Sławomir Iwasiów "Ostatni dzień"

Olek! – kapral w mundurze z podwiniętymi rękawami gwizdnął na kolegę, który rozmawiał ze szczupłą brunetką przed bramą jednostki. Dookoła uwijali się żołnierze. Nosili drewniane i metalowe skrzynie i ładowali je na ciężarówki. Kilku szeregowców zakładało brezentową budę na pakę stara. Mechanik zmieniał koło w transporterze. Klął przy tym, bo robota wyraźnie mu nie szła. Gorąco, więc niektórzy pościągali koszule. Wszyscy palili papierosy i krzyczeli do siebie. Najgłośniej gardłował kurduplowaty sierżant.

Co jest, kurwa? Naprędce mi tu, biegiem! darł się bez przerwy, wymachując rękami.

Kapral pomyślał, że w tym zamieszaniu Olek pewnie go nie usłyszał. Zagwizdał powtórnie. Zniecierpliwiony przyłożył dłoń do czoła, osłaniając oczy przed słońcem. Olek wciąż coś tam mówił do dziewczyny, przytulał ją, gładził po włosach. Po chwili odwrócił się na pięcie i z rękami w kieszeniach przeszedł przez plac. Kiedy spojrzał za siebie, ona jeszcze stała przy szlabanie. Machała.

Czego chcesz...? – w głosie Olka dominowała nuta przygnębienia. – Musiałem pogadać z Maryśką.

Dobra, nie moja sprawa, ale jesteś potrzebny na górze.

Nie mogę, bo...

Nie stanowi. O dziesiątej jedziemy, więc weź dupę w garść i leć do oficera dyżurnego po dyspozycje.

Olek kiwnął tylko głową i poszedł na drugą stronę koszar. Do „czwórki” wszedł przez wąskie drzwi ze zbrojoną szybą. Mieszkał tu przez ostatnie dwa lata. Wcześniej trzy lata w „szóstce”. W sumie kawał czasu. Od rana myślał tylko o wyjeździe. Męczyła go wizja pożegnania z Marysią. Zawsze, gdy mówił jej „do zobaczenia”, w przełyku stawała mu wielka kula. Nie lubił tego. „Co tam – pomyślał wieczorem będę w Przemyślu. Brat na pewno szykuje powitanie”.

Na dole zameldował się u oficera dyżurnego, który polecił migiem sprawdzić wszystkie pomieszczenia. Po co? Od dawna wiedział, że jak rozkaz był, to lepiej nie zadawać głupich pytań. Zwijamy jednostkę i koniec. Trzeba zobaczyć czy nic nie zostało. Zdajemy budynki i wracamy. Dokąd? Do domu albo gdzie indziej.

Zaczął od parteru. Szedł długim, wąskim korytarzem po lśniącej posadzce. Co on się naszorował, jak był sierściuchem...! Teraz już nieważne. Popatrzył po ścianach. Miejscami olejna farba odłaziła z lamperii. Co chwilę przystawał, zaglądając przez otwarte drzwi. W pomieszczeniach było pusto. Rzeczy osobiste spakowali po śniadaniu. Potem rozmontowali koje i metalowe szafki. Zdjęli nawet oświetlenie z sufitu. Z puszek zwisały gołe przewody elektryczne. Zajrzał do magazynu – też pusto. Zniknęły regały z mundurami, butami, pościelą. Wszystko poszło do ciężarówek. Cały ten szmelc pojedzie do innej jednostki. W kiblu sterczały równym rzędem pisuary. „Tylko to po nas zostanie” – rozbawiła go ta wizja. Poszedł na górę po wyszczerbionych opinaczami stopniach.

Na pierwszym i drugim piętrze zrobił szybko obchód. Wszystko wzięli. Zresztą o czym mieliby zapomnieć? Niewiele było do zabrania i tyle. Zastanawiał się, co tu będzie, kiedy już wyjadą. Może zrobią jakiś szpital albo szkołę? Czuł żal. W końcu tyle lat... Zostawiał Marysię, ale przecież nie na zawsze. Mogłaby przyjechać do niego, czemu nie? Pewnie polubiłaby Przemyśl. „Dobra, nie ma co tyle myśleć, od myślenia można osiwieć” – na zegarku dochodziła dziesiąta, więc przyspieszył kroku.

Zerknął jeszcze na strych, po czym zbiegł do piwnicy. Zamknięta na kłódkę. W porządku, wszędzie czysto. Po skończonej robocie zameldował dyżurnemu, że koszary sprawdzone. Podpisał protokół zdania jednostki. Oficer otarł chusteczką spocone czoło, pomruczał pod nosem i dał komendę spocznij.

Kapral Aleksander Dobrzaniecki maszerował korytarzem. Śmierdziało lizolem i pastą do podłogi. Wiedział, że już tu nie wróci. Pozostawiał za sobą pięć lat służby w tym dziwnym mieście bez rodowodu. Gdzieś w środku brzucha poczuł uścisk smutku i wolności. Jego kroki odbijały się echem od wysokiego sklepienia i brzmiały jeszcze, kiedy pchnął przeszklone drzwi, wychodząc przed budynek numer cztery.

 

*

 

 

W czwartek rano pojechałem na uczelnię oddać oprawioną pracę, indeks, obiegówkę i coś tam jeszcze. Najlepsze w tym zestawie były zdjęcia do dyplomu - choćby mistrz fotografii mnie pstrykał, to przeważnie wychodzę nie tak jak należy. Albo za smutno, albo za wesoło. Przed wejściem do dziekanatu odstałem swoje w kolejce. Z nudów jeszcze raz zerknąłem na te fotki. Skrzywiona twarz z podkrążonymi oczami. Razy cztery. W sam raz na dyplom magistra filologii. Kiedy przyszła moja kolej, wlazłem do środka. Przemiła pani powitała mnie promiennym uśmiechem. „Jakaś nowa...?" - pomyślałem. Pani sprawdziła dokumenty, pieczątki, obejrzała fotografie. Powiedziała, że są za duże, więc trzeba będzie ciąć. Ciekawe, co mi utnie - kawałek marynarki czy czuprynę? Wzięła nożyczki do ręki i w skupieniu wysunęła czubek języka. Wyglądała jak uczennica na zajęciach praktyczno-technicznych. Ciach, ciach i po sprawie.

Kiedy załatwiłem dziekanat, poszedłem przed budynek instytutu. Zrobiłem rundę wokół placu. W trakcie sesji na dziedzińcu dominują biało-czarne stroje. Dziewczyny bardziej na biało, chłopaki raczej na czarno. Siedzą na ławkach, trawnikach, pniach tych drzew, co zostały ścięte wiosną. Szkoda, bo ładne były. Topole. Ci, co już mieli egzamin, rozmawiają na luzie. Reszta przerzuca nerwowo notatki. Ciepło. Papierosowy dym wymieszany z zapachem wczesnego lata. Wypatrzyłem Karola. Siedział na ławeczce w cieniu i palił. Czytał.

Cześć – przywitałem kolegę serdecznym uściskiem dłoni – Co słychać?

W porządku. Zaraz mam obronę. A kiedy ty...? zapytał.

Dopiero za dwa tygodnie – powiedziałem.

A...! Chcesz? – Karol podał mi otwartą paczkę papierosów.

Dawaj – wziąłem jednego i zacząłem szukać zapalniczki po kieszeniach.

Wiesz co, jak tak patrzę na te czerwone mury, to przypomina mi się historia o moim wujku, Aleksandrze... – Karol zawiesił głos. Szturchnąłem go w ramię.

Co z nim...? – spytałem.

Był żołnierzem. Stacjonował w latach osiemdziesiątych, kiedy na tym terenie była jednostka wojskowa – Karol omiótł wzrokiem plac. Przyjechał z Przemyśla, pełnił służbę przez kilka lat. Poznał miejscową dziewczynę. Miała na imię Maria. Gdy likwidowali jednostkę, wujek chciał ją zabrać, ale ona studiowała tutaj na Politechnice. Mój stary opowiadał, że chcieli się pobrać. Chyba mieli zamieszkać w Przemyślu... A może tu? Nie pamiętam. W każdym razie tego dnia, gdy zwijali jednostkę, wujek zadzwonił rano do domu. Powiedział mojemu ojcu, że będzie wieczorem. Nie dojechał. Na trasie tuż za Szczecinem w ciężarówce pękła oś. Odpadło koło. To był star z brezentową paką. Podobno nie było co zbierać – Karol rzucił peta na trawnik.

Smutne... A ta Maria? – spytałem.

Nie wiem, co z nią było dalej. Pewnie ułożyła sobie życie i tyle... No, będę leciał. Czas na mnie. – Karol podał mi rękę i poszedł na egzamin.

Kiedy chwilę później maszerowałem przez plac, mijając budynek numer cztery, głowę zaprzątała mi tylko jedna myśl co się stało z Marią? Jak zareagowała na wiadomość o wypadku? Gdzie jest teraz, co robi? Chciałem wiedzieć, co czuła tego ostatniego dnia, gdy żegnała się z Aleksandrem przed bramą jednostki wojskowej.