Wiek właściwy
Wiek właściwy
O tym, że wiek jest względny – jak kondycja ludzka – pisało wielu filozofów. Dziś w tej sprawie chętnie zabieramy głos, przybierając pozy diagnostów kultury. O uogólnienia zawsze łatwo: raz ostrzegamy przed gerontokracją, niedopuszczającą młodych do stanowisk, kiedy indziej mówimy o panoszącej się, zagarniającej wszystko młodości. Także w krytyce literackiej można wykorzystać z sukcesem oba te twierdzenia: starcy wciąż wyznaczają granice kanonu literackiego – liczy się tylko sezonowa świeżość, najlepiej mieć lat piętnaście i napisać dzieło, im bardziej niedojrzałe i nieświadome tradycji, tym lepsze. Raz nam bliżej do Tadeusza Różewicza, raz do Doroty Masłowskiej, która zresztą z naturalnych przyczyn zaczyna zajmować pozycję pomiędzy.
Ta pozycja pomiędzy jest najmniej uprzywilejowana, najtrudniejsza , a dla mnie, z przyczyn biograficznych, najbardziej fascynująca. Powoli wypadam z niej, z wieku średniego, zmierzam ku wiekowi trzeciemu z całą redakcją „Pograniczy”, ale jeszcze doświadczam dyskomfortu bycia ni psem ni wydrą, ni młodą ni starą. O takim usytuowaniu pisała Dubravka Ugrešić, wskazując na nakładanie się sytuacji płci i wieku: kobiety w średnim wieku, także pisarki, stają się przezroczyste. Omija je wzrok mężczyzn i czytelników. Wydawcy nie umawiają się z nimi na kawę, a kolorowe pisma na wywiady. Tak jest w istocie, ale ten numer „Pograniczy” nie został poświęcony przezroczystości kobiet wypadających z rynku godowego, choć ten wątek jest w nim obecny. Zwracam nań uwagę, by odnowić tezę, że wiek nie jest twardym wskaźnikiem, choć może za taki uchodzić w ramach spisu ludności. Ta sama data urodzenia odczuwana bywa różnie w zależności od innych zmiennych – płci, sytuacji rodzinnej, otoczenia społecznego, obowiązujących w danej grupie standardów zachowań, mitów i fantazji danej kultury. Wiek jest zmienny historycznie, o czym wiemy – dawne starszaki to dziś, nie tylko dzięki zdobyczom medycyny, zaledwie średniaki, a czasem maluchy. Maluchy bywają zapisywane od razu na studia.
Właśnie, jedną ze zmiennych dookreślających wiek jest na pewno edukacja. Mamy oto Uniwersytety Dziecięce, Uniwersytety Trzeciego Wieku i Uniwersytetu Drugiego Wieku. Te ostatnie, twór nowy, powstają na potrzeby osób 40+, wypuszczających dzieci z gniazd, szukających zajęcia. Zwykle są to kobiety, mające czas po odchowaniu potomstwa, ale niekoniecznie.
Idea uniwersytetów przecinających życie w różnych punktach, w pewnym sensie na przekór ekonomice biografii, bo nie po to, by przygotować raz na zawsze kogoś do zawodu, lecz by wzbogacać codzienność – wiąże się z przekonaniem o konieczności kształcenia ustawicznego. Kształcenie ustawiczne w polskiej praktyce kojarzyło się długo z przymusem zdobywania papierów, surowo egzekwowanym zresztą w sektorze edukacyjnym – nikt się nie musi w Polsce tak ustawicznie dokształcać jak nauczycielki, pedagodzy, bibliotekarki. Oczywiście, także lekarze, prawnicy, inżynierowie, przynajmniej teoretycznie. W czasach CV i ML każdy z nas rozkłada przed pracodawcami pawi ogon permanentnie rozszerzanych uprawnień. Uniwersytety Otwarte idą w poprzek rynkowej pragmatyki, przywracając ideę kształcenia jako pracy nad sobą, rozszerzania możliwości, nawiązywania kontaktów. Oczywiście, można na nich nauczyć się wielu rzeczy, ale niekoniecznie po to, by je wpisywać do, jak się to zwało niegdyś, życiorysu.
Piszemy w tym numerze o konkretnej instytucji UTW, ale interesujemy się tym, czego uczy nas banalny, lecz wciąż tajemniczy fakt ? powiązania naszego życia z upływającym czasem i jakie te nauki mają odzwierciedlenie w sztuce. By wrócić do względności – widać ją w szkicach naszych autorów, metrykalnie należących do różnych grup. Wydaje się, że z wiekiem wiek nabiera konkretności, ciężaru, jest mniej metaforyczny, bardziej sensualny i cielesny. Następuje także przewartościowanie faktów – fizyczne niedostatki przychodzą i już po prostu są z nami, utracone złudzenia nie dają się zoperować. Nie powiem: to nic, idziemy dalej, jednak tak przecież to się odbywa. Dojrzałość widziana z zewnątrz może wydawać się jednolitym stanem, jest płaska, da się łatwo opowiedzieć, zinterpretować, dowartościować, zmitologizować, zlekceważyć. Dojrzałość „od środka” to po prostu życie.
Nie wiem, który wiek jest trzeci. W filmie Davida Finchera Dziwny przypadek Benjamina Buttona na podstawie noweli Francisa Scotta Fitzgeralda główny bohater rodzi się jako starzec i niepowstrzymanie młodnieje, wiążąc się z kobietą, która zmierza do śmierci ze starości, jak on do śmierci z młodości. Mają pewien wspólny czas, wiek średni obojga. Fitzgerald i Fincher opowiadają o zaburzeniach „naszych czasów” – rzecz zaczyna się po pierwszej wojnie światowej. Nie uważam tego filmu za wybitny, kulturowy mainstream wymaga efektownego i uproszczonego wykładania idei, więc dramaty są tu melodramatami, jednak środki filmowe pozwoliły pokazać metaforę naszego biegania wokół zegara, historycznego i prywatnego czasu.
Trzeci wiek trwa najdłużej, jest najgęstszy. Chcemy czy nie, najdłużej jesteśmy nie-dziećmi i nie-młodymi. Granica pozostaje płynna, wyznaczają ją kulturowe normy i nasze osobiste decyzje. Trzeba pracować – zarówno nad przeniknięciem i luzowaniem norm, jak i nad sobą.
W tym numerze zebraliśmy teksty reprezentujące polską odmianę Age Studies, studiów nad, nazwę je przewrotnie, dojrzewaniem. Nasi autorzy nie są psychologami czy lekarzami zbyt rzadkiej w Polsce specjalności geriatrycznej. Są czytelnikami, widzami, odbiorcami sztuki, w której nie brakuje obrazów tego, jak współcześnie przeżywamy nasze potyczki z czasem.
