Twarze barbarzyńcy – nr 4/2011 omawia Aleksandra Grzemska
Jak wygląda twarz barbarzyńcy? Czy patrząc w twarz człowieka, można rozpoznać w nim barbarzyńcę? Czy barbarzyńca przybiera maski, czy funkcjonuje dzięki mimikrze? Jeśli przez stulecia barbarzyńca istniał jako dziki, inny, nie-człowiek, to czy rozpatrując jego istnienie współcześnie, można uznać, że barbarzyńca żyje według jakichś zasad i wartości? A czy możliwe, by barbarzyńca był pacyfistą? I wreszcie, co dla mnie kluczowe, dlaczego twarz barbarzyńcy-kobiety – w ujęciu antropologicznym i w literaturze – różni się od twarzy barbarzyńcy-mężczyzny?
Te i wiele innych pytań wyniknęło po mojej lekturze czwartego tegorocznego numeru „Pograniczy” poświęconego nowemu, współczesnemu barbarzyństwu. Nie na wszystkie zagadnienia można znaleźć odpowiedzi, co świadczy przede wszystkim o tym, że temat jest niejednoznaczny i pozostaje wciąż niewyczerpany, zarówno z punktu widzenia antropologii, etyki, estetyki (tutaj szkic Dariusza Śnieżki), sztuki i popkultury (szkic Anny Wieczorkiewicz i relacja Krzysztofa Niewrzędy z berlińskiej wystawy), jaki i Holocaust studies (tekst Agaty Jankowskiej, recenzja Pawła Wolskiego) czy gender studies (recenzja Brygidy Helbig-Mischewski).
We wspomnianym numerze „Pograniczy” Brygida Helbig-Mischewski w recenzji książki Jana M. Piskorskiego Wygnańcy. Przesiedleńcy i uchodźcy w dwudziestowiecznej Europie podejmuje m.in. problem tego, jak stereotypy, niewiedza, obawy cywilów o to, co działo się na frontach, w okupowanych miastach i wsiach albo chociażby podczas przymusowych migracji skutkowały negatywnym nastawieniem do kobiet-żołnierek, podyktowanym szczególnie krzywdzącymi, krążącymi w społeczeństwach opiniami, że kobiece ciało służyło jako niejednokrotnie wykorzystywana karta przetargowa. Helbig-Mischewski polemizuje z kilkoma tezami, że: „[…] kobiety z reguły lepiej niż mężczyźni radzą sobie w brutalnej rzeczywistości, m.in. dlatego, że dysponują ciałem, które w razie potrzeby można «sprzedać»” (s. 104). Nie zgadza się także z opiniami, jakoby kobiety w armiach, w bandach były bardziej bezlitosne i nienawistne od mężczyzn, zaznaczając, że okrucieństwo kobiet nie jest „przecież zjawiskiem szerszym niż brutalność mężczyzn, lecz postrzegane bywa – w społeczeństwach, w których dominuje obraz kobiety-anioła, niezdolnej do okrutnych czynów – jako bardziej drastyczne, bardziej oburzające” (s. 104). Zarówno przytoczone tezy, jak i te zawarte w tekstach wspomnianych wyżej autorów/autorek są niezwykle istotne dla toku moich dalszych rozważań, zwłaszcza że w kwestiach poruszonych w „Pograniczach” odnalazłam analogie do dwóch ostatnio przeczytanych książek: Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swietłany Aleksijewicz (tłum. J. Czech, Wołowiec 2010) oraz Oskarżona Marielli Mehr (przeł. K. Leszczyńska, Wołowiec 2011), które w różnych aspektach, niekiedy w zawoalowany sposób, kwestionują lub potwierdzają sposób powszechnego myślenia/mówienia/pisania o zagadnieniach utraty lub ocalenia człowieczeństwa oraz przemocy kobiet.
Walczące w czasie wojny kobiety, ich doświadczenia związane z doznawaniem brutalności, ale także z zadawaniem przemocy, wreszcie – sposób radzenia sobie z traumą, wykraczający poza utarte społecznie, kulturowo schematy, to tematy wciąż wymagające uzupełnień i zasługujące na dokładniejsze (niepowielające psychoanalitycznych truizmów) analizy. W męskim kanonie pisania o wojnie nie ma miejsca na brud, fizjologię, zapachy i kolory, ból fizyczny i psychiczny, wstyd i lęk przed utratą człowieczeństwa, jest natomiast zmitologizowana walka w imię idei, ojczyzny, historii pisanych wielkimi literami; jest zagłuszanie „babskiego gadania” degradującego przecież honor, odwagę i medale, które po czasie okazały się nie mieć właściwie żadnej wartości. O tym traktuje książka Swietłany Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety – reporterski zbiór opowieści kobiet (Rosjanek, Białorusinek, Ukrainek) o ich wojennych i tużpowojennych losach, stanowiący rewers wojennych opowieści mężczyzn walczących na tych samych frontach, w tej samej radzieckiej armii. To książka przewartościowująca zakorzenione w społeczeństwie i literaturze (nie tylko faktu) zarówno portrety sanitariuszek, łączniczek, czołgistek, snajperek, partyzantek oraz praczek i kucharek biorących udział w drugiej wojnie światowej, jak i poglądy na temat wspólnej egzystencji kobiet i mężczyzn w okopach.
To nie przypadek, że Swietłana Aleksijewicz, należąca do pokolenia urodzonego już po 1945 roku, ale naznaczonego piętnem wojny, napisała książkę akurat na ten temat. Jej reporterska pasja spotykania, słuchania i nagrywania kobiecych historii wynika bowiem m.in. ze sprzeciwu wobec tego, że na temat wojny wiemy głównie to, co powiedziano za pomocą „męskich słów”, że kobietom zabroniono mówić o „ludzkich-nieludzkich” sprawach zamiast o niesamowitych wyczynach. Projekt pisarki zakładał więc przełamanie tabu fizjologii wojny i odkrycie realniejszej „twarzy” wojennego barbarzyństwa.
Ponad milion kobiet w wieku 16?18 lat wcieliło się z własnej woli do Armii Radzieckiej, by nie tylko ciężko pracować, pielęgnować i ratować rannych żołnierzy, bronić siebie i rodziny, lecz także zabijać z wściekłości i zemsty za wyrządzone krzywdy. Rozmówczynie Aleksijewicz nie wymazują tego faktu z własnej przeszłości, towarzyszy im, rzecz jasna, wstyd i poczucie winy, ale bardziej cenią nieubarwioną prawdę i chwilę, „gdy człowiek oddala się od kanonu – gipsowego czy żelbetowego, jak nasze pomniki – i wraca do siebie. Wchodzi w siebie” (s. 11). Prawda kobiet o wojennych realiach jest naturalistyczna, wstrętna, nieludzka, to wciąż żywe wspomnienia: „Moja wojna miała trzy zapachy: krew, chloroform, jodyna…” (s. 150); „Tyle widziałam odciętych rąk i nóg, nawet nie chciało się wierzyć, że na świecie są cali mężczyźni” (s. 163); „Mówią, że na wojnie człowiek jest człowiekiem tylko w połowie, a w drugiej połowie – zwierzęciem. Właśnie tak… Bo inaczej by nie przeżył. Jeśli pozostanie wyłącznie człowiekiem – nie ocaleje. Urwie mu głowę! Na wojnie trzeba sobie coś przypomnieć. Coś takiego… Przypomnieć sobie coś z tych czasów, kiedy człowiek jeszcze nie w pełni był człowiekiem…” (s. 78).
Z jaką twarzą wobec tego kobiety żołnierki opowiadają o wojennej brutalnej przeszłości? Mówią chociażby o tym, jak chroniły swoje człowieczeństwo i swoją kobiecość, pielęgnując instynkt, wrażliwość i współczucie, a także pragnienie bycia piękną nawet w polowych warunkach. W 2009 roku głośny projekt Powstanie w bluzce w kwiatki. Życie codzienne kobiet w czasie Powstania Warszawskiego, zawierający dwadzieścia wywiadów i krótki film dokumentalny, również podejmował problematykę wojennej codzienności, tego, jak kobiety radziły sobie z aprowizacją, miesiączką, strachem i śmiercią. Na wojnie minęły ich najlepsze, młodzieńcze lata, kazano im chodzić w obcierających skórę szynelach i za dużych o cztery numery męskich wojskowych butach, dlatego nawet w ich chodzie, ruchach mimo woli pojawiło się coś „męskiego”. Namiastkę normalności starały się stworzyć dzięki drobiazgom, radość sprawiała im paczka z czystą niemęską bielizną. Jedna z rozmówczyń Aleksijewicz tłumaczy, że mężczyźni bardziej od śmierci boją się głodu, kobiety natomiast są „[…] cały czas na granicy sił. Poza tą granicą. Pozostaje jedynie strach – żeby nie wyglądać brzydko po śmierci. Kobiecy strach… Żeby pocisk nie rozerwał nas na kawałki… Wiem, jak to… Sama zbierałam…” (s. 219).
Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, jak wyglądają twarze kobiet i mężczyzn w okopach tuż po atakach przeciwnika, szczególnie po walkach piechoty, gdy trzeba spojrzeć w oczy wroga? Co się dzieje z żołnierkami, które wszędzie stykają się z otwartymi ranami, odciętymi członkami ciał? Po wojnie kobiety opowiadały, że po największych, najbardziej brutalnych walkach mężczyźni, będąc już w jednostkach, zasłaniali twarze, nie pozwalając im patrzeć na siebie, lecz nie ukrywali przed nimi otwartych ran do opatrzenia. Ciekawe, że owe kobiety, niejednokrotnie biorące udział w tych samych walkach, mówiły głównie o problemie ze zniesieniem obecnego wszędzie zapachu krwi, od którego robiło się mdło. Dla mężczyzn widoczne blizny po odniesionych ranach są powodem do dumy, odznaczeń, społecznego uznania. Dla kobiet natomiast wojenne rany to głównie kalectwo, które jest powodem do wstydu i o którym się milczy, bo trzeba przecież być piękną, delikatną, znaleźć męża, urodzić dzieci. Po wojnie kobieta ma być przede wszystkim kobietą, nie bohaterką.
Co więcej, mężczyzna-barbarzyńca odnajduje dla siebie miejsce w powojennym społeczeństwie, ponieważ jego barbarzyństwo jest kulturowo usprawiedliwione, kobieta-barbarzyńca zaś postrzegana jest jako przypadek całkowitego odczłowieczenia, zaprzecza kulturowej roli bezbronnej, delikatnej i tej, która daje życia. Między innymi z tego powodu po wojnie mężczyźni woleli unikać kontaktów z frontowymi przyjaciółkami, często ich pierwszymi miłościami, i wiązać się z cywilkami, które również przeżyły koszmar codzienności, ale nie widziały nieheroicznych, bezbronnych twarzy „bohaterów wojennych”. Kobieta-żołnierka, kobieta-barbarzyńca nie jest w stanie wrócić do przedwojennego miejsca w strukturach społecznych, funkcjonuje zatem na marginesie jako bestia lub kurwa.
Kolejną ważną sprawą, którą należałoby poruszyć w kontekście powyższych przemyśleń jest to, że w formułowaniu poglądów na temat brutalności kobiet – oprócz absurdalnych tez, że przestępczość i agresję powoduje emancypacja – nierzadko wygładza się znaczenie zasadniczego związku z doświadczoną przez kobiety traumą. Okazuje się, że wystarczyły wciąż powracające obrazy rozszarpanych, krwawiących ciał, codzienna bezsilność wobec śmierci, a także gwałt, utrata tożsamości i życie na marginesie społeczeństwa czy długotrwałe poczucie winy i wstydu, by straumatyzowane kobiety wyparły to, co bolesne z pamięci, zamilkły, pozostały niewrażliwe, nieczułe. Nie tylko w literaturze faktu, lecz także w beletrystyce pojawiają się próby zdiagnozowania skłonności kobiet do okrucieństwa, przemocy, zachowań psychopatologicznych. Przychodzi mi na myśl częściowe nawiązanie do powieści Sofi Oksanen Oczyszczenie (przeł. S. Musiałek, Warszawa 2010), ale lepszy przykład stanowi tutaj ostatnio wydana książka Marielli Mehr Oskrażona, opowiadająca historię kobiety skazanej za liczne podpalenia i kilka morderstw, miejscami osnutą na kanwie prawdziwych wydarzeń z życia realnej szwajcarskiej podpalaczki oraz z przeszłości samej Mehr. Wstrząsającą opowieść w formie monologu bohaterki dopełnia przerażający aneksowy życiorys autorki (szykanowanej, wielokrotnie gwałconej, przetrzymywanej w zakładach psychiatrycznych Jeniszki) – po przeczytaniu obu równie ważnych elementów całość nabiera dodatkowych znaczeń.
W powieści Mehr nie ogranicza się do nakreślenia jedynie portretu psychologicznego kobiety-potwora, to jej nie wystarcza. Co prawda, początkowo wprowadza czytelnika w coraz ciemniejsze meandry podświadomości kobiety, ale głównie po to, by za chwilę w doskonały sposób z nich uciec, udowadniając, że ogromne znaczenie mają społeczno-kulturowe uwarunkowania wzmagające nawet najmniejsze przejawy agresji, a nie predyspozycje genetyczne czy zaburzenia psychiczne. Potwierdzenie powyższego znajduję w tezach amerykańskiego psychiatry Jamesa Gilligana, autora książki Wstyd i przemoc, który zwraca uwagę na to, że behawioralny paradygmat wstydu i traumy przejawia się – również metaforycznie – w ukrywaniu twarzy i milczeniu w przestrzeni publicznej. Co więcej, badacz konstatuje, że nasilenie wstydu, wzmaganie lub uciszanie traumy (cisza zabija na przykład ofiary gwałtu), całkowita utrata miłości własnej i poczucia bezpieczeństwa wywołuje reakcje obronne, do których zalicza się również przemoc.
Bohaterka Oskarżonej, pochodząca z niby normalnej rodziny, doświadczoną w dzieciństwie przemoc, samotność, nieakceptację umiała zrekompensować sobie wyłącznie przez stworzenie sobowtóra dziewczynki w czerwonych butach, która stanowiła zabezpieczenie przed upadkiem „ja”, i przez zrzucenie na nią winy za przemoc wyrządzaną innym. Bohaterkę wspomnianego Oczyszczenia natomiast rozpacz i zazdrość o miłość oraz szczęście rodzonej siostry i jej męża skłoniły do zdrady, kłamstwa, zadawania bólu.
Faktu, że kobiety podpalały i zabijały niczym nie można podważyć. Podobnie jak nie można zaprzeczyć, że wojna doprowadziła zarówno kobiety walczące, jak i te w cywilu do tego, że nie potrafiły poradzić sobie z doznawaną i okazywaną nienawiścią oraz przemocą w ogóle. Warto jednak, moim zdaniem, zastanowić się w szerszym kontekście, w odniesieniu do kobiet i mężczyzn, nad relacjami między skłonnością do przemocy a patriarchalną strukturą społeczeństwa, w którym mężczyźnie przypisany jest kodeks honorowy, kobiecie natomiast kodeks hańby. Warto zadać pytanie, jak wyglądałyby te relacje, gdyby owe role i kodeksy odwrócić. Czy gdyby zdefiniować na nowo pojęcia honoru, hańby, męskości, kobiecości barbarzyństwo przestałoby mieć twarz Innego?
