Zapraszamy na spotkanie promocyjne numeru 2/2009 „Zwierzęta mają głos"

 

Krzysztof Hoffmann

Czym nie jest ekokrytyka

Hasła rozpoczynające się na przedrostek „eko-”, po szeregu mniej lub bardziej znaczących kompromitacji, zaczęły w dyskursie publicznym przeradzać się w slogany, ideologiczną hucpę. Tą właśnie ekokrytyka nie jest. 
Chyba już tak musi być, że pierwszy kontakt z terminem „ekokrytyka” wywołuje w uchu przyzwyczajonym do polskiego dyskursu (quasi)ekologicznego mimowolny ciąg skojarzeń – zdrowa żywność, „zielona” energia, wzmożona troska o surowce naturalne, oszczędna gospodarka środowiskiem przejawiająca się w nieoszczędnych zakupach „przyjaznych” produktów etc. W upraszczającym skrócie, humbug na usługach kapitalistycznego rynku. Tymczasem ekokrytyka, jakkolwiek pobudzana dzisiejszym dojrzewaniem świadomości proekologicznej, staje się coraz bardziej liczącą się dyscypliną uniwersytecką z wyraźnymi ambicjami do wychodzenia poza mury akademii. 
Szybki rekonesans na anglojęzycznej Wikipedii pozwala (w niepełny sposób) zakreślić pola, na których ekokrytyka pragnie współtworzyć wiedzę i – co istotne – jej praktyczną aplikację. Ecocriticism to „studia nad literaturą i środowiskiem naturalnym prowadzone z perspektywy interdyscyplinarnej, w których wszystkie gałęzie nauki (sciences) jednoczą się, aby dokonać analizy środowiska i poszukiwać możliwych rozwiązań poprawy jego aktualnego stanu”. 
Po pierwsze, ekokrytyka nie jest dziedziną literaturoznawstwa. Jakkolwiek jej korzeni można upatrywać w anglosaskich badaniach nad literaturą (zwłaszcza romantyczną), jej transdyscyplinarny i transnarodowy charakter szybko pozwolił na ogarnięcie refleksją wszystkich przejawów kultury, również masowej. Bliżej jej do teorii krytycznej (critical theory), w której przy wykorzystaniu narzędzi psychoanalizy, antropologii, filozofii czy socjologii można badać znaczenie i warunki produkcji takich artefaktów kulturowych, jak chociażby filmy przyrodnicze (i tryby reprezentacji zwierząt w tychże), architekturę (powiedzmy żywą powłokę biologiczną na ścianach i dachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego) albo osiągnięcia medycyny (wraz z jej dehumanizujacymi implantami, przeszczepami i protezami, które prowadzą do dwóch postludzkich postaci: cyborga i zombie). 
Po drugie, ekokrytyka nie jest bezmyślnym opiewaniem wspaniałości natury, chociaż to „natura” stanowi jej słowo-klucz. Jeżeli warunkiem bycia krytycznym w filozoficznym sensie tego słowa jest samoświadomość, teoretycy nurtu (np. Lawrence Coupe, Greg Garrard, Laurence Buell, a na polskim gruncie Julia Fiedorczuk) starają się podkreślić konieczność niepopadania w binarną opozycję natura – kultura czy też jej wartościowania. Nie można analizować wyobrażeń dotyczących „stanu naturalnego” bez odwołania się do szerszego kontekstu umożliwiającego ich zaistnienie. Co więcej, jeżeli to otaczająca nas natura – ta empirycznie obecna, namacalna, weryfikowalna – ma być punktem dojścia, trzeba wpierw przedrzeć się przez istniejącą siatkę pojęciową, która umożliwia mówienie o niej. 
A zatem po trzecie, ekokrytyka nie jest samospełniającym się porządkiem teoretycznym. Chce aktywnie zmieniać doświadczaną rzeczywistość i w ten sposób wpisuje się w szereg innych szkół, dla których nieredukowalną zasadą jest idea zaangażowania. Podobnie jak niektóre nurty feminizmu, studiów genderowych czy mniejszościowych, stara się przeciwstawić dominującemu w pewnym momencie przekonaniu, iż pomiędzy znakiem czy tekstem (obrazem, zespołem wartości, dziełem literackim etc.) a światem zieje niedająca się przekroczyć przepaść. Podszyta jest przekonaniem, że sprawdzalną istotność badań można osiągnąć tylko poprzez ideologicznie zaangażowany spór o kształt rzeczywistości, spór o praktyczno-pragmatycznych rezultatach. 
I tutaj też ekokrytyka natrafia na stary problem w postaci pytań o możliwość aplikacji dyskursu teoretycznego i o ich skuteczność. Dyscyplina, która w swojej nominalnej postaci istnieje od około dekady, niezależnie od wewnętrznych niejasności i przeobrażeń, musi – podobnie jak chociażby feminizm – nieustannie zapytywać o własną drogę dostępu do przestrzeni publicznej potoczności i do świata. 
Czymkolwiek by ekokrytyka nie była, jest z pewnością szansą na przemyślenie istniejących już przecież kwestii na nowe sposoby, na ożywczą ich problematyzację i na naświetlenie tych, które bez jej punktu widzenia nie byłyby dostrzegane. 

Krzysztof Hoffmann – krytyk, doktorant Instytutu Filologii Polskiej UAM, stypendysta Fundacji UAM na rok 2009