Ula Bielas - "Ojciec jako mistrz"

 

Akademicka proza wspomnieniowa, autorstwa Marty Wyki, staje się niezwykle interesującym przedmiotem badań w kontekście skrzyżowania autobiografizmu z historią. Warto skonfrontować ze sobą oba, powstałe w dziewięcioletnim odstępie, teksty profesorki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mianowicie pierwszy Krakowskie dziecko (1998) i drugi Przypisami do życia (2007). Jest to szczególnie atrakcyjny sposób lektury, gdyż książki wzajemnie się uzupełniają. Czytelnik może przyjąć zaproszenie do przeprowadzenia śledztwa, doszukując się tropów i punktów stycznych w onirycznym, nieco schulzowskim świecie Krakowskiego dziecka i znacznie bardziej uporządkowanym, bogatszym w konkretne informacje świecie Przypisów do życia.

Wyjątkowo ciekawym aspektem wydaje się próba analizy tekstów w celu ustalenia, w jaki sposób kształtowała się droga naukowa autorki w kontekście relacji z ojcem Kazimierzem Wyką - wybitnym historykiem literatury, z pozostałym środowiskiem akademickim, a także w kontekście samej literatury.

Obraz ojca Marty Wyki jest zaklęty w przedmioty. Autorka przywołuje go poprzez czarno-białe fotografie, listy, poustawiane na półkach według pewnej strategii książki. Obrazy wydobywane z zakamarków pamięci stają się pretekstem do budowania na wpół baśniowych opowieści. Luki uzupełnia wyobraźnia, która dopowiada to, czego nie może przywołać pamięć. „(...) nasza pamięć jest nieustannym hodowcą symboli, zwyczajna sofa przestaje być zakurzona sofą (...) zakurzone półki mówią do nas językiem, który nie kto inny, jak my sami wymyślamy (...)" (KD, s. 97).

Punktem centralnym pokoju ojca jest biurko. Mebel, często wspominany w narracji córki profesora, pojawiając się wielokrotnie zarówno w Krakowskim Dziecku, jak i w Przypisach do życia, ulega procesowi mitologizacji. Można by rzec, że drewniany blat jest postrzegany przez autorkę jako ślad innej epoki. Czas imieninowych uroczystości, „śpiewu trzech profesorów Kazimierzów intonujących fałszywie hymn do jego Cesarskiej Mości Franciszka Józefa" (KD, s. 104), został bezpowrotnie utracony. Pozostały jedynie przedmioty, nabierające teraz dwojakiego sensu, skrywające tajemnicę przeszłości i obietnicę jej rozwiązania. Niejednokrotnie autorka tworzy wyrazistą opozycję pomiędzy czasem minionym a teraźniejszością. Po raz kolejny starcie wygrywa wartościowana dodatnio przeszłość. W Krakowskim dziecku cały rozdział poświęcony jest opisowi pokoju ojca. Wielokrotnie wspomina się o fascynacji przestrzenią mieszkań, domów. Opisując gabinet ojca, zasiada przy profesorskim biurku, tak by widzieć - jak pisze - tę samą perspektywę, która rysowała się przed profesorem, a może również po to, aby stworzyć kolejną dwuznaczność i nadać symboliczne znaczenie temu gestowi. Oto Marta Wyka kontynuując tradycje badacza i krytyka literackiego, staje się następczynią swojego ojca. Biurko pojawia się także w kontekście przywoływanych wspomnień z dzieciństwa, tutaj wyczuwam zdecydowany dystans autorki do opisywanych wydarzeń. Często narracja pierwszoosobowa zostaje przekształcona w trzecioosobową. Wyka zaczyna wówczas pisać, przyjmując pozycję obserwatora niezwiązanego emocjonalnie z żadną z postaci.

Za biurkiem siedzi ojciec i pisze. Poprzez roztargnione, niebieskie oczy przewija się słowo po słowie, więc można wszystko przeczytać. Dziecko klęczy pod ścianą na grochu i ojciec między jednym a drugim słowem mówi kwaśno: - Nie wolno jeść zielonych owoców, powiedz przepraszam... i zaczyna następne zdanie, które unosi go wysoko, ojciec ulatuje ponad stołem, krąży, zaplątuje się w zdanie ustrojone w przymiotniki, przesuwa je i przestawia, a dziecko (...) wymyka się do ogrodu, żeby skosztować trochę niedojrzałych winogron" (KD, s. 28).

Świat dzieciństwa zostaje zamknięty, funkcjonuje jedynie w postaci symbolu
w pamięci autorki. Przekraczając granicę dorosłości, traci klucz do tamtej przestrzeni. Nie jest już dziewczynką, stanowczo odgradza się od wspomnienia, zatem jedynym wyjściem jest bezosobowa relacja.

Nie ulega wątpliwości, że Kazimierz Wyka w prozie swojej córki jawi się przede wszystkim jako historyk literatury, krytyk literacki, ewentualnie jako syn kupca drzewnego, natomiast rola ojca zostaje zepchnięta na margines niedopowiedzeń. Przestrzeń naukowa zawłaszcza prywatną, nad obrazem rodzica dominuje postać historyka literatury. Owszem, pojawiają się fragmenty ukazujące prozaiczny aspekt życia rodziny Wyków. Jednakże zawsze ukazują pewne nieprzystosowanie ojca autorki do zwykłej codzienności, co również zostaje przedstawione jako wartość. W Przypisach do życia czytamy: „Mój ojciec zaś zachował doskonałą obojętność na wszelkie formy własności. Interesowały go wyłącznie książki, reszta mogła nie istnieć. (...) Jedzenie interesowało go równie mało jak własność." (PDŻ, s. 14-15) lub „Kazio nie wiedział bowiem, i trwało to przez całe życie, gdzie są szklanki do herbaty i łyżeczki do jej mieszania. Sądzę, że dzięki tej niewiedzy został prawdziwym uczonym" (PDŻ, s. 64).

We wspomnieniach swoich studentów profesor określany jest mianem mistrza.
Jan Błoński w rozmowie z Zofią Szlachtą w
Mistrzu przedstawia Kazimierza Wykę jako postać, która posiada klucz do tajemnicy wiedzy, a tym samym daje poczucie bezpieczeństwa swoim uczniom. U Marty Wyki również można wyczuć aurę tajemnicy, jaką niósł ze sobą jej ojciec. Ukazuje go także jako wymagającego przewodnika, który wytyczał swoim córkom często trudne do przebycia szlaki. Szlaki rozumiane zarówno w postaci dosłownej, jak i metaforycznej. Natrafiam na fragment, gdzie narratorka, po raz kolejny zachowując pozorny dystans, naprzemiennie wykorzystuje perspektywę obserwatora i uczestniczki wydarzeń i przywołuje kolejne obrazy z dzieciństwa. Tym razem ojciec przejmuje dowództwo nad wycieczką w góry. Pieniny urzekają wędrowców: „Tato, tylko nie na skróty - prosiły dziewczynki, ale on protestował twardo, więc przedzieraliśmy się przez zarośla drogą obok szlaku. (...) Ostre gałęzie raniły nogi, obsuwaliśmy się po urwiskach. No, ale wreszcie zdobywaliśmy właściwy szczyt" (PDŻ, s. 68). Jednak to nie wędrówki po górach czynią Kazimierza Wykę prawdziwym przewodnikiem, lecz wytyczone ścieżki życia, którymi podążyła za nim jego córka. Dbałość o staranne wykształcenie dzieci, liczne spotkania artystów w profesorskim mieszkaniu, aż wreszcie czas studiów i uformowana przez profesora grupa studentów, do której należała również Marta. To wszystko stawało się, jak wspomina autorka, barierą ochronną przed bezkształtnością PRL-u. Utworzona przez Wykę grupa studencka składała się przede wszystkim z krakowskiej młodzieży. Przed studentami otworzyła się możliwość obcowania z literaturą, tak różną od tej, którą byli faszerowani dotychczas w stalinowskich gimnazjach. Teksty przyciągają jak owoc zakazany. Nie do końca odkryty Witkacy, jakże inny od rosyjskiej powieści umieszczonej w kanonie szkolnych lektur. Jak pisze Marta Wyka, literatura stała się jej sposobem na życie, zejściem do podziemia. Wracając jednak do momentu, kiedy autorka opisuje okoliczności powołania grupy studenckiej, warto zwrócić uwagę, że po raz kolejny rola nauczyciela akademickiego zostaje znacznie bardziej wyeksponowana niż rola ojca. „Strapiona latorośl" (PDŻ, s. 82), jak określa siebie autorka, równie podenerwowana jak inni studenci, absolutnie nie jest świadoma tego, co ma za chwilę nastąpić.

Autorka wielokrotnie przywołuje ducha Kazimierza Wyki. Opisuje ojca, korzystając z języka badaczki, historyka literatury, cytuje teksty odnalezione w szufladzie jego biurka. Badając, poznaje go na nowo. Zwraca uwagę na język, jakim się posługiwał - znacząco odmienny od języka jej czasów. Mówi o mitologizacji rodzinnego miasteczka - Krzeszowic - we wspomnieniach, jakie spisał, po czym sama dokonuje tego zabiegu, opisując przestrzenie swojego dzieciństwa. Bycie córką tak znakomitego profesora staje się przywilejem, ale także zobowiązuje. Marta na zawsze zostaje obciążona tą odpowiedzialnością. Sama do niedawna kierowała Katedrą Krytyki Współczesnej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Autorka zaznacza swoja odrębność, jednak myślę, że nie jest to odrębność całkowita. Mówi o sobie jako o spadkobierczyni smutnych genów rodziny Wyków. „Mój głos bywał głosem Profesora, moje podpieranie palcem lewej części twarzy przypominało gest Profesora (...)" (PDŻ, s. 303). Kim tak naprawdę zatem staje się Kazimierz Wyka w prozie swojej córki? Mentorem? Mistrzem? Autorka poświęca wiele miejsca jego osobie. Zachowując powściągliwość, która góruje nad emocjami, tworzy legendę.

Pojęcie mistrza zostaje wprowadzone wówczas, gdy autorka pisze o książkach,
które pełniły funkcję antidotum na codzienność w PRL-u. W tytule ostatniego rozdziału
Krakowskiego dziecka zostaje postawione pytanie: „Czy mieliśmy mistrzów?" Potrzeba odnalezienia autorytetu wydaje się nieunikniona. Autorka swoje poszukiwania koncentruje na literaturze. To ona, nie zaś człowiek, staje się dla Wyki „intelektualną fascynacją", zbiorem zasad, które bezpowrotnie naznaczają czytelniczego ducha. Teksty Camusa, Sartre'a, Kirkegaarda stają się credo pokolenia studentów uwięzionych w ciasnych ramach rzeczywistości PRL-u. Literatura egzystencjalna daje wówczas obietnicę rekompensaty za jałową sieczkę powieści produkcyjnych i nudę w różnych odcieniach szarości. Pod piórem egzystencjalistów rzeczywistość stawała się absurdem, a połączenie imaginacji z wyobraźnią tworzyło wymiar upragnionej niezwykłości. Powstaje pytanie, czy literatura piastująca wówczas funkcję mistrza wraz z upływem czasu może ulec detronizacji. Kwestia wydaje się dość złożona, a w tekstach wspomnieniowych Marty Wyki nie mogę doszukać się jednoznacznej odpowiedzi. Wspominając o Mandarynach Simone Beauvoir, Wyka stawia przy tej powieści przymiotnik „marna". Zaznacza jednak przy tym, iż utwór był namiętnie czytany. Również sam fakt przytoczenia tytułu i nazwiska Beauvoir w rozdziale o mistrzach jest znaczący. Kiedy w tym samym rozdziale pojawia się postać Sartre'a, zostaje ona określona jako wciąż karlejąca. To może stać się cząstkowym wyjaśnieniem postawionego przeze mnie pytania. Pojawia się także inna ewentualność: zamiast detronizować - przewartościować, odnaleźć w tekście zupełnie inną ścieżkę interpretacji. Takiemu zabiegowi zostaje poddany Camus. Wykę przestaje pociągać aspekt polityczny jego utworów, zamienia go na fascynację symbolicznym śródziemnomorskim pejzażem. „Wybór i posiadanie mistrza to sprawa indywidualna. Niezależna, jak myślę, od charakteru epoki i czasów, w których dokonuje się takiego wyboru. Zależna natomiast od osobistych predyspozycji, a może również od poczucia, iż świat, który nas otacza przeczy naszym oczekiwaniom" (KD, s. 119). Odżegnywanie się od upostaciowionej formy mistrza autorka tłumaczy specyfiką czasów, w jakich dane było jej dorastać. Kontynuacja przedwojennego wzoru - gdzie centrum stanowił nauczyciel, uczony otoczony gromadą uczniów - nie była możliwa. Inaczej odbierano literaturę. To ona, umieszczana w sferze sacrum, stawała się wyznacznikiem, zastępowała klasyczny model mistrz - uczeń.

Przedwojenne relacje profesora i ucznia przypominały nieco system feudalny, gdzie uczeń wykonywał różne, często prozaiczne polecenia. W takim układzie funkcjonował również Kazimierz Wyka, który jako asystent profesora Stefana Kołaczkowskiego zobowiązany był załatwić węgiel lub przynieść książki z uniwersyteckiej biblioteki. Sumienność i rzetelność przy wykonaniu zadań nagradzana była zaproszeniem na dyskusję u profesora przy herbacie. W taki oto sposób budowała się intelektualna zażyłość pomiędzy mistrzem a uczniem.

Marta Wyka, przywołując odległą dla niej, przedwojenną rzeczywistość, z tęsknotą nawiązuje do panującej wówczas hierarchii uniwersyteckiej. PRL zburzył stary porządek, wprowadzając nowe reguły równości, które jednoznaczne były z nijakością, bezbarwnością i upadkiem prestiżu naukowców. Sławy krakowskiej polonistyki powoli znikały w cieniu. Czarna kamienica (potocznie zwana Trumną) zamieszkana niegdyś przez same profesorskie rodziny utraciła swój klimat. Azyl krakowskiej elity został naruszony przez wprowadzających się do Trumny urzędników. Wyczuwalny smutek, a nawet rozgoryczenie towarzyszy autorce postawionej w roli świadka obumierającego już wówczas świata. Świata, którego symbolem byli profesorowie - Juliusz Kleiner, Kazimierz Nitsch, Stanisław Pigoń, Maria Dłuska, Roman Ingarden. Studenckie roczniki późnych lat pięćdziesiątych jako ostatnie doświadczają wielkich osobowości, ich perspektywy patrzenia daleko wybiegającej poza schematy wyuczane w szkołach. Marta Wyka należała do ostatniego rocznika, dla którego Roman Ingarden prowadził wykłady z filozofii. Uczestniczyła w zajęciach Kleinera, które ze względu na miejsce (a było nim mieszkanie profesora), zamieniały się w pewnego rodzaju obrzęd. Na czas wykładu przestrzeń mieszkania Kleinera przemieniała się w scenę teatru. „Mieszkanie miało szyk amfiladowy, w jednym pokoju ustawiono drewniane ławki dla nas, Kleiner przebywał na jego końcu. Kiedy już wszyscy zajęli miejsca, małżonka profesora odsuwała parawan i odsłaniała Kleinera. Niewielki staruszek z białym wąsem siedział za biurkiem, otwierał notatki i troszkę sepleniącym głosem rozpoczynał wykład" (KD, s. 85).

Widzowie - studenci nie do końca świadomi przedwojennej sławy wykładowcy, przysłuchując się słowom profesora, jednocześnie rozpraszali swoją uwagę, wychwytując płynące z kuchni zapachy lub błądząc wzrokiem po przedmiotach zanurzonych w mrocznym przedpokoju.

Reprezentanci poprzedniej epoki stają się w prozie Marty Wyki symbolem starego porządku, dobrych manier - wszystkiego tego, co musiało zostać zniszczone w chaosie PRL-u. Zarówno Krakowskie dziecko, jak i Przypisy do życia pozbawione są anegdot związanych z życiem akademickim. Starzy profesorowie są energiczni, łagodni, czasem surowi, może czasem zbyt nieskazitelni, nigdy śmieszni. Sposób ich opisania jest równie przedwojenny, jak oni sami. Autorka, podobnie jak Kazimierz Wyka, w swoich wspomnieniach stosuje przedwojenną zasadę, że o pewnych rzeczach pisać nie wypada i łatwiej je przemilczeć.

Najciekawsze wydają się właśnie przemilczenia (to o czym Marta Wyka nie chce mówić), tam gdzie luki pozostają wciąż niezapełnione. Post scriptum do czytelnika obu książek wspomnieniowych staje się przedostatni rozdział Przypisów do życia - Pominięte opuszczone. Pojawia się pewnego rodzaju dysonans, który autorka określa mianem „czarnego rewersu". Jeden z ostatnich rozdziałów Przypisów do życia staje się miejscem, gdzie zostaje złamana zasada przedwojennej opowieści. Przywołane zostają wspomnienia, które spycha się zazwyczaj do najciemniejszych zakamarków pamięci, gdyż są to wspomnienia wstydu. Tutaj pojawia się skaza na kreowanym dotychczas przez pisarkę świecie intelektualistów. Wspomnienia na pozór banalne, związane między innymi ze wstydem za przaśne przyzwyczajenia babci, prowokują do postawienia pytania: na czym opierała się selekcja opisanych w książkach wspomnień? Dlaczego tak niewiele miejsca autorka poświęca swojej matce? Co jeszcze może znajdować się na „czarnym rewersie"? Ogromną luką, z której powodu odczuwam niedosyt, jest wspomniany już brak opowieści z życia akademickiego, w czasie gdy Marta Wyka obejmuje kierownictwo w Katedrze Krytyki Współczesnej.

Pojawia się zatem wątpliwość, czy możliwe jest budowanie u czytelnika rzeczywistego i ogólnego obrazu ówczesnych czasów poprzez szczegółowość - tak jak to chciała uczynić Marta Wyka - jeżeli tę szczegółowość budują precyzyjnie, aczkolwiek wybiórczo dobrane elementy. Wydarzenia przefiltrowane przez pamięć autorki pokazują jej obraz świata, takiego jakim chciała go widzieć.