Sławomir Iwasiów - "Skończony debiut"
O śmierci Mirosława Nahacza dowiedziałem się z telewizji. W pierwszej chwili nie dotarło do mnie, że mówią właśnie o nim. Materiał w popołudniowym serwisie informacyjnym był krótki i rzeczowy: ciało młodego pisarza zostało znalezione w piwnicy warszawskiego domu, gdzie wynajmował mieszkanie. I tylko tyle. Dziennikarski sposób przekazu ma to do siebie, że kompresuje sens wydarzenia, upraszczając je do monotonnej formuły kilku faktów. Więc to mógł być każdy. Zrozumiałem o kogo chodzi, gdy usłyszałem tytuł Osiem cztery. Z tych paru obiektywnych szczegółów samobójstwa Nahacza na gorąco ułożyłem sobie subiektywny obraz rzeczywistości - odebrałem jego odejście w perspektywie tego, co pisał. Zetknięcie ze śmiercią przypomina trochę reakcję na doświadczanie czegoś po raz pierwszy: zaskoczeniu towarzyszą przeważnie niedowierzanie i wewnętrzne przekonanie, że to, co miało miejsce, już nigdy się nie powtórzy. Debiutować można tylko raz, podobnie jak umrzeć. Dlatego chcę napisać parę słów właśnie o debiucie Nahacza, książce z kilku powodów ważnej i na pewno niepowtarzalnej.
Osiem cztery jest krótką, aczkolwiek intensywną relacją z jednej imprezy. Olgiert, główny bohater i narrator, wraz z paczką kumpli przygotowuje się do świętowania urodzin Patola. Zbierają w lesie grzyby halucynogenne. Impreza i narkotyki to ich cel - inaczej nie bardzo mieliby co ze sobą zrobić. Nie mają alternatywy, zresztą nie czują obowiązku, aby jej poszukiwać. Nie mają aspiracji rewolucjonistów, bo i nie ma przeciwko czemu wyrażać buntu. Mogą wszystko, więc piją, palą papierosy i marihuanę, jedzą grzybki. Bohaterowie być może są prymitywni - zgoda, ale prymitywni w ujmujący sposób. Co prawda daleko im do hipisowskich włóczęgów w rodzaju postromantycznego Andrzeja Stasiuka z lat siedemdziesiątych, ale potrafią myśleć i pomimo szorstkiej zewnętrzności (przeklinają karczemnie), dusze mają nierzadko anielskie. A poza tym są uczciwi - nie oszukują nikogo, że w tym co robią można odnaleźć sens porównywalny ze skakaniem na barykady. Wypadałoby zapytać, kto faktycznie na te barykady skakał? Przecież nie każdy. Ale wszyscy mają pretensje do młodego pokolenia, że żyje wygodnie, nie zaznawszy trudów i upokorzeń czasów komunizmu. Rzeczywistość jest jednak inna - narrator mówi: „popsuta", nieprzystająca do wyobrażeń dorosłych. Nahacz obnażył przy okazji międzypokoleniowego konfliktu fałszywość twierdzenia, że „kiedyś było inaczej, kiedyś było lepiej" - wzorce osobowe zawsze są takie same, a zmianom podlegają tylko drobne szczegóły, jak muzyka, używki i moda na określone ubrania. Poświadczeniem niech będzie Jak zostałem pisarzem Stasiuka - tam bohaterowie są bardzo podobni, tyle że piją i palą co innego. Mają także parawan historii, którym zawsze mogą zasłonić swoją niedojrzałość. Nahacz postąpił inaczej, odsłaniając najbardziej niewygodne wady swoich bohaterów.
Chłopaki (na imprezie są tylko trzy dziewczyny i nie bardzo przyciągają uwagę) co rusz wpadają w stany halucynacji. Zwidy teraźniejszości przeplatane są reminiscencjami z innych imprez i narkotykowych eskapad. Autor zgrabnie i poetycko opisał działanie środków odurzających - taki zabieg nie tylko przybliża rzeczywiste działanie substancji halucynogennych, ale także wyraża świadome przeżywanie ich wpływu na organizm. Witkacy byłby zadowolony z opisów Nahacza - są gęste, wyczerpujące i doskonale oddają schizofreniczne rozdwojenie osobowości na „ja trzeźwe" i „ja pod wpływem". Pomiędzy tymi barwnymi analizami Nahacz powędrował parokrotnie w stronę tyrad dotyczących rzeczywistości - co tu dużo mówić - nazbyt oczywistych, żeby poświęcać im więcej miejsca, ale ważnych, bo ustawiających narratora ponad prymitywizmem zapitych i zaćpanych dzieciaków. Opowiadający tę historię jest bowiem ponad prostackim, aczkolwiek trafnym stwierdzeniem pijanego nastolatka: „Impreza zajebista, ale ogólnie chujowo". Zresztą to „ponad" dotyczy Olgierta także dosłownie - pod koniec tej opowieści wychodzi wraz ze swoim kolegą na dach budowanego domu. Obaj patrzą z góry na pobojowisko po imprezie (podobnie robił narrator Jak zostałem pisarzem - u Stasiuka chłopaki wchodzą na dźwig przy budowie hotelu Marriott i patrzą na Warszawę). Najbardziej przejmujący w książce Nahacza jest ten widok (na dole): nieprzytomnych od kaca zagubionych dzieciaków, które miotają się po pobojowisku i nie bardzo wiedzą, co ze sobą począć. Prawda o urodzonych w latach osiemdziesiątych? Też, ale przede wszystkim prośba o chwilę zastanowienia.
Dzisiaj czytam Osiem cztery z sympatią, bo i z sympatią traktuję każdy głos mojego pokolenia. Nahacz udowodnił, że i my, urodzeni gdzieś między stanem wojennym a Okrągłym Stołem, mamy światu sporo do powiedzenia. Nie tylko o narkotykach i braku świętości, ale przede wszystkim o naszych wątpliwościach i lękach. Ze świętości marny pożytek, gdy przegrywa się codzienne zmagania z rzeczywistością. Osiem cztery opowiada o strachu przed dorosłością, bagatelizowanym często przez tych bardziej doświadczonych (i dotkniętych historią, na przykład w postaci pałki zomowca), jako mało istotnych rojeniach „dzieci kapitalizmu". Pokolenie w stosunku do naszego późniejsze, „dzieci neostrady", jest pewnie jeszcze bardziej zagubione, ale bywa równie mocno i bezwzględnie deprecjonowane (mam nadzieję, że niedługo i oni pokażą światu, że jest w błędzie). Więc czytam Nahacza, a moja lektura jest równoznaczna z identyfikacją. „Tamten świat nie jest nasz", mówi Olgiert, ale wiemy, że tak samo mógłby o nim powiedzieć sam pisarz. Czasem również myślę o „tamtym świecie" (z generałem w ciemnych okularach, kolejkami, milicją na ulicach i stoczniowcach skaczących przez płot) w kategoriach bajki opowiadanej przed zaśnięciem przez tatę albo dziadka (trochę inaczej opowiadają ją mama i babcia), w której ubarwione wspomnienia przesłaniają zastaną rzeczywistość. Pedagogiczna funkcja bajek jest mało przydatna, gdy przychodzi zmierzyć się z prawdziwym życiem. Przesłanie Osiem cztery - trzeba przyznać, że dość brutalnie wyrażone - oparte zostało na bezpośredniej negacji umoralniających zabiegów edukacyjnych i ciągłego powtarzania: „bo za moich czasów...". Nahacz odrzucił dokonania rodziców, starszego rodzeństwa i nauczycieli, szydząc niemiłosiernie z ich wysiłków i przypominając: za waszych czasów nas nie było. Dał im do zrozumienia mocnym głosem: teraz my opowiemy wam bajkę o „naszym świecie".
(Mirosław Nahacz
Osiem cztery
Wołowiec: "Czarne", 2003. - s. 96)

