Zagranica „Pograniczy”. Wieczór w Berlinie
[…] Wieczór odbył się ciepło i kameralnie, w gronie trzydziestu paru osób, znajomych, półznajomych i nieznajomych, pośród rozwieszonych płócien szczecińskiego malarza Macieja Woltmana w Galerie der Ort Magdy Potorskiej, w dzielnicy zachodniej Charlottenburg-Wilmersdorf.
[…] Spotkanie prowadziłem z wydatną i niezbędną w moim przypadku pomocą niemieckojęzyczną mieszkającej w Berlinie pisarki i tłumaczki Magdaleny Liskowski, wydającej pismo o symetrycznej formule berlińsko-szczecińskiej, ale znanej mi dotąd wyłącznie z łamów „Pograniczy”. Przedstawiłem w skrócie piętnastoletnie dzieje naszego pisma, po czym nastąpiła długa seria prezentacji autorskich, które wypełniły resztę ponad dwugodzinnego wieczoru. Wystąpili: Magda Liskowski, Krzysztof Niewrzęda, Konrad Wojtyła i piszący te słowa. […]
Ten dwujęzyczny wielogłos, który w znacznym stopniu był dziełem przypadku, obejmował różnorodność tematyczną, gatunkową i stylistyczną, która w jakimś stopniu odpowiada polifonii literackich łamów „Pograniczy” w ich piętnastoletnim przekroju. Wszyscy występujący autorzy publikują w naszym piśmie i od wielu lat z nim współpracują, co pozwala nawet rozszerzyć formułę jego podtytułu na „dwumiesięcznik szczecińsko-berliński”. Pośród słuchaczy znaleźli się jeszcze inni autorzy, wybitny krytyk i radiowiec Andrzej Skrendo oraz poeta mieszkający w Berlinie Artur Szlosarek. Spoza grona autorów pojawili się także polscy plastycy: Jacek Wesołowski (znany mi dotąd jedynie z klasycznych publikacji naukowych z zakresu intersemiotyczności) oraz Barbara Ur i Andrzej Piwarski, którzy zaprosili nas na mający się wkrótce odbyć wernisaż wspólnej wystawy w Galerii Południowej Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Tak zamknął się krąg relacji międzynarodowych, podsuwając paradoksalny wniosek: Berlin warto odwiedzać głównie po to, by poznawać sztuką polską – zresztą nie tylko tam, lecz także po powrocie, w kraju. […]
Położenie hotelu Gästehaus der Humboldt-Universität przy Ziegelstrasse w Mitte pozwala spacerem obejść serce Berlina: malownicze mosty nad Sprewą, Friedrichstrasse, Unter den Linden… Wszędzie wykopy i dźwigi, które utrudniają komunikacje, ale nie psują widoków. Rozległe pole kamiennych klocków przed Muzeum Holocaustu, harmonijnie skomponowany zespół szklanych wieżowców przy Postdamer Platz. Zielonym skrajem Tiergarten zawracamy do Bramy Brandenburskiej. Na koniec jeszcze S-Bahnem na Alexanderplatz, zapamiętany nie z książki Döblina, lecz jako dawne centrum „Enerdówka” z wciąż górującą nad miastem i wcale nie straszną szklaną kulą wieży.
Dla nas ciągle istnieją dwie strony, a najważniejszym fenomenem Berlina pozostaje blizna po zroście Wschodu z Zachodem. Szukamy więc śladów Wielkiego Muru wzdłuż linii Bramy i Eberstrasse. Znajdujemy nieprzekonujące pozostałości zaznaczone na płytach Platz des 18. Marz i chodnika, absurdalne wspomnienie dawnego podziału, którym urągają zrośnięte bez widocznych szwów ulice i wspólne powietrze równomiernie dojrzewającej wiosny. Keine Granzen! […]
Na koniec imponujący rozmiarami i nowoczesnością, choć zarazem nieco odpychający szklisto-stalowym zimnem stylu techno, wielopoziomowy Berlin Hauptbahnhof. Przykład zdrowych proporcji funkcjonalizmu, geometrycznej odwagi i obłędu gigantomanii. Stamtąd koleją wracamy do Szczecina. Meta, którą jest Dworzec Główny, musi wywołać szok kontrastu, który staje się ciężką próbą dla patriotyzmu lokalnego.
A przecież opuściliśmy jedną metropolię i powróciliśmy do drugiej. Jak daleko stąd – jak blisko…
[…] Spotkanie prowadziłem z wydatną i niezbędną w moim przypadku pomocą niemieckojęzyczną mieszkającej w Berlinie pisarki i tłumaczki Magdaleny Liskowski, wydającej pismo o symetrycznej formule berlińsko-szczecińskiej, ale znanej mi dotąd wyłącznie z łamów „Pograniczy”. Przedstawiłem w skrócie piętnastoletnie dzieje naszego pisma, po czym nastąpiła długa seria prezentacji autorskich, które wypełniły resztę ponad dwugodzinnego wieczoru. Wystąpili: Magda Liskowski, Krzysztof Niewrzęda, Konrad Wojtyła i piszący te słowa. […]
Ten dwujęzyczny wielogłos, który w znacznym stopniu był dziełem przypadku, obejmował różnorodność tematyczną, gatunkową i stylistyczną, która w jakimś stopniu odpowiada polifonii literackich łamów „Pograniczy” w ich piętnastoletnim przekroju. Wszyscy występujący autorzy publikują w naszym piśmie i od wielu lat z nim współpracują, co pozwala nawet rozszerzyć formułę jego podtytułu na „dwumiesięcznik szczecińsko-berliński”. Pośród słuchaczy znaleźli się jeszcze inni autorzy, wybitny krytyk i radiowiec Andrzej Skrendo oraz poeta mieszkający w Berlinie Artur Szlosarek. Spoza grona autorów pojawili się także polscy plastycy: Jacek Wesołowski (znany mi dotąd jedynie z klasycznych publikacji naukowych z zakresu intersemiotyczności) oraz Barbara Ur i Andrzej Piwarski, którzy zaprosili nas na mający się wkrótce odbyć wernisaż wspólnej wystawy w Galerii Południowej Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Tak zamknął się krąg relacji międzynarodowych, podsuwając paradoksalny wniosek: Berlin warto odwiedzać głównie po to, by poznawać sztuką polską – zresztą nie tylko tam, lecz także po powrocie, w kraju. […]
Położenie hotelu Gästehaus der Humboldt-Universität przy Ziegelstrasse w Mitte pozwala spacerem obejść serce Berlina: malownicze mosty nad Sprewą, Friedrichstrasse, Unter den Linden… Wszędzie wykopy i dźwigi, które utrudniają komunikacje, ale nie psują widoków. Rozległe pole kamiennych klocków przed Muzeum Holocaustu, harmonijnie skomponowany zespół szklanych wieżowców przy Postdamer Platz. Zielonym skrajem Tiergarten zawracamy do Bramy Brandenburskiej. Na koniec jeszcze S-Bahnem na Alexanderplatz, zapamiętany nie z książki Döblina, lecz jako dawne centrum „Enerdówka” z wciąż górującą nad miastem i wcale nie straszną szklaną kulą wieży.
Dla nas ciągle istnieją dwie strony, a najważniejszym fenomenem Berlina pozostaje blizna po zroście Wschodu z Zachodem. Szukamy więc śladów Wielkiego Muru wzdłuż linii Bramy i Eberstrasse. Znajdujemy nieprzekonujące pozostałości zaznaczone na płytach Platz des 18. Marz i chodnika, absurdalne wspomnienie dawnego podziału, którym urągają zrośnięte bez widocznych szwów ulice i wspólne powietrze równomiernie dojrzewającej wiosny. Keine Granzen! […]
Na koniec imponujący rozmiarami i nowoczesnością, choć zarazem nieco odpychający szklisto-stalowym zimnem stylu techno, wielopoziomowy Berlin Hauptbahnhof. Przykład zdrowych proporcji funkcjonalizmu, geometrycznej odwagi i obłędu gigantomanii. Stamtąd koleją wracamy do Szczecina. Meta, którą jest Dworzec Główny, musi wywołać szok kontrastu, który staje się ciężką próbą dla patriotyzmu lokalnego.
A przecież opuściliśmy jedną metropolię i powróciliśmy do drugiej. Jak daleko stąd – jak blisko…
Piotr Michałowski
obszerne fragmenty relacji,
która w całości ukaże się w numerze 3/2010 „Pograniczy”








