie) rozproszone w narracyjnym bałaganie.
(Miłka O. Malzahn
Nie ma mono. Opowiadania są
Katowice: FA-art, 2007. - s. 181)

